W pokazach konkursowych zaprezentowano już większość obrazów. W konkursie międzynarodowym najwyższe noty z 18. pokazywanych obrazów zyskało w publikowanym na łamach gazetki festiwalowej rankingu krytyków "Słońce" Aleksandra Sokurowa. Jednak jest tylko jeden film, który obejrzeli wszyscy biorący w zabawie piszący o kinie. Chodzi o "Flandrię" Bruno Daumonta - film, który na pewno nie wygra tegorocznego konkursu (wywołuje zbyt wiele skrajnych opinii), jednak to o tym obrazie mówiło się tu chyba najwięcej. Bardziej niż oceny o jego wadze świadczy jednak właśnie pełna lista obecności krytyków na jego pokazie.
Tegoroczny konkurs nie zaskoczył - "nowohoryzontowe" kino staje się coraz bardziej przewidywalne, może jedyną zauważalną zmianą w porównaniu z poprzednimi edycjami jest większa ilość kina minimalistycznego i kontemplacyjnego, które zastąpiło kino szoku i przemocy. Brak w tegorocznym konkursie filmów, podczas których - jak w przypadku "Anatomii piekła" Catherine Breillat (w konkursie w zeszłym roku) - publiczność wydawała charakterystyczne odgłosy bądź to oburzenia, bądź zniesmaczenia.
Najwięcej "syku" na sali wywołała w tym roku scena zabijania kozy z "Los Muertos" Lisandro Alonso, który to obraz prezentowany był w tym roku w przeglądzie kina argentyńskiego, a w konkursie festiwalu znalazł się już w ubiegłym roku.
Lisandro Alonso wydaje się cichym patronem tego festiwalu. Młody argentyński reżyser, który pojawił się osobiście we Wrocławiu, doczekał się tu swojej pełnej retrospektywy. "La Libertad" i wspomniane "Los Muertos" wyświetlane były w ramach przeglądu kina argentyńskiego. Jego najnowszy film "Fantasma" znalazł się w tegorocznym konkursie. Kino Alonso jest emblematyczne dla tego konkursu - doprowadza bowiem do ekstremum proces filmowego "niedziania się". W tej stylistyce zrealizowane zostały konkursowe "Hamaca paraguaya", belgijskie "Nieważne czy nadejdzie jutro", chińskie "Ziarno w uchu", hiszpańskie "Niebo obraca się" czy wymieniona już "Flandria".

Na tym tle sporą oryginalnością oraz ożywczością charakteryzuje się reżyserska próba muzycznego duetu "Daft Punk. Ich "Daft Punk's Electroma" to najciekawsza w tegorocznym konkursie próba przezwyciężenia estetycznego monotematyzmu. Historia o podróży dwóch robotów przez pustynię ma w sobie potencjał na kawał filmowej grafomanii, kto wie jednak czy film ten - paradoksalnie - jako jeden z niewielu w tegorocznym konkursie, nie stawia być może najważniejszego filmowego pytania - o istotę człowieczeństwa. Warto też odnotować, że w konkursie festiwalu pojawił się po raz pierwszy film nakręcony w całości przy użyciu telefonu komórkowego ("Nokturny dla króla Rzymu").
W konkursie kina polskiego zaprezentowano już 6 z 8.obrazów. Zostały jeszcze dwa "hity": "Kto nigdy nie żył?" Andrzeja Seweryna z Michałem Żebrowskim w roli księdza zarażonego wirusem HIV (Michał Żebrowski niestety nie pojawi się we Wrocławiu) oraz najnowszy film twórcy "Mojego Nikifora" Krzysztofa Krauze.
Z prezentowanych dotychczas polskich filmów najsłabiej wypadł dokument "Piosenka i życie" Rafaela Lewandowskiego - bezbarwny dokument o dzieciach pokolenia "Solidarności", które dziś, 25 lat po tym jak ich rodzice walczyli o wolność, wyjeżdżają na zarobek do Irlandii. Niewiele lepszy okazał się też fabularny debiut Marka Stachurskiego "Przebacz" z główną rolą Aleksandry Nieśpielak. Portret polskiej beznadziei, "uatrakcyjniony" skażonym piętnem odkupienia win romansem głównych bohaterów (on ją zgwałcił, a potem ją pokochał), nie prowadzi w żadnym stopniu dalej, niż martyrologicznie sugeruje tytuł tego filmu.
Najwięcej emocji z polskich produkcji wzbudził zdecydowanie dokument Marcela Łozińskiego "Jak to się robi". W związku z wielkim zainteresowaniem publiczności organizatorzy zdecydowali się na dodatkowy, trzeci pokaz tego obrazu. Odsłaniający mechanizmy "politycznego PR-u" film Łozińskiego rozczarowuje jednak teleturniejową formułą (uczestnicy eksperymentu "wykruszają się" niczym w "Ostatnim ogniwie") oraz telewizyjnym sposobem realizacji. Przy okazji, w związku z kompromitacją klasy politycznej, efekt, który chciał uzyskać Łoziński, stracił swą demaskatorską moc - wszyscy bowiem znamy na wylot mechanizm, pozwalający na drogę "od zera do bohatera".

Z wyświetlonych dotychczas polskich filmów najciekawsze wrażenia pozostawiły po sobie obrazy niedoskonałe i rażące błędami realizacyjnymi. Jednak zarówno debiut Xawerego Żuławskiego "Chaos", jak i pierwszy duży film legendy wrocławskiego kina offowego Piotra Matwiejczyka "Wstyd" ukazały drzemiącą w tych twórcach oryginalność. "Chaos" zaskoczył plastycznością filmowej wizji oraz anarchiczną energią, z jaką został zrealizowany, "Wstyd" zaś przekonał dopracowanym i zaskakującym scenariuszem, co w polskich realiach jest rzeczą wyjątkową, pomijając nawet fakt, że wzorowany był on w głównej mierze na metodzie scenariuszowej Guillermo Arriagi - autora "21 gramów".
Festiwal Era Nowe Horyzonty potrwa do niedzieli, 30 lipca. Zakończy go uroczysty plenerowy pokaz "Aleksandra Newskiego" Siergieja Eisensteina z wykonaną na żywo przez 160-osobową orkiestrę Filharmonii Wrocławskiej oryginalną muzyką Siergiusza Prokofiewa. Tego samego dnia poznamy laureatów obydwu konkursów, oraz zwycięzców konkursu filmów dokumentalnych i animowanych.
Tomasz Bielenia, Wrocław









