Reklama

Alicja Resich o odejściu z TVP: "To był mój etyczny, świadomy wybór"

"Po prostu nie chcę się identyfikować z telewizją publiczną, która żyje propagandą. To był mój etyczny, świadomy wybór. Gdy podjęłam tę decyzję, od razu pomyślałam o Polsacie". To nie był jedyny raz, gdy polityka wprowadziła zamęt w życie Alicji Resich i zmusiła ją do zmian. O wpływie władzy państwowej na TVP, tremie i współczesnych gwiazdach, które gości "W bliskim planie", opowiada Alicja Resich.

Katarzyna Adamczak, Styl.pl: Chciałabym zacząć od najwcześniejszych czasów, czyli od tygodnika satyrycznego “Szpilki". W jednym z wywiadów opowiedziała Pani o przeświadczeniu redakcyjnych kolegów, że pracę zawdzięcza Pani swojej urodzie, a nie umiejętnościom. Czy współcześnie kobiety w mediach nadal muszą się mierzyć z przekonaniem, że “bez mężczyzny u boku nic nie mogą osiągnąć"?

Alicja Resich: - O tym, że krążyły takie żarty, dowiedziałam się od Marysi Czubaszek, z którą bardzo długo współpracowałam w telewizji, robiłyśmy wiele wspólnych programów, między innymi “Czubaszek na śniadanie". Marysię spotkałam właśnie w “Szpilkach" - otoczyła mnie tam swoją opieką.

Reklama

Wcześniej byłam wierną czytelniczką tygodnika satyrycznego “Szpilki" i miałam tam swoich ulubionych felietonistów, jednym z nich był Anatol Potemkowski o literackim pseudonimie “Megan". Właśnie on ogłosił kiedyś konkurs na wiersz i krótką formę satyryczną. Napisałam je, po czym dostałam bardzo miły telefon, że moje teksty uznano za najlepsze i spotkałam się z panem Anatolem. To było bardzo “czyste" wejście do redakcji. A to, że starsi panowie sobie dowcipkowali, raczej odbierałam jako żarciki i przytyki, ale to na pewno nie było nic poważnego — tak też Marysia mi to przedstawiała. Gdyby spojrzeć na to z boku: pojawia się bardzo młoda dziewczyna, która w dodatku wygrała konkurs (a przeciętna wieku w “Szpilkach" to była tak powyżej pięćdziesięciu lat), więc prawdopodobnie to wywołało te komentarze i żarty.

Co do dzisiejszych czasów, to sytuacja się bardzo poprawiła, zmieniła na lepsze. Weszły nowe ruchy jak: #MeToo, czy też poprawność polityczna, która systematyzuje i porządkuje relacje między kobietami i mężczyznami. Wiadomo, że kobiety częściej kończą studia niż mężczyźni. Wszyscy wiedzą, że są tak samo zdolne, a bardzo często zdolniejsze od wielu mężczyzn, więc nie ma co tutaj jakichś teorii tworzyć. W telewizji sprawa jest o tyle prostsza, że nawet jeśli ktoś wszedł przez znajomości, to antena bardzo szybko to weryfikuje, a widzowie jeszcze szybciej.

Mój Tata był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, prawnikiem. Wiele lat pracował ze studentami i zawsze mi powtarzał, że jego zdaniem kobiety są lepszymi studentkami, tylko niestety wychodzą za mąż, potem rodzą dzieci i wracają do zawodu dopiero po jakimś czasie. On bardzo wierzył w kobiety i zawsze mi powtarzał, żebym  dbała o swoje wykształcenie i niezależność.

Zobacz również: Maja Sablewska: Zmiana to proces dopuszczania do siebie prawdy

Wielu twierdzi, że kobieta musi wybrać: kariera lub rodzina? Pani zdecydowała się pójść obiema drogami. To połączenie na pewno nie było łatwe. Nie cierpiało na tym życie rodzinne?

- Raczej cierpiała na tym praca. To były lata 80. — taki trochę stojący czas w mediach. Najpierw urodziłam syna, potem córkę. Wtedy też istniał taki świetny zwyczaj, żeby kobietom płacić urlopy macierzyńskie, tak że nie miałam ani chwili wahania — postanowiłam poświęcić się dzieciom i właściwie siedem lat byłam w domu. W tym pierwszym okresie życia, w którym dziecko się kształtuje, bardzo się nimi opiekowałam, bo bardzo się zakochałam w moich dzieciach. Nie wyobrażałam sobie, żebyśmy byli osobno. 

Natomiast nawet wtedy sporo współpracowałam: już z radiem, ze “Szpilkami", robiłam dużo tłumaczeń filmów tak, że jakąś aktywność utrzymywałam. Gdy dzieci były już w miarę duże, wróciłam do telewizji i tam zaczęłam szukać swojej drogi.

Czyli przez te siedem lat nie była Pani zupełnie wyłączona z pracy zawodowej?

- To były lata 80-83. Wtedy w telewizji było nieciekawie, robiono weryfikacje, zwalniano, trzeba było mieć odpowiednie poglądy polityczne — to wszystko naprawdę nie sprzyjało temu, żeby tam pracować i widzieć swoją przyszłość, ale potem to się poprawiło. 

Obok roli matki i dziennikarki jest Pani również współzałożycielką Fundacji a/typowi działającej na rzecz neuroróżnorodności. Skąd pomysł na takie działania? 

- Jestem wiceprezeską Fundacji, zostałam nią dzięki córce — prezesce. Fundacja to wynik pracy, przemyśleń i doświadczeń mojej córki, która jest z wykształcenia filozofem i psychologiem, pracowała też jako psychoterapeuta. Od lat obserwuje osoby atypowe, czyli neuroróżnorodne. Ostatnio bardzo dużo powstało trendów, a nawet naukowych tendencji, w których się stwierdza, że osoby neuroróżnorodne są niepotrzebnie, niewłaściwie stygmatyzowane. Tymczasem mogą to być osoby nieprzeciętnie zdolne, wręcz genialne. Grono wybitnie zdolnych, atypowych osób jest liczne, począwszy od Karola Darwina, przez Alberta Einsteina, Mozarta aż po naszą Marię Curie-Skłodowską. 

To byli ludzie inaczej funkcjonujący emocjonalnie, a jednocześnie ich umysł był w stanie zupełnie inaczej działać, myśleć, widzieć — dzięki temu powstawały rzeczy wybitne. Mnie się bardzo ta idea podoba. 

Fundacja już odniosła wielki sukces, ponieważ niedawno został otworzony kierunek studiów podyplomowych na SWPSie “Neuroróżnorodność w miejscu pracy". Gdzie mówi się o tym, w jaki sposób podchodzić do osób atypowych: autystycznych, z ADHD, dysleksją i wszystkimi frakcjami “dys". Warto o takie talenty zadbać, stworzyć im odpowiednie warunki pracy, aby mogli bardzo szybko, a niejednokrotnie dużo szybciej, twórczo i wydajniej pracować.

Zobacz również: Specjalista nie "autysta". Już nie dziwny pracownik, ale... lepszy

Powróćmy do pracy zawodowej. Jak znalazła się Pani w telewizji?

- Pomógł mi w tym program “Radio Mann", który tworzyliśmy z Wojtkiem Mannem. Audycja emitowana w radiowej Trójce była niesłychanie popularna, co mi otworzyło drogę w telewizji, bo okazało się, że nadaję się do pracy na antenie.

Pierwsze kroki w telewizji nie były łatwe. Program musiałam sobie “wychodzić". Chodziłam z moimi tekstami, przedstawiałam się, proponowałam... To był dość długi proces. W końcu postanowiono dać mnie na dyżur, bo koleżanka-prezenterka zachorowała, więc trochę przez przypadek trafiłam na antenę i się sprawdziłam. Potem krok po kroku, powoli, sprawdzałam się w kolejnych rolach.

Prowadziła Pani pierwszy w Polsce talk-show. “Wieczór z Alicją" gromadził przed telewizorami miliony widzów. Jak zareagowała Pani na decyzję o jego zdjęciu?

- To świadczyło o nowej władzy, czyli w tym przypadku o lewicowym zarządzie. Oni w sposób bezwzględny żegnali się ze wszystkimi autorami programów — bez względu na ich oglądalność. Na przykład “Wieczór z Alicją" gromadził od sześciu do ośmiu milionów widzów — takich liczb się nie lekceważy. To świadczyło o beznadziejnym “profesjonalizmie" tamtego zarządu telewizji. Po czym wprowadzali swoje formaty, ze swoimi znajomymi producentami. Taka stara dobra telewizja, że tak powiem. Te nowe programy z reguły padały po pewnym czasie, bo nikt ich nie oglądał.

Na dobre z TVP pożegnała się Pani stosunkowo niedawno, w sieci pojawiło się wówczas wiele plotek na temat powodów tej decyzji. A jak było naprawdę?

- Podjęłam taką decyzję świadomie, ponieważ popieram rządy demokratyczne, w których system sprawiedliwości jest niezależny. Nie zgadzam się z tym, co PiS robi w kraju, jak sobie zawłaszcza kobiety, jak wszystko wiąże z Kościołem, który też dla mnie jest skompromitowany od lat. Po prostu nie chcę się identyfikować z telewizją publiczną, która żyje propagandą. To był mój etyczny, świadomy wybór.

Gdy podjęłam tę decyzję, od razu pomyślałam o Polsacie, bo zawsze miałam tutaj przyjazne relacje — nie myliłam się — spotkało mnie bardzo ciepłe przyjęcie. Polsat to jest taka trochę rodzinna telewizja — tak bym to określiła. Tu się czuję naprawdę dobrze i bezpiecznie, nikt na mnie żadnych nacisków nie wywiera, świetnie się współpracuje ze wszystkimi. To przyjemność.

W swojej karierze miała Pani styczność z każdym medium, które z nich preferuje Pani najbardziej? 

- Zawsze chciałam być pisarką i tłumaczką. To było takie moje marzenie, dlatego tak dużo pisałam w młodości i szykowałam się do tego zawodu. Poszłam na anglistykę, żeby zostać tłumaczem, bo jestem admiratorką literatury angielskiej i amerykańskiej. Telewizja zdarzyła się przypadkiem. Okazało się, że “coś" mnie w niej bardzo wciągnęło i tak to poszło... A telewizja wciąga tak, że już na nic innego nie ma czasu. 

Poza tym radio było zawsze wspaniałe. Zarówno radio Trójka, jak i potem Radio Kolor. Tam miałam wybitnych kolegów nie tylko Wojtka Manna, ale Grzegorza Wasowskiego, Jana Chojnackiego, Jerzego Kordowicza — legendy radiowe. Bardzo dobrze się rozumieliśmy i lubiliśmy — to był cudowny czas. Tam panował magnetyzm serc i masa śmiechu. Radio bardzo lubiłam, ale dopiero w Radiu Kolor zacząłem prowadzić regularne dyżury i zdobyłam zupełnie inne doświadczenie. To nie było już wykonywanie satyrycznych tekstów swojego, czy kolegów autorstwa. Myślę, że ja jednak znajduję się najlepiej w rozmowie, że od początku ten gatunek był mi szczególnie bliski.

Niedawno znalazłam przez przypadek swoje stare notatki z czasów, gdy przygotowywałam się do wywiadu z Julią Hartwig, wybitną poetką polską. Przeczytałam te notatki i zobaczyłam, że tych dwadzieścia czy więcej lat temu ja właściwie tak samo podchodziłam do człowieka jak dzisiaj, ten sam miałam system wchodzenia w jego naturę, życie, biografię i to się sprawdzało. Potem gościłam wiele wspaniałych osób z Polski, ze świata, dostawałam bardzo dużo zachęt z ich strony i wyrazów zadowolenia. 

Oczywiście pracowałam też na żywo, prowadziłam studio Dwójki, dyżury Dwójki. Mam za sobą zarówno prezenterstwo, jak i spikerstwo. Wszędzie starałam się coś nowego wprowadzić, jakiś swój styl i to się powoli sprawdzało.

Natomiast to pisanie przynosi mi największą przyjemność i ten wyjątkowy rodzaj skupienia.

Co sprawiało Pani największą trudność w pracy?

- Największą trudność sprawiały problemy techniczne i to jest coś, czego najbardziej się zawsze obawiałam. Jestem w pełni skoncentrowana, mam przed sobą bardzo poważnego, sławnego gościa, a tu nagle coś się stanie z dźwiękiem albo z oświetleniem, albo materiały źle wejdą... To powodowało u mnie poważną tremę. Zawsze modliłam się po cichu, żeby się wszystko udało i to mogło dekoncentrować. 

