Reklama

"Śmierć nadejdzie jutro": MÓWI REŻYSER LEE TAMAHORI

”FILMY O BONDZIE Sˇ NICZYM DZIKIE BESTIE, GIGANTYCZNE MASZYNY, KTÓRE CAŁY CZAS PRˇ DO PRZODU”

Reklama

Projekt, nad którym miałem pracować w Los Angeles, upadł i mój agent zapytał mnie, czy nie wyreżyserowałbym nowego filmu o Bondzie. Potrzebowałem pięciu sekund, by powiedzieć ”tak”, bo zdałem sobie sprawę, że to okazja, która nadarza się raz w życiu... Zawsze uwielbiałem filmy o Bondzie, a ”GoldenEye” skierowało serię na nowe tory. Zaprezentowano nam w nim nowego, ”zabójczego” agenta 007, który nie przypominał wyrafinowanego szowinisty-światowca znanego nam z wcześniejszych filmów. Był to powrót do kina akcji w najlepszym wydaniu, któremu nic nigdy nie dorówna.

Często pytają mnie, czy fakt, że realizuję 20 film z serii i to w roku, w którym obchodzi ona swoje 40 urodziny, nakłada na mnie jakąś dodatkową presję. Absolutnie nie. Wkrótce po rozpoczęciu zdjęć zapomina się o wszystkim, bo filmy o Bondzie są niczym dzikie bestie, gigantyczne maszyny, które cały czas prą do przodu. Trzeba tylko uważać, by niczego nie popsuć... Skupiałem się przede wszystkim na aktorach, podczas gdy sceny akcji inscenizował reżyser drugiej ekipy Vic Armstrong.

Wiele szczegółów trzeba było dopracować przed rozpoczęciem zdjęć. Bardzo wcześnie, na przykład, musieliśmy wybrać filmowe samochody, bo osiemnaście z nich trzeba było zbudować specjalnie dla nas wyposażając je w rakiety i wyrzucane siedzenia. Gdy wdrożono je do produkcji, nie można było już nic zmienić. Nie mogłem nagle powiedzieć: ”Nie, nie podobają mi się”, bo na ich produkcję wyłożono miliony dolarów. Taka praca wymaga ogromnej dyscypliny, bo nie można sobie pozwolić na stratę czasu i pieniędzy.

Od początku chciałem, by Jinx zagrała Halle Berry. Pierwotnie Jinx miała być Latynoską, potem jednak zobaczyłem ”Kod dostępu” i zachwyciłem się Halle Berry, która stworzyła w nim porywającą kreację. Pomyślałem, że to znakomity materiał na dynamiczną postać, coś w rodzaju żeńskiego Jamesa Bonda, a zgodzili się ze mną zarówno producenci, jak i szefowie wytwórni MGM. Dane mi więc było pracować z dwiema aktorkami nominowanymi do Oscara (drugą była Judi Dench nominowana za ”Iris”), którym kibicowała cała ekipa.

Chciałem ukazać agenta 007 w nowym świetle, zdawałem sobie jednak sprawę, że nie mogę posunąć się za daleko. Nasz Bond nie mógł chodzić do psychoanalityka, mieć lęków czy wątpić w sens swojej misji, bo widzowie zlinczowaliby nas. Dzięki Bogu, Pierce Brosnan wie o nim wszystko. Jest Bondem w każdym calu. Gdy czegoś nie wiedziałem, zwracałem się bezpośrednio do niego... Toby Stephens okazał się strzałem w dziesiątkę. Zwykle przeciwnicy Bonda są od niego starsi, my chcieliśmy, by Gustav Graves miał niewiele ponad trzydziestkę, był bezczelny, zuchwały, wysportowany i pełen energii. Stanowi znakomity kontrast dla Pierce’a, który sprawia wrażenie człowieka dojrzałego.

W naszym filmie jest wiele aluzji do wcześniejszych Bondów - scena z Ursulą Andress z ”Dr. No”, odrzutowe plecaki z ”Operacji Piorun”, lasery z ”Goldfingera” czy też książka, której Bond zawdzięcza swoje imię (”Ptaki Indii Zachodnich”). Przywołujemy je nie dlatego, że zabrakło nam inwencji, ale dlatego, że chcemy złożyć hołd całej serii. W końcu obchodzi ona w tym roku swoje 40 urodziny...

materiały dystrybutora

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Śmierć nadejdzie jutro

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje