Reklama

Reklama

Elżbieta Zapendowska: Ludziom trzeba mówić prawdę

Elżbieta Zapendowska zapisała się w historii Polsatu jako jurorka wszystkich edycji kultowego programu "Idol" (2002-2005, 2017), "Jak oni śpiewają" (2007-2009) i "Must Be the Music. Tylko muzyka" (2011-2016). Aktualnie razem z Andrzejem Głowackim prowadzi własną Szkołę Piosenki w Warszawie oraz występuje w multimedialnym musicalu dla młodzieży pt. "Kongo" w reż. Jerzego Bończaka w stołecznym Teatrze Capitol, gdzie gra samą siebie, czyli jurora.

Elżbieta Zapendowska zapisała się w historii Polsatu jako jurorka wszystkich edycji kultowego programu "Idol" (2002-2005, 2017), "Jak oni śpiewają" (2007-2009) i "Must Be the Music. Tylko muzyka" (2011-2016).  Aktualnie razem z Andrzejem Głowackim prowadzi własną Szkołę Piosenki w Warszawie oraz występuje w multimedialnym musicalu dla młodzieży pt. "Kongo" w reż. Jerzego Bończaka w stołecznym Teatrze Capitol, gdzie gra samą siebie, czyli jurora.
Elżbieta Zapendowska: Muszę przyznać, że Polsat przez lata bardzo wyszlachetniał /Mariusz Grzelak /Reporter

30-lecie Telewizji Polsat to okazja do wspomnień i podsumowań. Hitem stacji był emitowany od 2002 roku "Idol" - widowisko muzyczne, które elektryzowało cały kraj i w którym sprawowała pani rolę jurora. Z chęcią przystąpiła pani do tego zadania?

Elżbieta Zapendowska: - Bez specjalnego entuzjazmu i oczekiwań. W najśmielszych wyobrażeniach nie przewidziałam, że program zyska taką sławę, a jego popularność będzie wręcz przytłaczająca. Nigdy dotąd nie było takiego formatu w polskiej telewizji. Nie było też konkursu, w którym do uczestników podchodziło się tak ostro, nie głaskało się  ich po główkach i nie mówiło wszystkim po kolei, jacy to są utalentowani i wyjątkowi - co ma miejsce w wielu innych tego typu przedsięwzięciach, zwłaszcza ostatnio. Ocena w "Idolu" była zawsze stricte merytoryczna, czasem słodka, czasem gorzka, czyli taka, jaka powinna być.

Reklama

Celowała w niej zwłaszcza pani - z jednej strony znana z fachowości wygłaszanych opinii, z drugiej zaś - z ich bezkompromisowości...

- Tak bez przesady. Przez 20 lat poprzedzających "Idola" zajmowałam się tym samym, tylko bez kamery. W związku z tym miałam swoje przemyślenia na temat traktowania ludzi, którzy śpiewają - a jest ich w Polsce bardzo dużo - i chcieliby to robić profesjonalnie, z tego żyć. A trzeba wiedzieć, że rynek muzyczny jest bezwzględny, nawet jeśli się ma dużo sprytu, szczęścia czy kochanków, którzy pomogą tu i tam, to i tak kiedyś wyjdzie na jaw fakt, czy się ktoś do tego nadaje, czy nie. Dlatego tych bez drygu i polotu staram się raczej zniechęcać, skłaniać do szukania drugiego zawodu, bo po co robić sobie i komuś złudne nadzieje? Drażni mnie to poklepywanie po ramieniu i pocieszanie w stylu - jak będziesz pracować, to sukces przyjdzie. Nieprawda! Znam zdolnych ludzi, którzy nie robią nic, a śpiewają świetnie i pracowitych jak mrówki, którzy ćwiczą po 16 godzin dziennie - i im nie wychodzi. Ludziom trzeba mówić prawdę.

Wie pani, że występujący w "Idolu" bali się pani jak ognia?

- Wiem. Bo ja też nie jestem najładniejsza, więc wizerunkowo ich odstraszałam. A już jak zaczęłam mówić...

Próbowali panią podejść przekupstwem, pochlebstwem?

- Ależ naturalnie! Podlizywali się różnie, słownie, wdzięczeniem, uwodzeniem. Mam zdrowy stosunek do siebie i kiedy widzę, jak 60-latkę próbuje uwodzić 20-latek, to wiem, że coś jest nie halo... Zdarzały się i podarunki, nawet płody rolne czy inwentarz prosto z zagrody. Śmiesznie było.

Ale jednak z "Idola" wyszli wokaliści, którzy z powodzeniem funkcjonują na muzycznej scenie...

- Jak najbardziej, wielu było utalentowanych, a talent, jak powtarzam, obroni się sam. Długo by wymieniać, Ewelina Flinta, Szymon Wydra, Monika Brodka, Krzysztof Zalewski i inni - dają radę i cieszy mnie to niezmiernie.

Kolejnym programem muzycznym z pani udziałem było show "Jak oni śpiewają". Tu również pani jurorowała...

- Ale to inna bajka. Uczestnikami "JOŚ-a" byli aktorzy, najczęściej serialowi, z wykształceniem lub bez, za to z dużym mniemaniem o sobie. Dużo gorzej pracuje się z ludźmi z branży, ciężko znanej aktorce powiedzieć, że słabo śpiewa, bo ma za złe - i ona i jej serialowi fani. Tu potrzeba dyplomacji, ubierania wszystkiego w gładkie słowa, owijania w bawełnę i zawracania głowy. Bywało trudno, choć po latach też wspominam tę zabawę z sentymentem.

No a potem przyszedł czas na "Must Be the Music. Tylko muzyka", czyli znów coś na kształt "Idola"?

- Poza tym, że to też rodzaj konkursu, wszystko było inne. Tam mieliśmy wyłącznie solistów, śpiewali a'capella, co jest bardzo trudne, tu forma była znacznie szersza. Występowały również duety, zespoły, chóry, zespoły instrumentalne, wykonując standardy muzyki rozrywkowej, klasycznej, autorskie. Pełna dowolność. "Must", bo tak mówiliśmy w skrócie, był według mnie programem najciekawszym i dla społeczeństwa, i dla nas, i dla przyszłych artystów scen. Jeżdżę teraz po Polsce i widzę, ilu ludzi, którzy przewinęli się przez "Musta" istnieje cały czas gdzieś w przestrzeni muzycznej - jako gitarzyści, perkusiści, chórzyści, wokaliści i różni inni wariaci. Dajmy na to zespół Piękni i Młodzi, grają disco polo - nie znoszę tego gatunku, ale muszę przyznać, że prezentowali się u nas zawodowo i robią karierę na całego.

Autorytet jako nauczyciel emisji głosu budowała pani od lat. Spod pani ręki wyszły takie gwiazdy jak Edyta Górniak, Łukasz Zagrobelny, Doda czy Michał Bajor...

- Akurat z Michałem nie pracowałam indywidualnie, co media mylnie powtarzają. Historia była taka, że pochodziliśmy z jednej miejscowości i ja go uczyłam w liceum, na koniec zdawał u mnie maturę z muzyki, bo to był taki czas, że ten przedmiot był dopuszczalny. Przyjaźnimy się i lubimy do dziś. Przypisują mi też, nie wiedzieć czemu, że uczyłam Marylę Rodowicz i Ryszarda Rynkowskiego - to też jest nieprawda. Prawdą jest tylko to, że robiłam im chórki i pomagałam w wydawaniu płyt. Ale pozostali, jak najbardziej tak, sporo się przewinęło ciekawych, kumatych - tak to mówię - i megautalentowanych osób. I, jak to artyści, bywają buńczuczni, niegrzeczni, złośliwi - takich lubię najbardziej. To jest cenne, bo jak się kłócą, to prowokują aktywność, kreatywność i z takich burz najwięcej wychodzi. Taka właśnie była Edyta - to ja ją wepchnęłam do "Metra" - nikt nie wiedział wówczas, co to będzie, czy sukces, czy klapa. Okazało się objawieniem, a Edyta po tym pofrunęła wysoko. A na koniec się na mnie obraziła - i bardzo dobrze, mam święty spokój!

Od kilkunastu lat prowadzi pani własną Szkołę Piosenki w Warszawie...

- Zgadza się, razem z Andrzejem Głowackim, on zajmuje się stroną literacką, interpretacyjną, ja - muzyczną. On się nie wtrąca do tego, co robię, ja mu się wtrącam we wszystko. Fajna młodzież do nas przychodzi.

Znamienne jest to, że wychowała się pani i pracowała przez wiele lat w Opolu, mieście, które wszystkim kojarzy się z muzyką. W 2014 roku została pani uhonorowana przez Radę Miasta Opola tytułem Ambasadora Stolicy Polskiej Piosenki. Miło było?

- Bardzo miło. Tytuł wręczał mi prezydent Miasta Opole, pan Ryszard Zembaczyński, ale kiedy zapytałam go, czy, skoro już jestem ambasadorem, to  dostanę tu swoją ambasadę, i powiedział, że nie, to się zrobiło mniej miło (uśmiech)...

Ambasady pani nie ma, ale mnóstwo sukcesów na koncie, również związanych z pracą na antenie Polsatu, którego markę budowały m.in. programy rozrywkowe z pani udziałem. Jak pani widzi dziś, w dniu jubileuszu, przyszłość tej stacji?

- Muszę przyznać, że Polsat przez lata bardzo wyszlachetniał - merytorycznie, wizualnie, programowo - i znajduje się obecnie w ścisłej czołówce polskich mediów. Myślę sobie, że w nadchodzącym czasie będzie jeszcze lepiej. Ale nie jestem wróżką, więc nie wiem.

AIM

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy