Reklama

Reklama

"Helikopter w ogniu": NOWE ZADANIE 2001

8 marca 2001: Nowe zadanie

8/3/01: Pierwszy dzień zdjęć do filmu Helikopter w ogniu w Kenitrze w Maroku. Film oparty jest na cieszącej się uznaniem książce Marka Bowdena, która niezwykle szczegółowo opisuje bitwę o Mogadiszu. Producent, Jerry Bruckheimer, wiedział, że spoczywa na nim zadanie przeniesienia tej książki na ekran od chwili, gdy przeczytał ją jeszcze jako odbitkę, przed ukazaniem się jej na rynku. Osobą, która zwróciła uwagę Bruckheimera na książkę, był producent wykonawczy Simon West.

- Przeczytałem książkę jeszcze zanim ukazała się w księgarniach, i zakochałem się w niej – mówi Bruckheimer. – Zawsze lubiłem tworzyć opowieści, w których mowa o braterstwie wśród ludzi, chronieniu czyjegoś życia nawet za cenę własnego. A tak się właśnie dzieje w przypadku rangersów, członków Delta Force i pilotów. Dla nich od własnego życia ważniejsze jest, by ich kumpel wrócił cało do domu. To prawdziwy heroizm, doskonały temat na świetny film.

Reklama

Mark Bowden, dziennikarz znany z pracy w The Philadelphia Inquirer, zaczął pracować nad opowieścią o walce w Mogadiszu mniej więcej w dwa i pół roku po jej rozstrzygnięciu, gdy zaczynała już przestawać interesować dziennikarzy, którzy postrzegali ją jako militarną klęskę, jako wczesne niepowodzenie polityki zagranicznej administracji prezydenta Billa Clintona. Bowdena zaintrygowało bogactwo szczegółów, w jakie obfitowała potyczka, a także jej rezultaty. Kim byli ludzie, wyruszający na zadanie? Co czuli? Po dokonaniu pewnego wstępnego rozeznania, walka stała się bliższa dziennikarzowi za sprawą Jima Smitha, ojca kaprala Jamiego Smitha, rangera, który poległ podczas tej walki. Ojciec zabitego żołnierza zaprosił dziennikarza na ceremonię nadania budynkowi imienia jego syna. Bowden spotkał tam 12 rangersów, którzy walczyli w Mogadiszu wraz z Jamiem. Wszyscy zgodzili się na wywiad. Tak wyglądał początek wieloletnich badań, licznych wywiadów i niebezpiecznej podróży do Somalii, którą dziennikarz odbył latem 1997 roku. Książka, będąca rezultatem tej pracy, zatytułowana Black Hawk Down: A Story of Modern War, została opublikowana w 1999. Przyniosła autorowi powszechne uznanie za sposób podejścia do szczegółów, bezstronność relacji i wierność faktom

W zakończeniu swej książki Bowden pisze – Nie ma znaczenia, jak bardzo krytycznie historia oceni decyzje polityczne, które były przyczyną tej walki. Nic nie zdoła pomniejszyć stopnia profesjonalizmu, ani poświęcenia żołnierzy sił specjalnych i rangersów, walczących tamtego dnia. To właśnie takie podejście do całej sprawy zaintrygowało Bruckheimera. - Mark Bowden dokonał niewiarygodnej pracy – zauważa producent - zajrzał w głąb tych młodych ludzi, opisał ich przejścia. Dziś media rywalizują ze sobą na niespotykanym wcześniej poziomie, wydarzenia zmieniające życia przetaczają się przed naszymi oczami w piętnastosekundowych urywkach newsów. O tej bitwie szybko zapomniano. Mam nadzieję, że ten film będzie hołdem złożonym młodym ludziom, którzy tamtego dnia oddali swe życia. Zadanie przeniesienia książki Bowdena na ekran, Bruckheimer powierzył Ridley’owi Scottowi, jednemu z najbardziej cenionych wizjonerów filmu, człowiekowi, którego dokonania zmieniły i wywarły olbrzymi wpływ na współczesne kino. Bruckheimer już od dawna współpracował z bratem Ridley’a, Tomem Scottem, który wyreżyserował pięć z przebojów wyprodukowanych przez niego: Top Gun, Gliniarz z Beverly Hills II, Szybki jak błyskawica, Karmazynowy Przypływ i Wróg publiczny. Bruckheimer nie miał jednak wcześniej okazji współpracować z Ridley’em Scottem, którego zresztą uważa za „jednego z największych żyjących reżyserów. To światowej sławy artysta. Jego filmy żyją własnym życiem”.

Mówi Ridley Scott – Jerry’ego Bruckheimera znam od lat, lecz po raz ostatni pracowaliśmy razem jakieś 30 lat temu, gdy w San Francisco reżyserowałem reklamówkę, a Jerry był producentem w agencji reklamowej. Kiedy skończyliśmy, jechaliśmy razem do hotelu, a Jerry powiedział, że to było jego ostatnie zadanie. Zapytałem go, czym zamierza się teraz zająć i usłyszałem, że chce produkować filmy. - Powiedziałem – „Tak? Super!” – przypomina sobie ze śmiechem Scott. – przez te wszystkie lata rozmawialiśmy parę razy nad zrobieniem czegoś we dwójkę. A potem skontaktował się ze mną w sprawie projektu, który miał mi się spodobać. Projekt nazywał się Helikopter w ogniu. Ridley Scott doskonale pamięta swoją reakcję na wydarzenia w Mogadiszu. – W tym czasie byłem w Londynie, pamiętam, że oglądałem wiadomości BBC, widziałem dwa bardzo poranione ciała. Wtedy zrozumiałem, „Boże, to amerykańscy żołnierze”. Już wtedy spędziłem jakieś 20 lat w USA i wiedziałem dość dobrze, jak Amerykanie reagują na takie rzeczy. Wiedziałem, że gdy obejrzą te zdjęcia na ekranach swoich telewizorów, dla wielu będzie to olbrzymi szok.

Scott nie był zaskoczony, gdy wiadomości o bitwie i jej reperkusjach zaczęły szybko znikać z programów informacyjnych. – Ci z nas, którzy żyją w chronionych społecznościach, zapominają o tym, jakie mają szczęście, że się w nich urodzili. Oglądanie wydarzeń, takich jak tamto w Mogadiszu, sprawia, że zaczynają pojmować jak wygląda życie w krajach trzeciego świata. Członkowie takich społeczeństw są, niestety, dość izolacjonistyczni, nie chcą oglądać tego rodzaju rzeczy, wolą wyłączyć telewizor. Wydaje mi się, że kiedy ktoś pochodzi z takiego społeczeństwa – a Amerykanie z pewnością są takim bogatym społeczeństwem – lubi wytwarzać wokół siebie strefę ciepełka i komfortu. - Dominowało wtedy pytanie – kontynuuje Scott – czy warto jest wysyłać Amerykanów, by walczyli w jakimś kraju, którego 90 procent Amerykanów nawet nie potrafi wskazać na mapie. Osobiście wydaje mi się jednak, że wydarzenia ostatniego roku dowiodły, że trzeba to robić. Jeśli się tego nie zrobi, stanie się coś złego. Nawet, jeśli chwilowo coś nie dotyczy Amerykanów, nie zawsze tak będzie, w końcu obróci się to przeciwko nim.

Po przeczytaniu książki Marka Bowdena, Ridley Scott natychmiast zaczął się zastanawiać nad jej sfilmowaniem. Wcześniej, w Gladiatorze, odtworzył walki z czasów starożytności, a w filmie Helikopter w ogniu zobaczył możliwość opowiedzenia nie poddającej się działaniu czasu historii walki grupki ludzi. Choć filmów wojennych nakręcono tysiące, jedynie bardzo nieliczne spośród nich starały się oddać w szczegółach zaledwie jedną bitwę, a nie całe konflikty. W filmie Helikopter w ogniu, Scott próbował oddać prawdziwy, wierny faktom obraz wojny, wraz z wszystkim tym, co jej towarzyszy: grozą, strachem, wydarzeniami ściskającymi serce, a także – czasami – prawdziwym heroizmem. Tak jak w książce, Scott chciał opowiedzieć historię o walce, wyeliminować wszelkie wydarzenia, oprócz tych, które miały miejsce w trakcie potyczki. Nie miał zamiaru opowiadać historii życia każdego żołnierza lub informować publiczności o jego przeszłości lub przyszłości. W filmie mówią nam o tym jedynie ich działania w trakcie walki. Wielkim wyzwaniem dla Bruckheimera i Scotta było przeniesienia na ekran niezwykle licznych szczegółów, w jakie obfituje książka Bowdena, tak, by nie ucierpiał na tym film. – Samo wydarzenie, o którym chcemy opowiedzieć, trwało mniej więcej 16 godzin – od chwili rozpoczęcia misji, do jej zakończenia, a – oczywiście – nie możemy pozwolić sobie na spędzenie 16 godzin w kinie – mówi Bruckheimer. - Ta książka jest niczym gigantyczne puzzle przyczyn i skutków – dodaje Scott. – Kiedy poszczególne części zaczynają do siebie pasować, pokazują w ciągu tych 16 godzin oblicze wojny. Pomyślałem sobie, że przerobienie tego na scenariusz będzie prawdziwym wyzwaniem.

Przy zamienianiu książki w scenariusz Bruckheimerowi i Scottowi pomagał młody pisarz Ken Nolan, który od 10 lat pisze scenariusze w Hollywood, niektóre nawet udało mu się sprzedać, ale jak dotąd nie doczekał się jeszcze ekranowych owoców swojej pracy. Gdy przeczytał książkę Bowdena, powiedział – To niesamowita opowieść. Najbardziej uderzyło mnie to, że to książka, której czytelnik trafia prosto w skórę żołnierza. - Zebranie tych wszystkich wydarzeń w trwający dwie i pół godziny film fabularny było trudne – komentuje Bruckheimer. – Wiedzieliśmy, że musimy trochę przetworzyć fakty, niektóre z nich wyolbrzymiając, że część, spośród wydarzeń, które były udziałem wielu żołnierzy, w filmie przydarzy się tylko jednemu. Ważne jest, że dokonując tych zmian pozostaliśmy wierni duchowi oryginału, że zrobiliśmy to dobrze. - Chodzi o to, że każdy z tych żołnierzy był bohaterem – dodaje producent wykonawczy Mike Stenson. – Znaleźli się w tej szesnastogodzinnej walce dlatego, że chcieli uratować swoich padłych towarzyszy, nie wycofali się do bazy i nie czekali na posiłki. Naszym zadaniem było oddanie im hołdu jako grupie, a jednocześnie skupienie się na pewnych osobach z powodów, jakie wymaga konstrukcja fabuły filmu.

(Występujący w filmie sierżant „Hoot” Gibson, szeregowy Grimes, sierżant Jeff Sanderson i sierżant Chris „Wex” Wexler nie istnieli w rzeczywistości, a na ich losy w filmie składają się przeżycia kilku prawdziwych żołnierzy; pozostałe osoby, widoczne w filmie, noszą jednak prawdziwe nazwiska prawdziwych żołnierzy, którzy brali udział w bitwie o Mogadiszu). - W książce śledzimy losy ponad 100 żołnierzy – mówi Bruckheimer - oczywiście, w filmie nie jest to możliwe. Wydaje mi się jednak, że scenarzysta dokonał i tak wielkiej rzeczy, zapoznając widownię z losami ponad 40 postaci, pokazując ich działania w trakcie walki. - Publiczności musi zależeć na tych ludziach – dodaje Ken Nolan. – Mam po prostu nadzieję, że widzowie będą się czuli emocjonalnie związani z tymi żołnierzami i ich doświadczeniami. Filmowcy zdecydowali, że cała historia będzie widziana oczami kilkunastu osób, będących członkami większej grupy. Jednak większość wydarzeń obserwujemy oczami młodego sierżanta rangersów, Matta Eversmanna, któremu przypada dowództwo nad grupą czwartą. Jej wcześniejszy dowódca, Beales, w noc przed misją ma atak padaczki. - Inną postacią tego rodzaju – wyjaśnia Bruckheimer – jest twardy żołnierz jednostki Delta, znany jako „Hoot”. To doświadczony weteran, członek jednej z najbardziej elitarnych jednostek w całej armii Stanów Zjednoczonych. „Hoot” „był i robił niemal wszystko i niemal wszędzie”, w stosunku do Eversmanna jest kimś w rodzaju starszego brata. Matt nie ma doświadczenia w prawdziwej walce.

Kiedy kończono pisanie scenariusza, kończono też kompletowanie zespołu, który miał pracować nad filmem. Kluczowe pozycje przy produkcji Helikoptera w ogniu przypadły dawnym współpracownikom Ridley Scotta —większość z nich pracowała przy Gladiatorze lub Hannibalu lub też przy obu tych filmach. Zatrudnienie znalazło także wielu znajomych Jerry’ego Bruckheimera — najważniejszym z nich był główny doradca do spraw techniczno-wojskowych, Harry Humphries, który wcześniej pracował z producentem przy okazji realizacji kilku projektów – od Twierdzy, poprzez Wroga publicznego, do Pearl Harbor. Humphries współpracował także z Ridley’em Scottem; brał udział w realizacji G.I. Jane. Mówi Humphries – Jerry to dla mnie ideał faceta i przyjaciela, z którym chciałbym pracować. Zawsze zależy mu na staranności i dokładności – tak bardzo, jak bardzo pozwala na to film. Nie uznaje kompromisów. Zawsze stara się oddać coś tak, jak wygląda to w wojsku, czy w policji, w przeciwieństwie do innych producentów, którzy preferują hollywoodzki punkt widzenia na te sprawy.

Bruckheimer i Scott wybrali sobie również operatora zdjęć. Został nim Polak, Sławomir Idziak, którego nadzwyczajne zdjęcia do kilku późnych filmów Krzysztofa Kieślowskiego (wspaniały Dekalog, Podwójne życie Weroniki i Niebieski) oczarowały producenta i reżysera. Nie bez znaczenia był też fakt, że Idziak sprawdził się w wysokobudżetowych filmach akcji, takich jak Dowód życia. Bruckheimerowi i Scottowi podobało się zwłaszcza eksperymentalne wykorzystanie filtrów i kolorów, podkreślające atmosferę i psychikę postaci i wydarzeń w filmach Kieślowskiego. Producentem wykonawczym został Branko Lustig, znany z pracy przy Liście Schindlera, Gladiatorze i Hannibalu. Lustig ma za sobą ponad 50 lat pracy w przemyśle filmowym. Na nim spoczęło zadanie zorganizowania produkcji dzień po dniu. Jak mówi on sam – Pomagałem tylko zrobić ten film. Gdy tylko zapoznałem się ze scenariuszem, wiedziałem, że sama produkcja będzie bardzo skomplikowana, ze względu na mniejsze historie, opowiadane w ramach większej całości. Cały film to w zasadzie jedna, wielka walka, wydarzenia dzieją się niemal jednocześnie w kilku miejscach. Chociaż Ridley znakomicie daje sobie radę z pracą na planie, wiedziałem, że zadanie, jakie przed nami stoi, jest niesłychanie skomplikowane.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Helikopter w ogniu

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy