Reklama

47. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Reklama

Łukasz Simlat: Ten zawód jest narkotykiem niewiedzy [wywiad]

Podczas 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni Łukasz Simlat zaprezentował dwa filmy. W długo wyczekiwanym "Broad Peak" Leszka Dawida wcielił się w himalaistę Krzysztofa Wielickiego, kierownika tragicznej ekspedycji na tytułowy ośmiotysięcznik w 2013 roku. Z kolei w "Głupcach" po raz kolejny pracował z Tomaszem Wasilewskim, za którego "Zjednoczone stany miłości" otrzymał nagrodę za najlepszą rolę drugoplanową w 2016 roku. W wywiadzie dla Interii mówi o trudnych warunkach zdjęć do "Broad Peak", tajemnicy narkotyku niewiedzy, który towarzyszy mu podczas kariery, oraz zdradza, jakich filmów brakowało mu podczas tegorocznego festiwalu.

Podczas 47. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni Łukasz Simlat zaprezentował dwa filmy. W długo wyczekiwanym "Broad Peak" Leszka Dawida wcielił się w himalaistę Krzysztofa Wielickiego, kierownika tragicznej ekspedycji na tytułowy ośmiotysięcznik w 2013 roku. Z kolei w "Głupcach" po raz kolejny pracował z Tomaszem Wasilewskim, za którego "Zjednoczone stany miłości" otrzymał nagrodę za najlepszą rolę drugoplanową w 2016 roku. W wywiadzie dla Interii mówi o trudnych warunkach zdjęć do "Broad Peak", tajemnicy narkotyku niewiedzy, który towarzyszy mu podczas kariery, oraz zdradza, jakich filmów brakowało mu podczas tegorocznego festiwalu.
Łukasz Simlat / Filip Radwanski /Agencja FORUM

Jakub Izdebski: Po wielu latach od pierwszych zapowiedzi widzowie mogą w końcu zobaczyć "Broad Peak". Reżyser Leszek Dawid rozpoczął prace jeszcze w 2014 roku. Pan także był związany z tym filmem kilka lat. Jakie emocje towarzyszą tej długo wyczekiwanej premierze?

Łukasz Simlat:. Mój pierwszy moment zdjęć to 2019 rok. Na castingu do "Broad Peak" stawiałem się jednak w 2017 roku, więc to przygoda rozciągnięta na pięć lat. Z perspektywy tegorocznego "mojego" festiwalu mam dwa filmy, które były zachwiane okresem pandemicznym. "Głupców" też kręciliśmy w 2019 roku. W przypadku "Broad Peaku" ta czkawka była spowodowana także finansowaniem poszczególnych etapów – tych radykalnych, górskich: pierwszych w Karakorum, potem w Alpach, i jeszcze potem podetapów zakopiańskich. Także kompletnie mnie nie dziwią te późne premiery. 

Reklama

Zdjęcia do "Broad Peak" miały miejsce między innymi w Alpach i Karakorum na kilku tysiącach metrów wysokości. Jak przygotowywał się pan do realizacji filmu w tak trudnych warunkach?

- Ja akurat nie byłem tym szczęśliwcem, który był w Karakorum. Tam pojechał Irek Czop z ekipą. To był etap przygotowawczy, żeby poznać terytorium, po którym się ruszamy. Irek gra głównego bohatera, jest przez dwie godziny na ekranie, więc było to jak najbardziej wskazane. Moje przygotowanie to był obóz z prawdziwymi alpinistami, którzy w tych wszystkich wyprawach, w tym w tej z 2013 roku, uczestniczyli. To był obóz pod Babią Górą na Markowych Szczawinach. Potem było kilkudniowe przygotowanie w Zakopanem – wyprawa już troszeczkę wyżej, w rakach, z czekanami i tak dalej. Po drodze w naszym prywatnym zakresie było łapanie kondycji w Warszawie i ścianki wspinaczkowe, żeby wiedzieć: z czym to się je, jak to wygląda i jakiego wysiłku wymaga. 

Jakie były największe przeciwności podczas zdjęć do "Broad Peak"?

- W moim przypadku mróz był nie do przeskoczenia. Jestem potwornym zmarzluchem. To był ten rodzaj deprymującego czynnika atmosferycznego, który zabierał mi bardzo dużo sił. Dzień zdjęciowy był krótszy, w górach nie można kręcić 12 godzin. To było osiem godzin zdjęć i pół godziny skrócona przerwa. Był taki moment, jak wszyscy usiedliśmy przemoczeni w tych kostiumach z 88 roku. One nie oddychają, to jest pierze. Nieważne, że człowiek miał współczesną termikę pod spodem. Usiedliśmy na pół godziny przerwy, jak jeden mąż otworzyliśmy zupy w menażkach, które braliśmy rano w schronisku i wszyscy się zorientowali, że ta zupa już nie paruje. Ona jest zimna. Potem słońce zaczęło się chować za skały, a każdy z nas, który się znajdował w cieniu, czuł momentalnie, że to, co jest na nim mokre, zaczyna zamarzać. Więc wszyscy przesuwali się do słońca. Takich czynników nie doświadczymy na normalnym planie. Minus 30 czy minus 40 stopni, na co, tak jak prawdziwi himalaiści, nie mamy żadnego wpływu. To jest taka rzecz, która determinuje umysł do przetrwania. 

Był moment, w którym myślał pan, że fizycznie nie da rady zagrać jakiejś sceny?

- Pamiętam, jak szedłem do Irka Czopa i miałem go na wyciągnięcie ręki – i czułem, że nie dojdę. Nie byłem w stanie iść po tej niemal pionowej ścianie. Usłyszałem tylko prawdziwych himalaistów: "Wielicki by doszedł". No i to był taki bodziec, który sprawił, że się udało. Tak naprawdę to ujęcie, które trwało siedem minut, zostało skrócone do czternastu sekund. Tego materiału było dużo i gro nie weszło do filmu. Każdy z tych mastershotów kręconych w Alpach po parę minut został skrócony. Tego wymagała narracja filmu, by te klocki ładnie poustawiać. Każdy musiał mieć odpowiednią wagę. Więc to są rzeczy, które zostają tylko w naszej pamięci. 

W filmie wcielił się pan w cenionego himalaistę Krzysztofa Wielickiego. Spotkał się pan z nim podczas przygotowań do roli?

- Nie. Gdyby ta postać zawierałaby się w większym czasie ekranowym, byłoby to rzeczą wskazaną. To była druga prawdziwa, żyjąca postać, którą odgrywam. W 2020 roku miałem przyjemność kręcić film "Sonata", w którym grałem Łukasza Płonkę. Świadomość, że ten pierwowzór zobaczy film, jest najgorszą rzeczą, która człowieka hamuje. Posługiwałem się materiałami z internetu. Bardzo pomocne było to, że część moich scen została zarejestrowana wcześniej. Miałem przyjemność zobaczyć materiały, które zostały wywołane z taśmy filmowej z 88 roku – to było kilka narad. Najbardziej wstrząsające były wszystkie zapisy dźwiękowe zgrane z krótkofalówek łącznościowych w 2013 roku, kiedy brutalna cisza braku odpowiedzi tak wybrzmiewa. To były materiały, które dawały mi pewien rezon, jak to chwytać. Widzę Krzysztofa Wielickiego z 88 roku. Mogę się posiłkować tym, jaki miał styl w ubiorze. On zawsze odstawał od reszty w taki sposób hipisowski. Musiałem sobie sam ustalić, na czym polegała psychofizyczność pana Krzysztofa. Na dzień przed pierwszym dniem zdjęciowym wciąż czegoś mi jeszcze brakowało. Wtedy mnie olśniło – wada wymowy. Dopiero wtedy złapałem ostatni klocek tej postaci. Dobrze, że przed zdjęciami. Aktor opakowuje się w ten materiał, czyta o himalaistach, ale musi stworzyć konkretnego człowieka. To było moje zadanie. 

Czy Krzysztof Wielicki widział już "Broad Peak"? Może podzielił się swoją opinią o przedstawieniu jego postaci?

- Rozmawiałem z Krzysztofem Wielickim z Alp, kiedy byliśmy na pierwszym etapie zdjęć. Najpierw Wojtek, który był lekarzem wszystkich tych wypraw, wysłał mu moje zdjęcie w charakteryzacji i się z nim połączył. Krzysztof powiedział: "Dobra, to już nas jest dwóch". Leszek Dawid mi opowiedział, że był pokaz, na którym Adam Bielecki powiedział do Krzysztofa: "Ty, chłopie, on cię lepiej zagrał, niż ty sam wyglądasz". To są takie małe rzeczy, które gdzieś tam aktora budują. Rezon publiczności i przede wszystkim osób wtajemniczonych mówi mi, czy nie ma gdzieś tam ściemy. 

Oprócz "Broad Peak" w konkursie głównym bierze udział pana drugi film, "Głupcy" Tomasza Wasilewskiego. To była wasza kolejna współpraca po "Zjednoczonych stanach miłości". Jak pan do niej podszedł?

- Z wielką ochotą. Tomek lubi bardzo dużo rozmawiać przed rozpoczęciem procesu zdjęć. Jak aktor jest tak napakowany wiedzą i informacjami na temat chęci reżysera, to – tak jak przy "Zjednoczonych stanach miłości" – zaczynamy porozumiewać się pozawerbalnie, na bardzo czułych tonach. Reżyser zaczyna: "Tu bym chciał…", a ja na to: "Wiem, co byś chciał, róbmy, bo stracimy energię". W sumie nie wyjaśniliśmy sobie, co mamy na myśli, a on po ujęciu mówi mi: „Tak, to jest to”. Więc to jest ten rodzaj adrenaliny – czy dalej będzie się tak pracowało? Przeczytałem scenariusz "Głupców" i wiedziałem, że film będzie zrobiony w 50-70 mastershotach. Pamiętam, jak je realizowaliśmy w "Zjednoczonych stanach miłości", i ile nas to kosztowało z Julią Kijowską. Czasem deprymował nas charakter sceny. Powtarzaliśmy dane ujęcie, które trwało dziesięć minut, po piętnaście razy, a potem okazuje się, że taka scena nie wchodzi do filmu, bo po prostu nie ma na nią miejsca. Pamiętam uczucia, które mi wtedy towarzyszyły. Podobnie było w "Głupcach". Robimy siedemnastego dubla piętnastominutowego ujęcia, jesteśmy pod koniec dnia zdjęciowego, a człowiek jest coraz bardziej rozgrzany, bo coraz więcej się dowiaduje o okolicznościach danej sceny. To jest praca, która wiąże się z dużym strachem i adrenaliną, bo nie wiem, gdzie znajdę się podczas piętnastego powtórzenia tak długiego ujęcia. Jednocześnie jest chęć dowiedzenia się. Z bardzo dużą przyjemnością wróciłem do pracy z Tomkiem Wasilewskim i chętnie pracowałbym z nim ponownie, jak mi będzie dane. 

Rozumiem, że scenariusze Tomasza Wasilewskiego mają także wskazówki co do realizacji, natomiast niekoniecznie jednoznacznie przedstawiają emocje i charakter bohaterów w danej scenie?

- Dużo rozmawiamy o motywacjach, które rządzą bohaterami. Lubię scenariusze, które pewien rodzaj esencjonalności zawierają już w charakterze sceny, w dialogach. Potem dopowiadamy sobie całą tę aurę i psychofizyczność bohaterów czy intencję, jaką rządzi się dana scena. Ze scenariusza nie wyczytałem, że to będą mastershoty. Posiłkowałem się ulubionym charakterem pracy Tomka przy "Zjednoczonych stanach miłości", a później podczas rozmów i prób tylko mi to potwierdził. 

Jak wyglądały przygotowania do roli w "Głupcach"?

- Ten zawód jest dla mnie ciągle narkotykiem niewiedzy, bo za każdym razem zaczyna się od zera. Staram się brać temat, o którym nie mam zielonego pojęcia, i wtedy zaczynam powoli opakowywać się wiedzą. Tak było i tutaj. Research, rozmowy o tematyce filmu "Głupcy", która jest bardzo trudna i radykalna, z ludźmi, którzy znają przypadki kazirodztwa, którzy to badali lub przeżyli i opowiadali o tym anonimowo – to była czasem nieprzyjemna część opakowywania się wiedzą na temat, który za chwilę zacznie się rozdrapywać do krwi przed kamerą. Chwała Tomkowi, że tak pracuje i chce wraz z aktorem dowiedzieć się "dlaczego i po co".

Poruszony w filmie temat kazirodztwa jest nie należy do najłatwiejszych. Mimo to nie miał pan wątpliwości, by wziąć udział w tym filmie?

- W moim przypadku pojawiłaby się wątpliwość, gdyby scenariusz rządził się zupełnie inną narracją. Gdyby epatował tym zjawiskiem lub zostało ono nazwane wcześniej w przebiegu chronologicznym filmu, a potem już tylko odcinano od niego kupony. Mnie bardzo zainteresowała narracja braci Dardenne. W ich filmach kamera idzie w potwornie dużej intensyfikacji za głównym bohaterem i widz jest nim magnesowany, ale zupełnie nie wie dlaczego. Dopiero ostatnie momenty lub sekwencje scenariusza odpowiadają nam na pytania, które film zadaje. Podbudowywało mnie, że ten film będzie się rządził takim rodzajem narracji. Widz w ogóle nie wie, co tam się dzieje, o czym rozmawiamy, co jest problemem – dopiero ta ostatnia sekwencja mu wyjaśni. Teraz ja, jako aktor, muszę wypośrodkować na potencjometrze ten rodzaj emocji, żeby pracować z widzem w tej niewiedzy przez sto minut filmu w sposób świadomy i przeprowadzić to w sposób wiarygodny. Musiałem odbyć ze sobą bardzo dużą pracę świadomościową, żeby wiedzieć, gdzie mogę docisnąć pedał gazu aktorstwa, bo mam ku temu powód i przestrzeń, a gdzie nie mogę tego robić, bo widz nie wie, w jakim zakresie się poruszamy. To może wyjść śmiesznie, głupio, obnażyć bohatera, obnażyć film. 

Mówił pan o narkotyku niewiedzy. Były role, których ostateczny kształt pana zaskoczył?

- Nie, bo staram się podchodzić do tego zawodu w sposób rzemieślniczy. Jak na początku czegoś nie wiem, to próbuję wyciągnąć te odpowiedzi od osób, które będą się mną – jakby to powiedzieć – opiekowały na planie, to znaczy reżysera i operatora. Zawsze staram się tę partyturę zapisać w domu, a dzieje się to na tyle wcześnie, że raczej poruszam się już w zakresie przez siebie wymyślonym. To się zazwyczaj sprawdza. Co do dużego zaskoczenia... Jeszcze nie możemy o tym rozmawiać, ale przed wakacjami miałem przyjemność brać udział w zdjęciach do "Kosa" Pawła Maślony, traktującego o Tadeuszu Kościuszce. Przecież to nie będzie laurka, to nie będzie rozprawka o Kościuszce, tylko znając Pawła – robiliśmy razem jego dyplom ze szkoły w Katowicach – to będzie totalnie pojechany film. To najprawdopodobniej musi być czarna komedia. W związku z tym granice mojego aktorstwa – nie spoilerując, co tam zrobiłem – też są dalece przesunięte. Starałem się zagrać bardzo złego pana, który tylko batem ciemięży chłopów, w sposób jak najmniej sztampowy. Oczywiście, to się odbija na mnie, bo wymyśliłem sobie taką głupotę, która dosłownie poraniła mi dziąsła, ale efekt będzie, mam nadzieję, zadowalający. 

Mam nadzieję, że zobaczymy "Kosa" w przyszłorocznym konkursie w Gdyni.

- Oby, aczkolwiek bardzo ubolewam nad brakiem komedii w naszym kraju. Dziwi mnie brak w konkursie "Niebezpiecznych dżentelmenów" Macieja Kawalskiego, czarnej komedii o fikcyjnym spotkaniu Josepha Conrada, Tadeusza Boy-Żeleńskiego, Witkacego i Bronisława Malinowskiego. Po jednej imprezie w Zakopanem budzą się, a suspens i twisty tej imprezy zaczynają przewracać domino. Przeczytałem scenariusz, który mnie bawił od deski do deski, w dodatku o okresie, który uwielbiam, czyli dwudziestoleciu międzywojennym. Dziwię się, że tego nie ma i zaczynam się zastanawiać: czy ktoś nie rozumie tego typu poczucia humoru? Że za inteligentne? Więc tu są moje obawy. Zobaczymy. Życzę Pawłowi, żeby jego film znalazł się w konkursie. 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Simlat | Gdynia 2022

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL