Reklama

46. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

Reklama

"Żeby nie było śladów": Długi wielki film [recenzja]

Środowy seans "Żeby nie było śladów" Jana P. Matuszyńskiego rozwiązał zagadkę tegorocznych Złotych Lwów. Mimo że Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni dotarł dopiero do półmetka, z całym szacunkiem dla czekających jeszcze na konkursowe pokazy tytułów - właśnie poznaliśmy głównego laureata imprezy.

Tomasz Ziętek na plakacie filmu "Żeby nie było śladów"

Ekranizacja nagrodzonego Nike reportażu Cezarego Łazarewicza "Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka" była jednym z najbardziej wyczekiwanych filmów tegorocznego festiwalu w Gdyni. Nowe dzieło Jana P. Matuszyńskiego, autora nagrodzonej Złotymi Lwami "Ostatniej rodziny", zaprezentowane zostało niedawno na festiwalu w Wenecji, zdobywając wyróżnienie Bisato d’Oro; reprezentować będzie także Polskę w rywalizacji o Oscara. Oczekiwania były więc ogromne, renoma reżysera i producentów (Aurum Film ma na koncie nie tylko "Ostatnią rodzinę", ale też "Boże Ciało") gwarantowała bowiem wysoki poziom. Pozostała tylko kwestia przeniesienia na ekran książki Cezarego Łazarewicza, rozciągniętego w czasie reporterskiego śledztwa opowiadającego o kulisach i konsekwencjach morderstwa 18-letniego Grzegorza Przemyka, syna opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej.

Reklama

"Żeby nie było śladów": Jak powstawał scenariusz?

Za scenariusz filmu Matuszyńskiego odpowiada Kaja Krawczyk-Wnuk ("Polot"), która na 9 miesięcy zamknęła się z reportażem Łazarewicza i otrzymanymi przez pisarza materiałami, by dokonać syntezy opisanych w książce wydarzeń i przystosować je do wymogów kinowej adaptacji. W efekcie akcja filmu zawężona została do 2 lat, na głównego bohatera wybrano energicznego przyjaciela Przemyka - Jurka Popiela (Tomasz Ziętek), rezygnując z pomysłu, by w centrum ustawić introwertyczną matkę zabitego studenta, poetkę Barbarę Sadowską (Sandra Korzeniak). Dzięki temu film Matuszyńskiego, mimo pokaźnego metrażu - całość trwa aż 165 minut - i gatunkowego ciężaru produkcji, zachował rodzaj świeżości i wewnętrznej dynamiki. Ziarnistym, dokumentalnym zdjęciom Kacpra Fertacza towarzyszy oszczędna, pozbawiona melodii muzyka Ibrahima Maaloufa, która historycznemu konkretowi fabuły dodaje aurę metafizycznego niepokoju.

"Żeby nie było śladów": Pełna przemocy scena pobicia

W jakich okolicznościach doszło do pobicia Grzegorza Przemyka, dowiadujemy się już na samym początku filmu w scenie, która jest potwierdzeniem reżyserskiej klasy Matuszyńskiego. W gwałtownej, pełnej przemocy sekwencji - jakże odmiennej od spokojnego, monumentalnego rytmu narracji - reżyser "Żeby nie było śladów" zabiera widza w środek piekła, które wkrótce stanie się udziałem wszystkich bohaterów produkcji. Dzięki sprytnemu kadrowaniu Matuszyńskiemu udaje się jednak więcej ukryć niż pokazać (tak jak oprawcy Grzegorza Przemyka biją tak, "żeby nie było śladów"). Dalsza część filmu to opowieść o przygotowaniach Jurka Popiela do procesu i zakulisowych rozgrywkach na szczytach władzy. Poznajemy bliżej nie tylko jego rodzinę (rozbudowany wątek rodziców chłopca, granych przez Agnieszkę Grochowską i Jacka Braciaka), lecz także najwyższych funkcjonariuszy państwowych (kluczową postacią dramatu jest tu Czesław Kiszczak w kreacji Roberta Więckiewicza).

"Żeby nie było śladów": Czy film musiał trwać aż 165 minut?

Czy "Żeby nie było śladów" musiało trwać niemal 3 godziny? Nadzwyczajny metraż tego filmu pozwoli widzowi namacalnie odczuć terror totalitarnego reżimu, przez 165 minut ukazany nam jest bowiem rozbudowany mechanizm działania służb bezpieczeństwa. Mnogość wątków - nawet drugoplanowe postaci są tu bohaterami z krwi i kości - wymagała zaś przestrzeni do stopniowej ekspozycji kolejnych postaci tego niemal antycznego dramatu.

Nie zawiódł casting - żywiołowy Tomasz Ziętek z powodzeniem dźwiga na sobie ciężar całego filmu (jeśli dodamy do tego wyrazistą kreację w "Hiacyncie", jest on poważnym kandydatem do głównej nagrody aktorskiej), przeciwwagę stanowi dla niego cichutka, ale stanowcza Barbara Sadowska (Sandra Korzeniak daje tu wybitny pokaz tzw. "wąskiego grania" z ledwo słyszalnym szeptem i minimalną mimiką).

Ale w zasadzie każda rola w "Żeby nie było śladów", nawet epizodyczna, pozostaje perełką sztuki aktorskiej: Robert Więckiewicz w przewrotnej, na poły komediowej kreacji Czesława Kiszczaka, zastraszony Jacek Braciak jako zdradzający rodzinę ojciec Jurka Popiela, spektakularna Aleksandra Konieczna jako odrażająca prokurator Bardon, czy śmieszno-straszny Michał Żurawski jako bezwzględny pułkownik Kmiecik. Wymieniać można bez końca - jestem przekonany, że nagrody za drugi plan powędrują w Gdyni właśnie do kogoś z obsady "Żeby nie było śladów".

Mimo iż w czołówce "Żeby nie było śladów" znalazła się informacja, że film jest wyłącznie "oparty na prawdziwych wydarzeniach i materiałach historycznych" oraz że "niektóre zdarzenia, wątki i postaci zostały celowo zmienione lub wymyślone", dzieło Matuszyńskiego okazuje się wstrząsającym portretem początku lat 80. XX wieku, przybliżającym widzowi mechanizmy funkcjonowania totalitarnego reżimu oraz namacalnie oddającym rodzaj grozy, jaka towarzyszyła obywatelom peerelowskiej Polski. Pokazuje też, że możliwe jest opowiadanie o nieodległej historii Polski bez nienośnie edukacyjnej maniery. Pozostając historycznym dokumentem epoki, staje się przy okazji kawałkiem wielkiego kina.

8,5/10

"Żeby nie było śladów", reż. Jan P. Matuszyński, Polska 2021, dystrybucja kinowa: Kino Świat, premiera kinowa: 24 września 2021

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Żeby nie było śladów

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje