Reklama

Oscary 2012

Francuski Prozac

"O północy w Paryżu", reż. Woody Allen, USA/Hiszpania 2011, dystrybutor Kino Świat, premiera kinowa 26 sierpnia 2011 roku.

Dystrybutorzy nowego obrazu Woody'ego Allena nie kłamią, przynajmniej nie całkowicie. "O północy w Paryżu" to, zgodnie z tym, co jest napisane na plakacie, najbardziej kasowy film komika. Nikt nie uściślił, że najbardziej kasowy w Ameryce Północnej, ale to już szczegół - Woody rozbił bank i to się liczy. Jak to zrobił? To proste, wreszcie poprawił humor widzom. W poprzedniej produkcji, "Poznasz przystojnego bruneta", za Szekspirem ogłaszał im, że życie to opowieść idioty, a potem karmił ich przez półtorej godziny żwirem i żyletkami. W "O północy w Paryżu" serwuje im natomiast bombonierkę, pełną tabletek Prozaku zalanych czekoladą i winem. Francuskim, rzecz jasna.

Reklama

Aby lepiej się poczuć, wystarczy spojrzeć już na głównego bohatera filmu, pisarza Gila, granego przez Owena Wilsona, który stara się być równocześnie poczciwym amerykańskim chłopcem i allenowskim neurotykiem (i, o dziwo, udaje mu się jedno i drugie). Gil przyjeżdża ze swoją piękną, ale jędzowatą narzeczoną (Rachel McAdams) do Paryża, żeby dokończyć powieść i przy okazji pozażywać trochę miejscowego splinu. On zostałby tam najchętniej na zawsze, a ona wyjechałaby jak najszybciej, nie zatańczywszy nawet "ostatniego tanga".

Naprzeciw romantycznej naturze Gila wychodzi jednak paryska magia - pewnej nocy staromodnie wyglądający samochód zabiera go do lat dwudziestych ubiegłego wieku, kiedy to szaleli surrealiści, Hemingway nie miał jeszcze zbyt dużego dorobku literackiego, a Buńuelowi nie śnił się nawet "Anioł zagłady". Tak jak bohaterka "Purpurowej róży z Kairu" nawiązywała kontakt z postacią filmową, tak Gil wpada na imprezę u Jeana Cocteau i daje do przeczytania swoją powieść Gertrudzie Stein. Razem z nim śnimy mokry sen intelektualisty.

Allen jest sprytny. Potrafi mieć ciastko i równocześnie je zjeść - lukruje swój film grubą warstwą nostalgii, a przy okazji ujawnia jej mechanizmy. Gil tęskni za wspaniałymi latami, kiedy to żyło się za grosze na poddaszu i pisało, patrząc na paryski deszcz. Poznana w tych lepszych czasach dziewczyna (Marion Cotillard) wzdycha natomiast za Belle époque. Trawa zawsze była bardziej zielona przed naszym narodzeniem. Allen roztacza przed nami uroki takiego wyimaginowanego Złotego Wieku, rzucając raz po raz postmodernistyczne żarty z najbardziej prominentnymi postaciami dwudziestolecia międzywojennego w rolach głównych, ale smak swojego cukierka równoważy odrobiną ironii. Dzięki temu ocieramy łezki wzruszenia, nie czując się przy tym jak sentymentalni idioci.

Gertrude Stein mówi bohaterowi, że artysta powinien w całym bajzlu codziennego życia szukać prostego wzoru. Może dlatego skomplikowanie, brak klarownych puent, poczucie bezsensu lub trudny optymizm wielu poprzednich filmów reżysera zastępuje tutaj prosty i ciepły morał. Gil musi obudzić się i stawić czoła teraźniejszości, ale zachowuje w sobie coś z przeszłości; wczorajsze postawy twórczo wykorzystuje w dniu dzisiejszym. Widzowie mogą natomiast zabrać ten nieco staromodny film ze sobą do domu i przez jeden wieczór wierzyć, że Allen podarował im właśnie rzeczony wzór.

8,5/10


Ciekawi Cię, co jeszcze w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama