Reklama

Reklama

"Iluzja": O PROCESIE PRODUKCJI

"Iluzja" to efektowny thriller rozgrywający się w fascynującym środowisku zawodowych iluzjonistów, którzy całe swoje życie poświęcają na odwracanie uwagi publiczności od prawdy zawartej w swoich występach. Film Louisa Leterriera jest również czymś więcej - listem miłosnym do świata magii i tajemnic, który w XXI wieku nie tylko nie stracił swojej mocy, ale dzięki nowoczesnym gadżetom zyskał na wyrazistości. Ekranowi gliniarze i potencjalni przestępcy przebijają się w zmyłkach, aby zostawić się wzajemnie w tyle, podczas gdy fabuła "Iluzji" zahacza o tak egzotyczne koncepcje jak sekrety starożytnych iluzjonistów oraz projektowanie nowych sztuczek magicznych, które będą zadziwiać cały świat. Publiczność zostanie w trakcie seansu zabrana w podróż, dzięki której zrozumie, że "niemożliwe" to tylko kolejne słowo.

Reklama

Producent Bobby Cohen przyznaje, że jest "sekretnym fanem wszystkiego co magiczne". "Kiedy byłem dzieciakiem, dziadek zabierał mnie do lokalnego Holiday Inn na swego rodzaju targi iluzjonistów, żebym mógł oglądać ich w akcji i podczas wymyślania nowych sztuczek", wspomina Cohen. "Można było nabyć za odpowiednią kwotą specjalne talie kart, różdżki albo kubeczki na kulki. Każdego roku kupował mi trzy lub cztery takie sztuczki, a ja wszystkie potem ćwiczyłem do perfekcji, by irytować mniej cierpliwych członków rodziny podczas świątecznych zjazdów". Cohen już od kilku lat próbował doprowadzić do realizacji projektu filmu akcji zorientowanego wokół sztuczek magicznych i umiejętności iluzjonistów. "Moi partnerzy, Alex Kurtzman i Roberto Orci, również interesują się magią.", mówi Cohen. "Często rozmawialiśmy o tym, że z jednej strony ludzie pragną być zaskakiwani iluzjami, a z drugiej uświadamiać sobie mechanizmy nimi rządzące. Od dawna szukaliśmy scenariusza, który łączyłby w inteligentny sposób te dwa aspekty".

Cohenowi i jego partnerom udało się w końcu znaleźć odpowiednią równowagę pomiędzy tymi elementami w scenariuszu Edwarda Ricourta, dla którego był to projekt bardzo osobisty, ponieważ zaczął go rozwijać jeszcze za czasów studiów na Uniwersytecie Nowojorskim. "Pewnej nocy powiedziałem o tym pomyśle mojemu ojcu", wspomina Ricourt. "Bardzo się nim podekscytował. Niestety następnego dnia zmarł, a ja zawsze czułem, że jestem mu winien to, by ten film powstał. Czuję gęsią skórkę, kiedy pomyślę, że byłby ze mnie teraz dumny". Ricourt chciał klasycznego filmu rabunkowego, ale szukał elementu, który odróżniłby jego pomysł od całej reszty. "Wyszedłem od koncepcji współczesnej opowieści o Robin Hoodzie, w której ważniejsze od zabierania pieniędzy bogaczom byłoby zrozumienie sposobu, w jaki zostały skradzione. Co jeśli czwórka najlepszych iluzjonistów świata połączy siły, by stworzyć niemożliwą do powstrzymania grupę przestępczą?".

"Wyobrażając sobie poszczególne postaci, doszedłem powoli do wniosku, że to tak naprawdę opowieść o superbohaterach, tyle że żyjących w rzeczywistym świecie", mówi Ricourt. "Tworzenie ich osobowości miało w sobie element spełniania marzeń - gdybyś mógł wybrać jedną supermoc, jaka by ona była? Niektórzy woleliby czytać w umysłach, inni wyczarowywać rzeczy z powietrza. Uziemiłem swoich bohaterów i dodałem magii nieco realizmu". Jak mówi Cohen, jest coś niezwykle atrakcyjnego w obserwowaniu na ekranie budowania ekipy profesjonalistów. "Nieważne, czy chodzi o Siedmiu wspaniałych, grupę z Ocean's Eleven: Ryzykowna gra czy Czterech Jeźdźców - to po prostu ekscytujące. Nigdy nie widziałem w filmie tak niesamowitej ekipy iluzjonistów".

Kiedy Ricourt sprzedał swój pomysł koledze, uznanemu scenarzyście, reżyserowi oraz producentowi Boazowi Yakinowi, nazwał go "Poof!". "Wydawało mi się, że to zabawny i pamiętny tytuł", mówi scenarzysta "Iluzji". "Boaz śmiał się tak mocno, że nie dał mi dokończyć mojej opowieści. Ale potem ją przeczytał i się z miejsca zakochał. Od razu załapał całą koncepcję i wymyślił kilka ciekawych pomysłów, więc zaczęliśmy szerszą współpracę". Scenarzysta dodaje, że przez wieki iluzjoniści byli marginalizowani. "Ostatecznie nie chodzi im o pieniądze. Oddają je, ponieważ dążą do czegoś znacznie większego", zaznacza Ricourt. "Coś w samej naturze bycia iluzjonistą skłania do wywrotowości", zgadza się Cohen. "Widzowie będą zachwyceni, obserwując Jeźdźców korzystających ze swoich fantastycznych umiejętności, aby utrzeć nosa bogaczom, ale warto pamiętać, iż na ekranie przewijają się także agenci FBI i Interpolu, którzy podążają ich śladem, próbując rozgryźć niecne zamiary".

Z względu na fakt, iż film bierze pod uwagę dwie różne strony konfliktu, publiczność może zmieniać zdanie co do tego, komu kibicować. "Chcemy być zadziwiani iluzjami oraz oglądać sceny, w których Jeźdźcom udaje się wykonywać swoje skoki", mówi Cohen. "Ale chcemy także wiedzieć, w jaki sposób tego dokonali, co doprowadza do nieustannych spięć. To nieustająca zabawa w kotka i myszkę, w której nie da się przez cały czas kibicować ani kotkowi, ani myszce". Po otrzymaniu poprawionego scenariusza Ricourta i Yakina, Cohen i jego partnerzy zainteresowali projektem francuskiego reżysera Louisa Leterriera. "Wiedzieliśmy, że nada temu projektowi energii, kolorów i intensywności, zabarwiając całość efektownym stylem, który trafi zarówno do młodszych, jak i bardziej doświadczonych kinomanów", mówi Cohen. "Ludzie często mylą iluzjonistę z gościem, którego zatrudniają, żeby zabawiał ich dzieci na imprezie urodzinowej, machając rękoma i robiąc z siebie pośmiewisko. Chcieliśmy przywrócić iluzjonistom należny im szacunek".

Leterrier ma reputację jednego z największych wizualnych stylizatorów współczesnego kina. Stworzył takie filmy jak "Starcie Tytanów", "Transporter" oraz "Incredible Hulk". Do "Iluzji" przyciągnęła go pełna niuansów historia oraz intrygujący bohaterowie, ale ostatecznie o przyjęciu propozycji zadecydował fakt, iż fabuła zapewnia widzom wgląd za kulisy profesji zawodowych iluzjonistów. Reżyser wrócił do producentów po kilku dniach z mnóstwem pomysłów poszerzających filmową skalę. Chciał rozwinąć sztuczki magiczne do niespotykanych wcześniej rozmiarów - i zrobić to samo z pozostałymi elementami produkcji: z efektami wizualnymi, scenami kaskaderskimi, lokacjami, kostiumami itd. Zaproponował również, by zdjęcia powstawały głównie na klasycznej taśmie 35mm z wykorzystaniem 40-letnich obiektywów anamorficznych, dzięki którym obraz filmowy nabiera większego romantyzmu. Zasugerował także współpracę z dwoma autorami zdjęć - Mitchell Amundsen odpowiadał za powalające rozmachem filmowe sceny akcji, podczas gdy Larry Fong nadzorował odpowiednie ekranowe przedstawianie wszelkich zawiłych sztuczek magicznych.

"Louis doskonale zrozumiał kierunek, w jakim chcieliśmy podążyć", mówi Cohen. "Film rabunkowy, tzw. heist movie, to gatunek sam w sobie. Musieliśmy natomiast wnieść do niego coś nowego, świeżego jednocześnie nie pozbawiając go ukierunkowania na rozwój charakterologiczny postaci." Aby pomóc w realizacji ambitnej wizji reżysera, do ekipy zaproszono także scenarzystę-weterana Eda Solomona. "To była wspaniała praca drużynowa", mówi Ricourt. "To jak na meczu baseballa. Miotacz wchodzi na pierwsze siedem zmian, ale czasami trzeba mieć w odwodzie drugiego, który go zastąpi na ostatnich zmianach i wygra dla drużyny cały mecz. Muszę jednak przyznać, że moja oryginalna wizja była cały czas respektowana i nikt nie chciał jej diametralnie zmieniać. Byłem niezmiernie szczęśliwy, że mogłem pracować z tak uznanymi, doświadczonymi scenarzystami".

Swoimi umiejętnościami produkcję wzbogacili również światowej klasy iluzjoniści, specjalizujący się w różnych dziedzinach tego zawodu, od mentalizmu po sztuczki karciane. Dowodzeni przez Davida Kwonga, założyciela Gildii Twórców Iluzji, firmy specjalizującej się w doradzaniu filmowcom w sprawach sztuczek magicznych, ludzie ci pomogli ekipie zagłębić się w mechanizmy oraz samą filozofię ekranowej magii, aby opowiadana historia miała mocny kręgosłup. Co więcej, w czasach, kiedy artyści od efektów wizualnych mogą wykreować na ekranie dosłownie wszystko, również to, co niemożliwe, filmowcy naciskali, by jak najwięcej sztuczek odbyło się przed kamerą. "Rozmawialiśmy o podstawowych zasadach magii, zapewnianiu aktorom odpowiedniego treningu oraz projektowaniu kolejnych sztuczek", mówi Kwong. "Jednym z naszych najważniejszych celów było wciągnięcie publiczności na poziomie intelektualnym. Chcieliśmy, by widzowie uświadomili sobie, ile czasu spędza się na przygotowaniach takich występów. Nie zdradzamy zbyt wielu tajemnic, ale wszyscy widzowie zyskają szacunek dla umiejętności Jeźdźców".

Ricourt dodaje, że "Iluzja" cofa się poniekąd do czasów, w których filmy wyświetlano na "magicznej latarni", przypominając publiczności, że kino i magia od zawsze szły ze sobą w parze. "Kiedy kupujesz bilet i wchodzisz do kina, otwierasz się na możliwość istnienia magii, ponieważ właśnie na niej oparte są filmy", kontynuuje scenarzysta. "W obu przypadkach należy zawiesić niewiarę i sceptycyzm. Zapomnieć o tym, co rzeczywiste i uwierzyć w to, co widzi się przed sobą. W kinie wszystko jest możliwe!"

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Iluzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL