Reklama

43. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni

"Dziura w głowie": Natłok [recenzja]

Nie było w trakcie festiwalu w Gdyni w 2018 roku innego filmu, podczas którego widzowie tak tłumnie opuszczali salę kinową na długo przed końcem projekcji, jak "Dziura w głowie" - pełnometrażowy debiut Piotra Subbotki. Czyli sytuacja jasna: "nie polecam", "1/10, no może 2/10 za dobre chęci", "do widzenia". Otóż nie do końca.

Bartłomiej Topa w scenie z "Dziury w głowie"

Aktor Chudy (Bartłomiej Topa) wraz z trupą teatralną podróżuje po małych miejscowościach, gdzie daje występy w okolicznych domach kultury. Słynący z trudnego charakteru artysta wdaje się w bójkę z jednym z widzów, co kończy tournée. Nie mając się gdzie podziać, Chudy wraca do rodzinnego domu, by towarzyszyć ciężko chorej matce (Ewa Dałkowska) w jej ostatnich dniach życia. Na miejscu spotyka upośledzonego Andrzejka (Andrzej Szeremeta). Z czasem aktor zaczyna brać go za swojego sobowtóra.

Subbotko od początku przeładowuje swój film znaczeniami. W pierwszej scenie Chudy znajduje się w sali przesłuchań, w drugiej sąd nakazuje mu co tydzień meldować się na komendzie. Wątek ten nigdy nie wraca - protagonista ani nie spełnia postanowień wyroku, ani nie ponosi z tego powodu żadnych konsekwencji. Historię trupy aktorskiej, zdającą się być wiodącym wątkiem, reżyser porzuca po zaledwie jednym akcie. W drugim wprowadza nową scenerię oraz nowych bohaterów (poza Chudym), a do poprzednich już nie wraca.

Reklama

Już w pierwszym akcie twórca wskazuje wiele tropów. Sztuka, którą odgrywa Chudy i jego współpracownicy, to "Komediant" Thomasa Bernharda, w upraszczającym skrócie opowiadający o rodzinie artystów, na czele której stoi despotyczny patriarcha. Tak też zachowuje się z wielkim trudem tolerowany przez swoich współpracowników protagonista. Subbotko umiejętnie kręci kolejne próby i występy, często pozostawiając widza w niepewności: czy ogląda on fragment sztuki, czy też kolejny wybuch Chudego. Scena stanowi strefę, na której bohater potrafi w miarę funkcjonować. Poza nią nie daje rady porozumieć się z innymi, z czego wynika wieńcząca pierwszy akt bijatyka.

Po nakreśleniu postaci Chudego Subbotko przechodzi do sedna swego filmu, zsyłając Chudego do mieszkania matki i "wprowadzając" Andrzejka (cudzysłów z racji pojawienia się tej postaci wcześniej, w jednej z początkowych scen - chociaż zachowującej się wtedy zupełnie inaczej). Tutaj film, niestety, traci impet. Bo chociaż reżyser wciąż mnoży pozorne niejasności i stawia kolejne pytania, mamy już tyle informacji, że rozwiązanie zagadki Andrzejka oraz finał wydają się oczywiste. Napięcie opada, zastępują je dłużyzny i znużenie, których nie udaje się pokonać aż do końca projekcji.

Ostatecznie "Dziura w głowie" okazuje się więc ambitną porażką. Wolę jednak takie niepowodzenia - próby znalezienia swojego własnego filmowego języka, niż kręcone rok w rok, pozbawione jakichkolwiek ambicji, produkcyjniaki zasłużonych już twórców ("Czuwaj", "Volta", "Kamerdyner" - co roku jest przynajmniej kilka do wyboru).

4/10

"Dziura w głowie", reż. Piotr Subbotko, Polska 2018, dystrybutor: Holly Pictures, premiera kinowa 1 listopada 2019 roku.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Dziura w głowie