Reklama

46. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Reklama

Gdynia 2021: Powrót do PRL-u

Przełom lat 80. i 90. ubiegłego wieku to sceneria dwóch filmów rywalizujących o Złote Lwy 46. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. "Najmro" Mateusza Rakowicza i "Powrót do Legolandu" Konrada Aksinowicza oferują jednak zupełnie inne spojrzenie na czasy schyłkowego PRL-u.

Dawid Ogrodnik jako Zdzisław Najmrodzki w filmie "Najmro. Kocha, kradnie, szanuje"

W tym roku twórcy konkursowych filmów przygotowali widzom prawdziwy powrót do przeszłości. Mimo iż o Złote Lwy walczy rekordowa liczba debiutujących reżyserów (oraz twórców drugiego filmu), od opowiadania o współczesności wolą oni zabarwione pewną dozą nostalgii podróże wstecz. Poza dwoma filmami, których akcja rozgrywa się w trakcie II wojny światowej ("Ciotka Hitlera" i "Śmierć Zygielbojma"), prym wiodą jednak czasy PRL-u.

Z czułością wspomina je Kinga Dębska w "Zupie nic", wiarygodnie odtwarza ten okres Piotr Domalewski w "Hiacyncie", obyczajowo-artystyczną atmosferę lat 60. odmalowuje w "Bo we mnie jest seks" Katarzyna Klimkiewicz, wreszcie do burzliwego politycznie okresu początku lat 80. zabiera nas Jan P. Matuszyński w "Żeby nie było śladów". "Najmro" i "Powrót do Legolandu" to kolejne puzzle tej wspomnieniowej układanki.

Reklama

Festiwal w Gdyni: "Najmro", czyli gwarancja kinowego hitu

"Najmro" Mateusza Rakowicza prezentuje niezwykle oryginalną strategię ogrania kinowej rzeczywistości tamtych czasów. Biograficzna opowieść o legendarnym "królu złodziei i ucieczek" Zdzisławie Najmrodzkim (Dawid Ogrodnik) łączy wybitnie teledyskową formę realizacji z efektowną, ocierającą się o pastisz strukturę narracyjną. Odnosi się wrażenie, że ten przepełniony wizualnymi fajerwerkami film jest współczesnym komiksem o przełomie lat 80. i 90.

Tacy są też bohaterowie Rakowicza - celowo przerysowani, niemal kreskówkowi. Wyluzowany Dawid Ogrodnik z niekłamaną radością wciela się w superbohatera PRL-u, jego przeciwnikiem jest zaś nieustępliwy, lecz komiczny inspektor w interpretacji Roberta Więckiewicza. Rozgrywająca się między nimi zabawa w kotka i myszkę, rodzaj ekranowej gry pod tytułem "złap mnie, jeśli potrafisz", to przeniesiona do czasów transformacji ustrojowej westernowa wersja "Toma i Jerry’ego".

Mimo celowych uproszczeń narracyjnych, "Najmro" ogląda się wybornie dzięki efektownej realizacji. Konsekwentne wykorzystywanie wizualnych trików wywiedzionych z konwencji muzycznych wideoklipów (Rakowicz jest cenionym reżyserem teledysków)  - dynamiczny montaż, zabiegi podzielenia obrazu, ujęcia w zwolnionym tempie - czynią z "Najmro" nie tylko interesującą propozycję kina rozrywkowego, lecz także są gwarancją kinowego hitu. Nie zdziwiłbym się, gdyby dzieło Rakowicza otrzymało w Gdyni Nagrodę Publiczności.

"Powrót do Legolandu": Być dzieckiem alkoholika

Zupełnie inną strategię opowieści o tamtych czasach przyjął Konrad Aksinowicz w swym wybitnie autobiograficznym "Powrocie do Legolandu" (film trafi do kinowej dystrybucji, z powodów prawnych, już pod zmienionym tytułem "Powrót do tamtych dni"). To opowiedziana z perspektywy kilkunastoletniego syna (Teodor Koziar), oparta na młodości reżysera historia ojca-alkoholika (w tej zaskakującej roli oglądamy Macieja Stuhra), który po nagłym powrocie ze Stanów Zjednoczonych ponownie wpada w szpony nałogu.