A podczas wywiadów?

- W wywiadzie bardzo ważne było pierwsze spotkanie z osobą, z którą miałam rozmawiać i pierwsze wrażenia. Zwykle spotykałam się z wielką sympatią i zaufaniem. To od razu wprowadza rozmowę na dobre, bezpieczne tory, kiedy widzi się w oczach gościa akceptację i sympatię.

Kiedyś powiedziała Pani, że bardzo lubi moment, w którym goście Panią zaskakują. Była jakaś sytuacja, która wprawiła Panią w osłupienie?

- Takie zaskoczenia bywały dość zabawne, choć oczywiście bardziej humorystyczne w opowieści. Gdy prowadziłam “Wieczór z Alicją" (wiadomo, to było na żywo), nagle zorientowałam się, że mój gość, wybitny aktor, właściwie nie słyszy. Przed programem nie zdradził nam, że słyszy tylko przy pomocy słuchawki, więc podczas wywiadu prawdopodobnie czytał z moich ust. Kiedy się zorientowałam, byłam zaskoczona, a nawet troszeczkę przerażona, więc bardzo wyraźnie do niego mówiłam i jakoś poszło. To było moje największe zaskoczenie.

Takie zaskoczenie musiało zapewne wywołać też stres?

- Gdy się prowadzi programy na żywo, czy nawet gdy się nagrywa, zawsze wiąże się to z ogromnym stresem. To nie jest tak, że stres mija z wiekiem. Te wszystkie pytania: to pani jeszcze po tylu latach ma tremę? Tak, ma się coraz większą tremę, bo ma się coraz większe poczucie odpowiedzialności za siebie, za gościa, za całą ekipę, która jest świadkiem tego, co się dzieje w studiu. To narasta. Zresztą bardzo często słyszałam od wybitnych aktorów, że z czasem coraz dłużej musieli koncentrować się w garderobie, bo stres narastał.

Wczoraj robiłam rozmowę z Ralfem Kamińskim, który jest młodym, wyjątkowym, wybitnym artystą i on powiedział to samo: że właściwie jego trema przed występami zamiast maleć, ciągle rośnie, więc nie jestem odosobniona. Właściwie każdy z kim rozmawiam: czy to niesłychanie żywi na antenie i swobodni prowadzący, czy aktorzy — wszyscy przechodzą swój stres, każdy inaczej.

Jak radzi sobie Pani ze stresem?

- Mam taką metodę, że po prostu bardzo dobrze się przygotowuję i staram się być zdrowo wyspana. Przygotowuję się tak, jak do egzaminów na studiach. Wtedy się uspokajam, kiedy mam w głowie cały plan rozmowy. Tak, to jest moje lekarstwo na stres.

Pytałam o najbardziej zaskakujący moment podczas wywiadów, a najbardziej wzruszający?

- Wczoraj nagrywałam "W bliskim planie" ze znakomitą artystką kabaretową, Agnieszką Litwin, z kabaretu Jurki. Bardzo ciekawa rozmowa, kobieta o wybitnym talencie aktorskim, pisząca teksty piosenek, skecze, monologi, po prostu wulkan energii — okazało się, że ma jeszcze wiele innych talentów, maluje piękne obrazy. Agnieszka rok temu  przeszła chorobę nowotworową. Zwyciężyła. Rozmawiałyśmy o tym oczywiście zupełnie poważnie i w pewnym momencie zapytałam ją: za co jest najbardziej w życiu wdzięczna, bo bardzo często w swoich mediach społecznościowych pisze, że jest “wdzięczna" za różne rzeczy. Zaczęła mówić (już widziałam, że jej się oczy szklą), że jest wdzięczna za serce, które jej okazano, za wsparcie, gdy była chora i musiała walczyć o siebie. Bardzo pięknie to powiedziała, zaczęła nawet trochę płakać. To było szalenie wzruszające.

Czy jest jakiś wywiad, który szczególnie zapadł Pani w pamięci?

- Wszystkie pamiętam. Nawet te zwyczajne wywiady, to nie muszą być rozmowy z wielkimi gwiazdami. W dawnych czasach, pamiętam jeszcze w telewizji publicznej, byłam zachwycona takim krótkim wywiadem, który zrobiłam z wartownikiem stojącym na bramce. Pytałam go, którego prezesa najlepiej mu się wpuszczało — to było jakieś takie niesamowicie śmieszne. Nigdy nie wiadomo, co cię zaskoczy. 

Oczywiście są osoby, które były bardzo ważne dla mnie jak ci pierwsi wybitni ze świata: aktor Max von Sydow, pisarz Amos Oz, fotografik Ryszard Horowitz, wybitny rysownik Janusz Kapusta, artysta malarz Rafał Olbiński — oni wszyscy wtedy przyjeżdżali do Polski. Anthony Hopkins, z którym miałam bardzo ciekawą rozmowę, ale też taką niepokojącą. Mam masę takich przeżyć, nie wyróżniam nikogo — to się zlewa w jedno wielkie ciepło i wdzięczność za szacunek, który mi okazywano jako dziennikarce. Wielka motywacja w pracy.

Zobacz również: Anthony Hopkins zagra Jamesa Bonda?

Jest Pani ikoną polskiego dziennikarstwa — można przypuszczać, że Pani zaproszeniom się nie odmawia. Czy są wśród polskich gwiazd takie, które uparcie nie chcą wziąć udziału w programie?

- Nie, nie ma. Zdarzały się odmowy, ale były dyktowane napiętymi grafikami. To jest zupełnie zrozumiałe. Pierwszy, dawno temu, odmówił mi Sławomir Mrożek, ale za to napisał przepiękny list do mnie, który mam jako pamiątkę. Tłumaczył w nim, bardzo tłumaczył, dlaczego nie może być w tym czasie w Warszawie i musi wyjechać. To było po prostu piękne przeżycie. 

Dzisiaj aktorzy są niesłychanie zabiegani. Jeżeli ktoś nie może, proponujemy nowe terminy, ja to doskonale rozumiem. Nigdy nie odbieram tego jako przejawu niechęci, tym bardziej, że zawsze na nagraniach dostaję ogrom sympatii, uznania i serdeczności.

Czy zdarzają się goście zamknięci we własnym świecie, z którymi rozmowa jest trudna?

- Bardzo szybko łapię dobry kontakt z moimi rozmówcami, bo oni się od początku orientują, że ja naprawdę przeczytałam ich książki, obejrzałam role, filmy spektakle.  Szacunek, który wyrażam poprzez przygotowanie, natychmiast się ujawnia i wtedy ta rozmowa płynie.

Gdyby mogła Pani zaprosić dowolnego gościa do programu (niezależnie od szerokości geograficznej i czasów), kto by to był?

- To zawsze są pisarze, oni mnie ciekawią najbardziej. Na pewno bardzo chciałabym porozmawiać z Margaret Atwood i Eleną Ferrante. To są dwie bardzo różne pisarki, ale obie mnie zachwyciły. Rozmowy z pisarzami zawsze są dla mnie największym i najmilszym przeżyciem.

Dlaczego?

- Jestem zażartym czytelnikiem, poza tym pisarze są głębocy, bardzo dobrze wykształceni, mają masę przemyśleń. Każda rozmowa z Olgą Tokarczuk jest przeżyciem, bo to jest tak rozległa, czuła, piękna osobowość, ale jest to też wielkie wyzwanie. Pisarze i pisarki:  Joanna Bator — wspaniała w rozmowach, Katarzyna Bonda — fantastyczna rozmówczyni.

***

"W bliskim planie"- znany i lubiany talk-show Alicji Resich na antenie Polsat Cafe

"W bliskim planie" to wyjątkowy program, prowadzony przez Alicję Resich - popularną prezenterkę i publicystkę, niekwestionowaną ikonę polskiego dziennikarstwa, autorkę takich hitów jak "Wieczór z Alicją" czy "A’la show".

W programie zobaczymy plejadę polskich gwiazd kultury i rozrywki. W zabawnym i niebanalnym stylu prowadząca przeprowadzi ekskluzywne wywiady, z których dowiemy się, co słychać u naszych ulubieńców, poznamy sekrety z życia gwiazd, zobaczymy ich prawdziwe emocje.

 "W bliskim planie" w każdą niedzielę o 15:30 w Polsat Cafe.

Styl.pl
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy