Reklama

"Sherlock Holmes: Gra cieni": O PRODUKCJI - część 2

"To nasza ostatnia przygoda, Watsonie. Zamierzam wykorzystać ją jak najlepiej".

Reklama

Tytułowy bohater filmu Sherlock Holmes wykreowany przez Roberta Downeya Jr. łamie konwenanse. Zniknęła niegdyś będąca znakiem rozpoznawczym czapka z uszami, zakrzywiona fajka i brytyjskie maniery. Zamiast nich pojawił się cwany awanturnik, którego sprawność fizyczna dorównuje niezwykłym możliwościom umysłu i nadnaturalnej wnikliwości.

Ritchie mówi - "Jedną z najważniejszych spraw w pierwszym filmie było odejście od odrobinę "zakurzonego" wizerunku tej postaci, jakiego, jak przypuszczam, wielu ludzi się spodziewało. Pozostając wiernymi oryginalnej kreacji Conana Doyle'a, chcieliśmy uchwycić wygląd Holmesa, równocześnie wyrażając jego inteligencję i spryt, a Robert potrafił uchwycić to wszystko, a nawet więcej. Istniało wiele drobnych niuansów, które wniosły bardzo dużo do tej postaci. Teraz nie potrafię wyobrazić sobie nikogo innego w roli Sherlocka Holmesa".

Downey odwzajemnia komplementy - "Wspaniale pracuje mi się z Guyem, to proces oparty na współpracy, a on ma świetne poczucie humoru, co naprawdę ma znaczenie. Ten film zawiera element odkrywania Sherlocka Holmesa na nowo. Chcieliśmy zachować to poczucie dobrej zabawy, równocześnie dodając jeszcze więcej powagi".

"Robert wiedział, jak zakraść się do głowy Sherlocka Holmesa, jak sprawić, żeby był zabawny,

ekscentryczny a przy tym w pełni wiarygodny jako najbardziej znany detektyw wszech czasów. Wspaniale się to oglądało" - zauważa Silver.

W czasie, który upłynął od wydarzeń z pierwszego filmu, Holmes wypełnia samotną misję, kieruje nim odkrycie, że chociaż wytropił złego Lorda Blackwooda, jakimś sposobem przeoczył jeszcze większe zagrożenie. Spowity aurą tajemniczości profesor Moriarty cierpliwie czekał, aby wykorzystać dzieło Blackwooda.

Downey mówi - "Kilka miesięcy później widzimy następstwa tego, że Holmes jest pochłonięty

sprawą Moriarty'ego - ta sprawa wciągnęła go do tego stopnia, że najwyraźniej zaczyna tracić głowę.

Tak bardzo koncentruje się na poszukiwaniach, że traci z oczu wszystko inne, w tym chyba także własny rozsądek" - mówi z uśmiechem aktor.

W takim stanie Watson zastaje starego przyjaciela, kiedy powraca na Baker Street w przeddzień

swojego ślubu z Mary. Jude Law zauważa - "Watson przybywa, spodziewając się wieczoru kawalerskiego, który miał przygotować jego drużbant. Zamiast tego odkrywa jednak, że obsesja Holmesa na punkcie profesora Moriarty'ego jest niepokojąca. Nie sądzę, aby wątpił w rację Holmesa, poza tym wciąż drzemie w nim dawny żołnierz, który czuje się odpowiedzialny za przywrócenie sprawiedliwości. Ale podejrzewa, że skończy się to tym samym dylematem, co zawsze — czy wybrać bezpieczne życie u boku żony, czy pełen emocji pościg. Bez wątpienia wspaniałą sprawy, które rozwiązuje razem z Holmesem są dla Watsona wspaniałą przygodą, poza tym chce pomóc przyjacielowi w kłopotach, w które ten się pakuje, dlatego ciągle toczy wewnętrzną walkę".

Ritchie dodaje - "Wszyscy chcielibyśmy mieć umysł Sherlocka Holmesa, chociaż bardziej

identyfikujemy się z Watsonem. Jako lekarz też jest intelektualistą, ale w pewnym sensie Watson

jest przeciętnym człowiekiem, którego ekscytuje życie pełne akcji, a Holmes jest dla niego kluczem do tego życia. Dlatego tworzą doskonały duet, który jest siłą napędową tych opowieści".

Relacja Holmesa i Watsona znajduje odzwierciedlenie w przyjaźni między grającymi ich aktorami.

Downey stwierdza - "Mam wobec Jude'a uczucia takie, jak Sherlock wobec Johna. Kocham go jak brata. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego partnera".

"Tworzenie interakcji między Holmesem i Watsonem było jedną z najbardziej satysfakcjonujących

rzeczy w pierwszym filmie. Od samego początku Robert i ja potrafiliśmy z powrotem odnaleźć się w tej relacji" - wspomina Law. "Tym razem skorzystaliśmy z tego, że naprawdę znaliśmy postaci,

po tym, jak stworzyliśmy fundamenty ich przyjaźni w pierwszym filmie. Dlatego mogliśmy zaufać swojej intuicji, a nawet zrobić krok naprzód".

Michele Mulroney twierdzi, że to, iż aktorzy tak dobrze znali swoje postacie, bardzo wiele wniosło

do filmu. "Robert i Jude czują się w tych rolach jak w drugiej skórze, dokładnie rozumieją, co nimi kieruje.

Nie narzucimy im żadnych dialogów, jeśli nie uznają, że są trafione. Byli naprawdę bezcenni w roli strażników kwestii wypowiadanych przez Holmesa i Watsona".

"Robert i Jude to niezwykle utalentowani aktorzy, którzy uwielbiają swoją pracę i są dobrymi kumplami" - dodaje Ritchie. "Te dwa elementy wniosły na plan ogromną energię i ułatwiły wszystkim

pracę".

materiały dystrybutora

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Sherlock Holmes: Gra cieni

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje