Reklama

Cannes 2021

Reklama

Cannes 2021: Żałoba po bliskich, nagie zakonnice i szukający szczęścia gwiazdor porno

W sobotę poznamy laureata 74. Festiwalu Filmowego w Cannes. O Złotą Palmę walczą w tym roku 24 tytuły, przyzna ją jury pod przewodnictwem Spike’a Lee. Wśród najpoważniejszych kandydatów do nagrody wymieniane są m.in. nowe filmy Leosa Caraxa, Asghara Farhadiego, Paula Verhoevena i Ryûsuke Hamaguchiego.

"Drivy my Car" Ryusuke Hamaguchiego, "Benedetta" Paula Verhoevena i "Red Rocket" Seana Bakera mają szanse na Złotą Palmę

Wielki powrót

74. canneńskie święto kina dobiega powoli końca, przejdzie ono do historii jako dziwny festiwal. Z jednej strony był to powrót przed duże ekrany, na czerwony dywan, szansa dla branży na dźwignięcie się z kryzysu. Z drugiej, do ostatniej chwili wisiało nad nim widmo epidemii, covidowych obostrzeń i kolejnej fali zachorowań. Festiwal udało się jednak doprowadzić do końca, nikt nie wyobrażał sobie, by mógł odbyć się online lub zostać odwołany jak w ubiegłym roku. Inna sprawa, żę organizatorzy po rocznej przerwie mieli w czym przebierać. Zanim na dobre ruszył canneński konkurs, prasa rozpisywała się, że zobaczymy w nim rekordową liczbę filmów, w których roi się od wielkich nazwisk.

Reklama

Tak też się stało, w efekcie w konkursie rywalizowały 24 filmy. Bardzo różnorodne, od Sasa do Lasa. Wydarzeniem, jak zawsze, miały być nowe filmy laureatów Złotej Palmy z poprzednich lat - "Memorii" Apichatponga Weerasethakula, "Trzech pięter" Nanniego Morettiego i "Paryż, 13 dzielnica" Jacquesa Audiarda. Podobnie jak "Annette" Leosa Caraxa, film inaugurujący tegoroczny festiwal. Inni wielcy z konkursu to Asghar Farhadi ("Bohater"), Paul Verhoeven ("Benedetta"), Francois Ozon ("Everything Went Fine"). We Francji pojawiła się też silna reprezentacja Amerykanów - Sean Penn ("Flag Day"), Sean Baker ("Red Rocket"), Wes Anderson ("Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun"). Na Lazurowe Wybrzeże ten ostatni przywiózł plejadę gwiazd: Billa Murraya, Tildę Swinton, Benicio del Toro i Timothée Chalameta.

Faworyci i przegrani

Przyglądając się tytułom, które walczą o Złotą Palmę w konkursie, trudno wskazać jednoznacznych faworytów. Jeśli jednak przyjąć, że jednym z wyznaczników są oceny wystawiane w festiwalowym rankingu magazynu "Screen", to wyłaniają się pierwsze typy. Najwyższą notę otrzymał jak dotąd "Drive my Car", nowy film Ryûsuke Hamaguchiego. Japończyk przywiózł do Cannes adaptację opowiadania Harukiego Murakamiego, w którym sztuka pomaga bohaterowi przeżyć żałobę po bliskich. Zachwyty dziennikarzy i krytyków nie mają końca. Peter Bradshaw z "Guardiana" w pierwszej recenzji po premierze pisał o "wciągającym i wzniosłym doświadczeniu kinowym, historii ludzkiej i pełnej empatii".

Drugie miejsce w rankingu "Screena" zajmuje "Annette", czyli powrót Leosa Caraxa po niemal dekadzie milczenia. Legendarny reżyser, niegdyś przedstawiciel francuskiego "neobaroku" pokazał w Cannes osobliwy musical o wielkiej miłości, sławie, celebrytach i szalejącym ego artystów, w którym między przemycił swoje prywatne grzechy.

Podium zamyka "Benedetta" Paula Verhoevena. Film przybliża żywot zakonnicy, która w XVII wieku ogłosiła się stygmatyczką, wspięła się na szczyt klasztornej hierarchii i niedługo później została przyłapana na seksualnych igraszkach z koleżanką. Holender nałożył na tę opowieść satyryczny, dla niektórych obrazoburczy filtr - nagie zakonnice zamieniają święte figurki w zabawki erotyczne, a Jezus Chrystus wywija mieczem jak bohaterowie serii  "Assassin's Creed".

Ale to tylko przyznawanie gwiazdek, w stawce może liczyć się jeszcze kilka świetnie przyjętych filmów. Jednym z nich jest "The Worst Person in the World" Joachima Triera, obraz złożony z dwunastu scenek z życia młodej kobiety, która szuka pomysłu na siebie, ale ostatecznie stawia na ulotne wrażenia.

W jakiś dziwny sposób rymuje mi się to z nowym, nawiasem mówiąc wspaniałym filmem Seana Bakera. Amerykanin pokazuje faceta, który za nic w świecie nie może zapuścić korzeni, nosi go na wszystkie strony. Bohater "Red Rocket" to Mikey Saber - były aktor porno, który niegdyś bił rekordy oglądalności na pornhubie, a dziś szuka szczęścia na konserwatywnej, teksańskiej ziemi.

Szansę ma też Farhadi, Audiard, Anderson i Juho Kuosmanen, ale zdarza się też tak, że wielcy twórcy plasują się w rejonie niewypałów, pomyłek i poślizgnięć. Wśród największych rozczarowań festiwalu, które wspięły się na Himalaje pretensji, znalazły się m.in. filmy Seana Penna, Nanniego Morettiego i Ildikó Enyedi. Ta ostatnia jeszcze kilka lat temu zachwyciła wszystkich "Duszą i ciałem", ekscentrycznym romansem o parze, która poznała się w rzeźni. Teraz pokazała rozwleczony do blisko trzech godzin adaptację powieści "The Story of My Wife" Milán Füst, w którym - jak celnie wskazuje krytyk "Variety" - nie ma ani krztyny napięcia. Inni, bardziej złośliwi, pisali, że emocje tam jak na grzybach; że widzowie średnio co kwadrans myślą o złapaniu za klamkę.

Powtórka z rozrywki czy nowe rozdanie

Nie ma co jednak wróżyć z fusów, konkurencja jest duża, każdy chce uszczknąć swój kawałek canneńskiego tortu. Serce podpowiada Triera, a rozum Hamaguchiego, pozostaje tylko pytanie, czy jury trzeci rok z rzędu nagrodzi twórcę z Dalekiego Wschodu?

W 2018 roku Złotą Palmę odebrał Japończyk Hirokazu Koreeda za "Złodziejaszków", dwa lata temu "Parasite" w reżyserii Koreańczyka Bong Joon-ho zostawił wszystkich daleko w tyle. Czy jury pod przewodnictwem Spike’a Lee postawi na powtórkę z rozrywki, czy może na jakąś odmianę? Nie ma co gdybać. Już wkrótce gala rozdania canneńskich nagród.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje