Reklama

Berlinale 2011

Kilka refleksji po Berlinale

Tegoroczna edycja Berlinale odeszła do lamusa. Jednak, zanim zgasły ostatnie światła w Berlinale Palast, wszyscy zelektryzowani byliśmy oczekiwaniem na wyniki. 19 lutego, o godzinie 19.56 wszystko stało się jasne. I na sali rozległ się... jęk rozczarowania.

Inaczej być nie mogło. Zwłaszcza kiedy w grę wchodzą faworyci, pretendenci, nagrody pieniężne, statuetki i prestiż. Słowem, kiedy mamy do czynienia z liczącą się nagrodą filmową. Zdarzają się lata, w których niezadowolenie wyraża tylko część sali. Dzieje się tak, kiedy gusta publiczności polaryzowane są przez kilka tytułów. W przypadku tegorocznego Berlinale delikatne westchnienie i grymas rozczarowania musiał zagościć na twarzach wszystkich (z wyłączeniem ekipy filmu Asghara Farhadiego).

Reklama

Przewidując, że w walce o tytuł brać będą udział dwa tytuły i z tychże dwóch niechybnie zwycięży "Nader and Sirin. A Separation", mogłem wykazać się pewnymi profetycznymi zdolnościami. Chciałbym żeby tak było, ale oznaczałoby to, że mój niezwykły dar rozlał się również na siedzących ze mną pozostałych widzów i dziennikarzy. Tegoroczne Berlinale miało tak silnego faworyta, że wszyscy traktowali go niemal jako zaocznego zwycięzcę. Gdyby w ziemię uderzył meteor, Silvio Berlusconi oddał władzę Rocco Siffrediemu i wstąpił do zakonu kontemplacyjnego, a Asghar Farhadi nie wygrał Złotego Niedźwiedzia, jęczelibyśmy z niezadowolenia podejrzewając szwindel i pomstując na polityczność festiwalu. Tymczasem Irańczyk wygrał, a my wzdychamy nad przewidywalnością werdyktu. Tak źle i tak niedobrze. Choć lepiej tak, niż na odwrót.

Bo "Nader and Sirin. A Separation" najlepszym filmem był. Jego zaletom poświęciłem już cały osobny tekst, więc może tylko dorzucę, że gdyby inne tytuły z konkursu chciały mu zagrozić, musiałyby posiadać umiejętności transformersa. I tak, biorąc konsekwencję stylistyczną i rytm opowiadania "Konia Turyńskiego", scenariusz Joshua Marstona (twórcy "Forgivness of blond), aktualność "Margin Call" i dramaturgię "Unknown" może zyskalibyśmy równowagę, choć taka hybryda mogłaby mieć problemy z koordynacją.

W kuluarach rolę Dawida, który miałby stanąć w szranki z irańskim Goliatem przypisywano Beli Tarrowi. Ten jednak, pokornie jak bohaterowie jego filmu, zadowolił się samą insynuacją, iż mógłby sięgnąć po Złotego Niedźwiedzia i na tej fali spokojnie wylądował na drugim miejscu z Grand Prix. Słusznie, choć osobiście trudno mi pogodzić się z mentorskim tonem węgierskiego mistrza. Jego życiowe mądrości pochodzą gdzieś z okolic Sorena Kierkegaarda i nie znoszą najmniejszego sprzeciwu. "Koń Turyński" to dość eksplicytna wykładnia poglądów Tarra, która zamiast miejsca na interpretację oferuje "bojaźń i drżenie".

Osobny akapit należy się zapewne Wojciechowi Staroniowi, który za zdjęcia do filmu Pauli Markovitch "El Premio" otrzymał Srebrnego Niedźwiedzia. Kategoria, w której wyróżniono operatorski kunszt Polaka, nie jest ograniczona do samych tylko autorów zdjęć. Nagradza się w niej "artystyczny wpływ" danej osoby, na ostateczny kształt filmu. W relacji z drugiego dnia festiwalu zwracałem uwagę, że jednym z niewielu aspektów filmu Markovitch, który broni się przed ogólną przeciętnością są właśnie zdjęcia. W rozciągniętym ponad miarę wspomnieniu z dzieciństwa widoczne jest jedynie trwanie i oczekiwanie. Cały naddatek symboliczny zawarty w filmie nie ma zakorzenienia w opowieści, lecz pochodzi właśnie z precyzyjnie komponowanych kadrów. Gdyby nie operator, historia Markovitch rozleciałaby się nam w palcach jak kupka piachu.

Trudno powiedzieć o nagrodzie dla Wojciecha Staronia, że była wielkim zaskoczeniem, ale w tak szerokiej kategorii nagrodzeni mogli zostać również inni twórcy. Ponoć, w każdym, nawet najgorszym filmie, da się znaleźć jakiś dobry element. I rzeczywiście, sprawne oko przewodniczącej jury nawet w "El Premio" potrafiło wychwycić warty nagrodzenia aspekt. Z tej perspektywy powiedzieć można, że choć jedna pozytywna rzecz wyniknęła z dofinansowania "El Premio" przez Polski Instytut Filmowy. Najpierw "Plac Zbawiciela", teraz Srebrny Niedźwiedź. Być może już niedługo Wojciech Staroń dołączy w Hollywood do Janusza Kamińskiego, Sławomira Idziaka i Pawła Edelmana.

Gdyby ktoś zmusił mnie do stworzenia rankingu pokazywanych w Konkursie Głównym w Berlinie filmów, to ułożyłbym bez wahania pierwszą trójkę, a resztę rozrzucił na chybił trafił. Tym trzecim tytułem jest (a to niespodzianka!) nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz film "Forgiveness of Blood", w reżyserii Joshua Marstona. Znany w Polsce z obrazu "Maria łaski pełna" twórca opowiedział w swoim najnowszym filmie o serii wyładowań pomiędzy zapiekłą tradycją a nowoczesnością, symbolizowaną przez młodzież. Akcja filmu rozgrywa się na terenie Albanii. Wciągnięty przez swojego ojca w lokalną odmianę vendetty Nik, musi pozostawać w domu pod groźbą śmierci z rąk zwaśnionej rodziny. Myślący zupełnie odmiennymi kategoriami chłopak za wszelką cenę stara się zakończyć krzyżujący jego plany spór, narażając na szwank honor rodziny.

Marstonowi udaje się w tej dość kameralnej opowieść oddać sprawiedliwość obu stronom. Jego ambicją nie jest rozstrzygnięcie racji, ale pokazanie nieuniknioności zmian i ich konsekwencji. Nieoczekiwanie młody Nik, wyrzekając się symbolicznie roli przyszłej głowy rodziny, toruje miejsce kobietom. Czyny Nika nie zwiastują jedynie jednopokoleniowej luki, która zniknie bez śladu jak kostki w tetrisie, ale całą lawinę ewentualnych konsekwencji. Modernizację lokalną i globalną.

Polskie media robiły w tym roku sporo zamieszania wokół polskich propozycji na Berlinale. Wśród zwycięzców, obok wymienionego już Wojciecha Staronia, należy wspomnieć Dorotę Kędzierzawską. Śledząc pokazy w Konkursie i Panoramie, nie miałem okazji zobaczyć najnowszego filmu Polskiej reżyserki, który triumfował w sekcji "Generacja". Kędzierzawska od lat, konsekwentnie realizuje swoje kino odbierając zewsząd dowody uznania. Tymczasem jej ewidentne sukcesy toną gdzieś w cieniu sukcesów spodziewanych.

Tegoroczne Berlinale po raz kolejny utarło nosa wszystkim tym, którzy emocjonowali się szansami "Sali samobójców" i "Świtezi". Film Komasy ma swoje zalety, o których przeczytać można w osobnym tekście, ale o ile na polskim gruncie jest on rzadkim przykładem zainteresowania współczesnością, o tyle w Berlinie stanowił on ramotkę.

"Świteź" to również taki nasz, swojski film i tylko zadeklarowani panslawiści lub entuzjaści samej techniki animacji mogli liczyć na jego sukces. Konkurs krótkiego metrażu, w którym startował film Kamila Polaka, wygrał Park Chan-Wook, twórca doskonale znanej w Polsce trylogii zemsty. Jego obraz był nie mniej niż "Świteź" hermetyczny pod względem kulturowym. Proponował jednak prawdziwie nowe horyzonty techniczne, eksperymentując z fakturą obrazu uzyskiwanego z IPhone'a 4 i oferował szereg "podpórek", które widzowi z poza Korei pozwalały bawić się nie gorzej niż twórcom. Trudno zapomnieć wykonaną na piszczałce wariację na temat "Love will tear us aparat" Joy Division, towarzyszącą scenie rozdzierania sukna. Jeszcze trudniej obrazek, na którym splątany żyłkami z topielicą rybak manipuluje nią jak lalką bunraku.

61. Berlinale pozostawiło po sobie mieszane uczucia. Przyniosło przynajmniej jeden film wybitny, jeden, który do tego miana pretenduje i przynajmniej kilka bardzo interesujących. Niektóre rzeczy, takie jak nagrodzony w sekcji Forum japoński film "Heaven's Story" uznać można za bardzo ambitne porażki, inne za nieszkodliwe wypychacze. Był też obraz "A mysterious World" Rodrigo Moreno, którego nie poleciłbym. Z całości wyłania się coś na kształt zapychającego ciasta drożdżowego z wisienką u góry. W przyszłym roku życzyłbym sobie przekładańca.

Stanisław Liguziński, Berlin

INTERIA.PL

Reklama