Reklama

Berlinale 2012

Ciało w pełnym świetle

"Narracja filmu koncentruje się na emocjach, seksualności, odkrywaniu siebie samego i przemianie zachodzącej wewnątrz bohaterów. Skupiałem się na detalach, na sekretach, które skrywają w sobie Eric i Paul. Starałem się odpowiedzieć na pytanie, jak owe tajemnice wpływają na zewnętrzne relacje między nimi" - mówi Ira Sachs, reżyser filmu "Zostań ze mną" nagrodzonego podczas 62. MFF Berlinale Teddy Award dla najlepszego filmu.

Anna Bielak: Podczas spotkania z widzami po projekcji twojego filmu powiedziałeś, że jest trzysta pięćdziesiąt osób, którym chciałbyś podziękować za pomoc przy realizacji "Zostań ze mną". Z jakimi produkcyjnymi kłopotami musiałeś się uporać?

Ira Sachs: - Szczerze mówiąc praca przy "Zostań ze mną" trwała bardzo krótko. Skończyłem pisać scenariusz w styczniu 2011 roku. Miałem też dużo wolności na planie, korzystałem z pieniędzy, które napływały powoli, ale z różnych źródeł. Bardzo duże wsparcie otrzymałem jednak głównie ze strony nowojorskich homoseksualnych społeczności, które były zainteresowane moim filmem ze względu na temat, jaki podejmuję.

Reklama

Relacja Erica i Paula, o której opowiadasz, trwa dziesięć lat. Akcja zaczyna się pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Czy powód usytuowania jej w przestrzeni kulturowej tamtego okresu był w jakiś sposób związany z faktem, że twoim celem było pokazanie blasków i cieni długotrwałego związku, o którego utrzymanie coraz trudniej we współczesności?

- Nie chciałbym myśleć o swoim filmie jako o obrazie reprezentującym kulturę w konkretnym okresie historycznym. Wolę, żebyś postrzegała "Zostań ze mną" jako miłosną historię dwojga ludzi. Czas jest dla mnie interesujący o tyle, o ile pokazuje rozwój emocjonalny w związku - rozstania, powroty, zmiany. Poza tym akcja, która zaczyna się w 1998 roku kończy się dziesięć lat później, dzięki czemu film zyskuje bardziej współczesny wymiar niż mogłoby się wydawać. Nie staraliśmy się też uparcie dawać widzom do zrozumienia, w którym roku rozgrywają się konkretne sceny. Zmieniliśmy tylko modele telefonów - z nowszych na starsze, postawiliśmy na biurkach komputery sprzed kilku lat... Narracja filmu koncentruje się wokół emocji, seksualności, odkrywaniu siebie samego i przemianie zachodzącej wewnątrz bohaterów. Skupiałem się na detalach, na sekretach, które skrywają w sobie Eric i Paul. Starałem się odpowiedzieć na pytanie, jak owe tajemnice wpływają na zewnętrzne relacje między nimi. Film jest o tajemnicach mimo że jego tytuł mówi o tym, żeby "keep the lights on" - mieć wciąż zapalone światło - niczego nie ukrywać w cieniu...

Fabuła filmu jest oparta na twoich biograficznych doświadczeniach. Co stało się z nimi przez lata? Postrzegasz je bardziej pozytywnie? Kiedy światła nie gasną, życie toczy się dalej...

- Tak... Ten film pod tym względem bardzo różni się od "Forty Shades of Blue" (2005). Jest w nim jakiś transgresyjny wymiar, wraz z upływem czasu emocje ewoluowały tak jak moje wspomnienia o nich - to naturalna właściwość psychiki. Filmowe obrazy w pewnym sensie są przezroczyste. Dużo łatwiej mi z nimi obcować, ponieważ dzięki nim wspomnienia stają się transparentne. Charaktery Erica i Paula (Zachary Booth) powstały na bazie materiałów, które znajdowałem i gromadziłem na zasadzie, w jakiej zbiera się dokumenty w kartotece - tylko że zarówno biblioteką jak i archiwum jestem ja sam. Nie skupiałem się na rzeczywistości, ważne było dla mnie moje własne wnętrze, którego elementy kształtowały świat wokół bohaterów filmu.

Pisząc scenariusz zmieniłeś narodowość jednej z postaci - uczyniłeś Erica Duńczykiem obsadzając w jego roli Thure Lindhardta. Dlaczego?

- Zrobiłem to dla Thure! Jest przenikliwy, ciekawy, piekielnie utalentowany. Kiedy zobaczyłem go na przesłuchaniu - byłem pewny, że to rola dla niego. Nie tylko ze względów jego fizycznego wyglądu, ale i specyficznej wrażliwości, bliskiej mi seksualności. Poza tym, kiedy przekuwam swoje wspomnienia na fabułę filmu, zamieniają się one w rodzaj rekwizytu, który się ogrywa. To tylko występ, a Thure Lindhardt znakomicie odnalazł się w głównej roli wyreżyserowanego przeze mnie spektaklu.


To twój kolejny film, w którym główny bohater nie jest Amerykaninem, chociaż akcja rozgrywa się w Stanach. W "Forty Shades of Blue" (2005) grała Rosjanka - Dina Korzun. Czy metaforyzujesz w ten sposób istnienie obcości w świecie przedstawionym?

- Tak, w pewnym sensie zawsze chcę zaznaczyć obecność outsidera, która jest dla mnie ważna na wielu poziomach opowiadania o współczesnej rzeczywistości. Jest jednak jeszcze jeden powód, który skłania mnie do angażowania europejskich aktorów - uwielbiam ich sposób ekspresji. Styl ich gry aktorskiej zdecydowanie różni się od amerykańskiego. Europejczycy pozwalają sobie na improwizację, której bazą są odczuwane przez nich emocje. To mnie fascynuje. Naturalną konsekwencją pojawienia się Thure na planie, było też ponowne zaangażowanie Papriki Steen [grającej drugoplanową rolę w "Forty Shades of Blue" - przyp. red.]. Uważam, że Paprika jest jedną z najlepszych aktorek na świecie, więc wykorzystałem okazję, żeby móc kolejny raz z nią pracować.

Przeczytaj recenzję filmu "Zostań ze mną" na stronach INTERIA.PL!

Pracowałeś też z muzyką Arthura Russella Jr. Jego utwory świetnie komponują się z fabułą i atmosferą filmu. Zdaje się, że historia jego życia też daleko nie odbiega od tematyki, którą podjąłeś w "Zostań ze mną".

- Kilka lat temu widziałem znakomity dokument o Arthurze Russellu pt. "Wild Combination". Byłem oszołomiony kompozycjami muzyka - większość z nich nie ujrzała światła dziennego przed jego śmiercią. Słuchałem ich w kółko; odnalazłem w nich piękno, w którym nie było sentymentalizmu oraz głębię pozbawioną pretensjonalności. Chciałem, żeby muzyka tego typu była organicznie powiązana z obrazem i opowiadaną historią. Obecnie pracuję zresztą nad realizacją filmu biograficznego o Arthurze Russellu Jr. i jego związku z Tomem Lee, który trwał przez ostatnie lata jego życia. Arthur bardzo dużo komponował mimo zmagania się ze śmiertelną chorobą. Jego zapał i upór jest dla mnie niezwykle inspirujący. Na ścianie w pokoju montażowym, w którym powstawała finałowa wersja "Keep...", wisiało zdjęcie Russella leżącego na plaży, śpiewającego do mikrofonu... Klimat tej fotografii towarzyszył mi przez cały czas poświęcony pracy nad filmem.

Jak wyglądała twoja praca z operatorem - Thimiosem Bakatakisem? Zdjęcia są bardzo malarskie, przypominają pokolorowane szkice, które stanowią tło czołówki filmu.

- Obrazy, które umieściłem w czołówce filmu namalował mój mąż. Wszystkie są portretami. Film także portretuje dwójkę mężczyzn. W każdym obrazie jest jednak odrobina humoru - powstająca dzięki specyficznemu kadrowaniu, bądź ujmowaniu postaci. Thimos Bakatakis bał się, że zdjęcia w filmie będą zbyt ciężkie, że sprawią wrażenie patetycznych. Pozbył się jednak wszelkich wątpliwości w momencie, kiedy pokazałem mu sekwencję otwierającą "Keep...", na którą składały się rysunki mojego męża. Bardzo ważne zarówno w nich jak i w zdjęciach Bakatakisa jest specyficzne użycie światła. Wiedziałem, że operator, którego wybrałem, rozumie jak z niego korzystać, ponieważ widziałem filmy realizowane przez niego wcześniej - "Kieł" (2009) i "Attenberg" (2010). Miałem pewność, że umie on pracować na taśmie 16mm i czuje się komfortowo przyglądając się ludzkiemu ciału.

Czym dla ciebie - jako reżysera - jest ludzkie ciało?

- Kiedy pracowałem z Thimosem Bakatakisem bardzo doceniłem fakt, że jako filmowiec przygląda się ludzkiemu ciału tak jakby przypatrywał się lampie. Ciało jest specyficzną formą, figurą, modelem, którego kształt malarz oddaje na płótnie a reżyser na ekranie. Ważne jest dla mnie też to, by nie oddzielać seksualności od codziennego życia, którego jest ono częścią. Seks i cielesność to nieodłączne elementy każdej historii.

Chcesz poznać lepiej swoich ulubionych artystów? Poczytaj nasze wywiady, a dowiesz się wielu interesujących rzeczy!

Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL

Reklama