Aksinowicz łączy w "Powrocie do Legolandu" dwa filmy. Z jednej strony jego dzieło jest, na wzór "Zupy nic" Kingi Dębskiej, pełnym nostalgii czułym wspomnieniem schyłkowego PRL-u (paczki z Ameryki, wypożyczalnie kaset wideo, walkmany oraz klocki Lego). Reżyser przełamuje jednak cukierkową konwencję kina młodego widza wprowadzeniem poważnie potraktowanego wątku pijackiego. I choć warto docenić próbę Aksinowicza, by pokazać tamte czasy z perspektywy powszechnego przecież alkoholizmu, to problemem "Powrotu do Legolandu" pozostaje nieprzystawalność obydwu strategii.

Na pierwszy plan wybija się tu jednak rola Macieja Stuhra, który przyznał na konferencji prasowej, że bardzo długo czekał na ofertę, dzięki której mógłby przełamać stereotypowy wizerunek przyjemnego aktora komediowego. Dla fanów aktora widok Stuhra w zasikanej bieliźnie bełkoczącego przekleństwa może być szokiem; aktor w swej interpretacji ekranowego pijaka idzie tu bowiem tropem Roberta Więckiewicza z "Pod Mocnym Aniołem". Problem w tym, że wszyscy jego ekranowi partnerzy grają w zupełnie innym filmie.

"Żeby nie było śladów": Główny faworyt do Złotych Lwów

O czasach PRL-u opowiada także inny z prezentowanych na festiwalu w Gdyni filmów - "Żeby nie było śladów" Jana P. Matuszyńskiego. Ekranizacja książki Cezarego Łazarewicza, rozciągniętego w czasie reporterskiego śledztwa opowiadającego o kulisach i konsekwencjach morderstwa 18-letniego Grzegorza Przemyka, syna opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej, to zdecydowanie najlepsza produkcja tegorocznej imprezy.

Matuszyński (wspólnie ze scenarzystką Kają Krawczyk-Wnuk) zawęzili akcję filmu do 2 lat, na głównego bohatera wybierając energicznego przyjaciela Przemyka - Jurka Popiela (Tomasz Ziętek), rezygnując tym samym z pomysłu, by w centrum ustawić introwertyczną matkę zabitego studenta, poetkę Barbarę Sadowską (Sandra Korzeniak). Dzięki temu film Matuszyńskiego, mimo pokaźnego metrażu - całość trwa aż 165 minut - i gatunkowego ciężaru produkcji, zachował rodzaj świeżości i wewnętrznej dynamiki.

Czy "Żeby nie było śladów" musiało trwać niemal 3 godziny? Nadzwyczajny metraż tego filmu pozwoli widzowi namacalnie odczuć terror totalitarnego reżimu, przez 165 minut ukazany nam jest bowiem rozbudowany mechanizm działania służb bezpieczeństwa. Mnogość wątków - nawet drugoplanowe postaci są tu bohaterami z krwi i kości - wymagała zaś przestrzeni do stopniowej ekspozycji kolejnych postaci tego niemal antycznego dramatu.

Mimo iż w czołówce "Żeby nie było śladów" znalazła się informacja, że film jest wyłącznie "oparty na prawdziwych wydarzeniach i materiałach historycznych" oraz że "niektóre zdarzenia, wątki i postaci zostały celowo zmienione lub wymyślone", dzieło Matuszyńskiego okazuje się wstrząsającym portretem początku lat 80. XX wieku, przybliżającym widzowi mechanizmy funkcjonowania totalitarnego reżimu oraz namacalnie oddającym rodzaj grozy, jaka towarzyszyła obywatelom peerelowskiej Polski. Pokazuje też, że możliwe jest opowiadanie o nieodległej historii Polski bez nienośnie edukacyjnej maniery. Pozostając historycznym dokumentem epoki, staje się przy okazji kawałkiem wielkiego kina.

PAP/INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Gdynia 2021

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje