Reklama

Reklama

"Helikopter w ogniu": ZESPÓŁ

Kiedy Scott, Bruckheimer i Lustig zaczęli pracować nad zorganizowaniem gigantycznej produkcji, zaczęli także rozglądać się za aktorami, pasującymi do ponad 40 głównych ról w scenariuszu Nolana. Choć film skupia się na żołnierzach amerykańskich, Scott, dobierając aktorów, nie zwracał uwagi na kraj ich urodzenia. W rolach żołnierzy reżyser obsadził nie tylko dużą grupę Amerykanów, lecz także kilku utalentowanych aktorów brytyjskich (z Anglii, Szkocji i Walii) i jednego z Danii.

- Szukałem po prostu dobrych aktorów – mówi Scott – nie miało dla mnie znaczenia, skąd pochodzą. Jednak zebranie tego zespołu nie było łatwe, w końcu to 40 ról mówionych. Każda z nich jest istotna, choć niektóre nie są zbyt duże. Zdarzały się sytuacje, że proponowałem aktorowi, znanemu z dużych ról, coś mniejszego, lecz ważnego do filmu. Słyszałem wtedy, że to tylko cztery sceny. Odpowiadałem na to – Pewnie ale to cztery naprawdę dobre sceny. Ciężko było obsadzić role, przekonać aktorów do całego projektu, do tego, że ich wysiłek się opłaci.

Reklama

Wbrew temu, co mówi reżyser, większość aktorów, grających w Helikopterze w ogniu nie miała nic przeciwko zagraniu nawet niewielkiej roli, w zamian za okazję do pracy z Ridley’em Scottem i Jerrym Bruckheimerem, zwłaszcza w filmie o takim znaczeniu. Najważniejsze, oczywiście, było obsadzenie dwóch ról kluczowych - Eversmanna i „Hoota”. Bruckheimer i Scott zgadzali się, że jako odtwórcę pierwszej roli widzą Josha Hartnetta, jednego z najbardziej utalentowanych amerykańskich aktorów młodego pokolenia, który niedawno miał okazję pracować z producentem i Benem Affleckiem i Kate Beckinsale przy zdjęciach do filmu Pearl Harbor. Mówi Bruckheimer – Wydaje mi się, że Josh jest pod pewnym względem unikatowy – kamera go kocha, wygląda świetnie, w swoją pracę wkłada mnóstwo zaangażowania, w całości poświęca się pracy. A pomimo, iż jest tak przystojny, ma w sobie coś niezwykle wrażliwego, głęboko ludzkiego, idealnie nadaje się do roli Matta Eversmanna.

Hartnett, mając za sobą udział w odtworzeniu wojny na planie filmu Pearl Harbor, dostrzegł w Helikopterze w ogniu rzeczy, które różniły ten film od epickiego obrazu o Drugiej Wojnie Światowej. – Tym , co naprawdę wyróżnia ten film, to fakt, że opowiada on historię o czymś ważnym, o czym większość z nas nie ma zielonego pojęcia – mówi Hartnett. – To jedna z tych historii, jakie ludzie widzą w telewizji, mówią: Mój Boże, jak to się stało? Mam nadzieję, że po tym filmie ludzie zaczną się interesować tym, co dzieje się wokół nich na świecie. Bruckenheimer i Scott zwrócili też uwagę na Erica Banę, mieszkańca Australii. Aktor jest tam niezwykle popularny, sławę zdobył początkowo jako komik i gwiazda własnego serialu telewizyjnego, a następnie jako aktor. Pamiętny jest zwłaszcza jego występ w roli socjopaty Marka „Choppera” Reada, w filmie fabularnym Chopper. Bana jest praktycznie nieznany w USA ale już pierwsze spotkanie przekonały zarówno producenta, jak i reżysera, że znakomicie nadaje się do wcielenia w postać enigmatycznego sierżanta jednostki Delta „Hoota” Gibsona.

- Wychowałem się na filmach wojennych – opowiada Bana – ale Helikopter w ogniu jest od nich inny, to film o współczesnych walkach w mieście, które wcześniej praktycznie nie pojawiały się na ekranie. Byłem na siebie trochę wściekły, że nie wiedziałem zbyt wiele o bitwie o Mogadiszu, jednak później zrozumiałem, że większość ludzi także nie ma o tym pojęcia, i że jest to doskonały powód do nakręcenia tego filmu. Choć opowiadane wydarzenia są tragiczne, bohaterstwo tych żołnierzy jest po prostu niewiarygodne. - Kiedy tylko przeczytałem książkę i scenariusz, wiedziałem, że film musi się udać – kontynuuje Bana. – A to nie zdarza się zbyt często. Dodatkowo, uświadomiłem sobie, że reżyserem jest Ridley Scott, a producentem Jerry Bruckheimer, i że jest to największy projekt, o jakim słyszałem. Od tej chwili podjęcie decyzji nie było już trudne. Jestem dumny z tego, że biorę udział w tym filmie.

Kolejnym utalentowanym aktorem z Europy, który dołączył do ekipy, był Ewan McGregor, młody Szkot, znany z ról w filmach Trainspotting, Gwiezdne Wojny: Epizod 1: Mroczne widmo, w którym odtwarzał młodego Obi-Wana Kenobiego, a także z ostatniego filmu, musicalu Moulin Rouge, w którym wystąpił u boku Nicole Kidman. Podobnie, jak w przypadku Hartnetta i Bany, jedynym, czego McGregor potrzebował do podjęcia decyzji, było zapoznanie się z tematem filmu, jego reżyserem i producentem. Jego pierwszy kontakt z projektem był jednak wyjątkowo ulotny. Mówi McGregor – Wyjeżdżałem właśnie do Hondurasu, na wycieczkę do lasu tropikalnego. Tuż przed przyjazdem dostałem przesyłkę, a w niej książkę Black Hawk Down. Nie było żadnej wiadomości, nic poza książką. Zabrałem ją ze sobą, przeczytałem całą w trakcie lotu. Pomyślałem – Co za wspaniała, poruszająca historia. Kiedy tylko dotarłem do Hondurasu, zadzwoniłem do swojego agenta i powiedziałem mu – Słuchaj, zadbaj o to, żebym nie stracił tej okazji, bo bardzo chcę wziąć w tym udział.

- Siedziałem więc w dżungli – kontynuuje McGregor – a naszą komórkę satelitarną mogliśmy włączać jedynie na 20 minut każdego ranka, ponieważ nie mieliśmy jak jej naładować. Po dwóch tygodniach łażenia w dżungli, co jest naprawdę ciężkie, mój agent powiedział mi, że mam rolę, i że jak tylko wrócę, powinienem być gotowy do spędzenia jakiegoś czasu w szkoleniowym ośrodku wojskowym! Powiedziałem – Właśnie teraz czuję się tak, jakbym siedział w obozie dla rekrutów gdzieś w dżungli! Ale od razu po powrocie zadzwoniłem do Ridley’a i powiedziałem mu, że chcę wziąć udział w filmie.

Jerry Bruckheimer dobrze znał dwóch innych, kluczowych dla filmu aktorów – obaj występowali w jego innych filmach – w Pearl Harbor, Wrogu publicznym i w Twierdzy. Mowa o Tomie Sizemore i Williamie Fichtnerze, którzy wcielili się w role rangera, porucznika Danny’ego McKnighta i sierżanta oddziału Delta Jeffa Sandersona. Filmy wojenne nie są dla Sizemore’a czymś nowym, wziął już udział w walkach z Japończykami na planie Pearl Harbor, walczył też z nazistami u boku Toma Hanksa w filmie Stevena Spielberga Szeregowiec Ryan. On również niezwykle chętnie wskoczył w żołnierskie buty, zgadzając się na udział w Helikopterze w ogniu. – Chciałem pracować z Ridley’em Scottem, ponieważ uważam go za jednego z najlepszych reżyserów na świecie – mówi Sizemore. – A Danny McKnight jest kimś w rodzaju archetypu amerykańskiego żołnierza, walczy bez mrugnięcia okiem. To urodzony dowódca, a w tamtym czasie miał już 37 lat – dokładnie tyle, co ja teraz.

W roli generała Williama F. Garrisona, człowieka, którego historia dopiero oceni za rolę, jaką odegrał dowodząc misją, Bruckheimer i Scott obsadzili Sama Sheparda, scenopisarza, zdobywcę nagrody Pulitzera, jednego z najbardziej szanowanych i wszechstronnych aktorów amerykańskich. Shepard przypomina sobie wydarzenia, które dały początek filmowi: - Nie mogę powiedzieć, żebym za dużo o tym wszystkim wiedział, pamiętam jednak dokładnie, jak emocjonalnie zareagowałem na rozbitą twarz Mike’a Duranta, pokazaną przez Somalijczyków na fotografii, po tym jak go złapali. Pamiętam też ciała martwych Amerykanów, wleczone po ulicach. Dla Amerykanów to były straszne obrazy. Sheparda poruszyła także dokładność i szczegółowość książki Bowdena. Brytyjski aktor Jason Isaacs, który walczył z Amerykanami jako brytyjski oficer w epickim filmie Patriota, opisującym wydarzenia z czasów wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, założył teraz na siebie mundur amerykański, wcielając się w rolę kapitana rangersów, Mike’a Steele’a. Podobnie jak inni, Isaacs był głęboko poruszony książką Bowdena, i tak jak inni uważał, że scenariusz jest bardzo dobry. – Moja pierwsza reakcja była bardzo, bardzo samolubna - przyznaje Isaacs. – Miałem nadzieję, że uda mi się jakoś wkręcić do tego filmu. Kiedy reżyserem jest Ridley Scott, który mówi, że chce zrobić film, niektóre rzeczy bierze się po prostu na wiarę!

Pozostałe role mówione przypadły aktorom ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Europy, wśród których znalazło się wiele nazwisk, znanych z głównych ról w popularnych filmach. Wszyscy oni chcieli wziąć udział w projekcie Scotta i Bruckheimera. Ze Stanów przybyli Ron Eldard, Brian Van Holt, Jeremy Piven, Charlie Hofheimer, Thomas Guiry, Gregory Sporleder, Carmine Giovinazzo, Gabriel Casseus, Chris Beetem, Tac Fitzgerald, Johnny Strong, Steven Ford, ľeljko Ivanek, Glenn Morshower, Kim Coates (ten akurat jest Kanadyjczykiem), Brendan Sexton III, Danny Hoch, Kent Linville, Enrique Murciano, Michael Roof, Jason Hildebrandt, Ty Burrell, Richard Tyson i Boyd Kestner.

Z Anglii pochodzą Jason Isaacs i Hugh Dancy, Thomas Hardy, Matthew Marsden, Orlando Bloom (świeżo po rocznej pracy na planie trylogii Władca pierścieni, gdzie grał Legolasa), Razaaq Adoti, George Harris i Treva Etienne. Z innego kraju, wchodzącego w skład Zjednoczonego Królestwa, pochodzi Szkot Ewen Bremner (podobnie jak Ewan McGregor), natomiast Walijczykami są Ian Virgo i Ioan Gruffudd. Z Australii pochodzi Eric Bana. Duńczykiem jest Nikolaj Coster-Waldau, wielka gwiazda w swoim rodzinnym kraju. Niektórzy mogą sądzić, że obsadzenie tak licznych aktorów cudzoziemskich w rolach żołnierzy armii Stanów Zjednoczonych, będzie przyczyną trudności. Ewan McGregor mówi: - W Wielkiej Brytanii mamy tak wiele miejscowych akcentów, że zawsze, gdy gram tam w jakimś filmie, muszę mówić z innym akcentem. Zrobiłem wcześniej kilka filmów w USA, i akcent jest po prostu czymś, nad czym trzeba popracować. Poza tym w Wielkiej Brytanii jesteśmy tak nasyceni amerykańskimi filmami i telewizją, że znamy ten akcent od dziecka.

- W Danii także wychowujemy się na amerykańskich filmach i ich telewizji – potwierdza Nikolaj Coster-Waldau. – Akcent amerykański znam tak dobrze, że dla mnie znacznie trudniej jest mówić z akcentem brytyjskim! Jason Isaacs: – Jeśli nie potrafisz zmieniać akcentu, a jesteś aktorem w Anglii, to masz spory problem. - Granie Amerykanina nie różni się niczym, od grania samego siebie – mówi Matthew Marsden, młody brytyjski aktor i wokalista, który odtwarza szeregowego Dale’a Sizemore’a (przypadkowa zbieżność nazwisk z Tomem). – Oczywiście, starałem się mówić z właściwym akcentem, bardzo chciałem wiarygodnie odtworzyć postać amerykańskiego rangera. Orlando Bloom: – Przez cały dzień mówiłem z akcentem, jakim posługuję się w filmie, żeby nabrać wyczucia własnego głosu. Amerykanie mówią silnymi, zdecydowanymi głosami, natomiast Brytyjczycy robią dość częste, króciutkie przerwy. Są także różnice w mowie ciała tych dwóch narodowości. Musiałem się trochę wyluzować, w Wielkiej Brytanii wszystko jest jednak bardziej formalne.

Na planie filmowym aktorom pochodzącym spoza Stanów pomagała Sandra Butterworth, nauczycielka języków, dbająca o to, by właściwie wymawiali „r” i „a”.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Helikopter w ogniu

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy