Reklama

Reklama

"Elizabethtown": O PRODUKCJI

“W jaki sposób mówisz do widzenia komuś, z kim zaledwie zdążyłeś się zapoznać?” pyta reżyser-scenarzysta Cameron Crowe w swoim najnowszym filmie “Elizabethtown.” Crowe, który w 2000 roku został laureatem Nagrody Akademii® za scenariusz oryginalny do filmu “U progu sławy” /Almost Famous/, po raz kolejny sięga do swoich własnych doświadczeń – emocji, które sam przeżył, kiedy nieoczekiwanie odszedł jego ojciec. Tym samym komponuje inspirację swojego najnowszego obrazu “Elizabethtown”. Ten film to opowieść o cichym i spokojnym projektancie obuwia sportowego z Oregonu, który tak naprawdę poznaje swojego ojca i korzenie własnej rodziny dopiero po śmierci seniora rodu. W tej niełatwej podróży towarzyszy mu i wspiera niepoprawna optymistka oraz zastęp członków rodziny, którzy wspólnymi siłami i w dla siebie tylko właściwy sposób starają się przekonać go, że warto żyć. To oni właśnie pokazują mu jak to jest żyć pełną piersią.

Reklama

Crowe przyznaje, że gdy myślał o projekcie “Elizabethtown”, to jednym z jego celów było nakręcenie filmu z gatunku, który najbardziej przypadłby do gustu jego własnemu ojcu: filmu, który odwoływałby się do prawdziwych emocji, a jednocześnie nie pozbawiony byłby ciepłego humoru. “Film, w którym przeplatają się łzy i śmiech … to był jego wymarzony gatunek” mówi Crowe. “Zarówno ojciec, jak i moja matka mieli nawet określenie na tego rodzaju połączenie, określając je mianem ‘chleb i czekolada’. Termin ten wziął się od tytułu filmu, który obejrzeli, i w którym oboje się zakochali. Nieco później, kiedy byłem już reżyserem, takie połączenie emocji i ciepłego humoru stało się również moim ulubionym gatunkiem – film przedstawiający historie postaci, które są realne i które wprowadzają nas do swojego codziennego życia stał się moim motywem przewodnim. W założeniu, kiedy kończy się taka historia... po prostu brakuje nam tych postaci, z którymi raptem przed dwoma godzinami zdążyliśmy się zaznajomić.”

Producentka Paula Wagnmer dodaje: „Warto powiedzieć, że oprócz niewątpliwie zaszczytnej pozycji zajmowanej przez Camerona Crowe’a, jako jednego z najwspanialszych scenarzystów i reżyserów naszych czasów, jest on również wiernym kronikarzem codziennych historii i prawdy: prawdy opowiedzianej nieco żartobliwie, z wielkim urokiem i otwartym sercem. Cameron pozwala nam śmiać się ze słabostek ludzkiej natury i natury samych bohaterów, a za chwilę sprawia, że ronimy nad nimi łzę. W filmie ‘Elizabethtown’ Cameron po raz kolejny zabiera nas w podróż, przy czym mamy wrażenie, że jest to również nasza osobista wędrówka.”

„Cameron ma tę niewątpliwą umiejętność obierania sobie za punkt obserwacji fragmentu codziennego życia i z wielką wnikliwością przenoszenia go na ekran”, mówi Orlando Bloom, który w filmie zagrał postać głównego bohatera, Drew Baylora. „On sprawia, że wszystko, co dzieje się na ekranie wydaje się nam wyjątkowo realne i głęboko ludzkie. Tym samym z jednej strony jesteśmy wzruszeni i krwawi nam serce, a z drugiej chce nam się śmiać. Przy tym uczucia te przeplatają się niemalże w tym samym momencie.”

Kirsten Dunst, która wcieliła się w rolę Claire, niezmiennie pozytywnie nastawionej do świata, optymistycznej stewardessy zmieniającej życie Drew, zgadza się ze zdaniem swojego ekranowego partnera: „Tak, to jest z pewnością film o codziennym, realnym życiu. Nie jest jedynie zlepkiem elementów komediowych, dramatycznych, czy też tanim romansem – jest wycinkiem ludzkiego życia. Chodzi tu przede wszystkim o bliskie stosunki i ciepłe momenty między ludźmi. Jest w nim tyle ludzkich historii splecionych w jedną całość. To zupełnie pozbawiony pretensjonalności obraz, przy którym ma się wrażenie, że jest niemalże ‘wycinkiem’ tkanki codziennego życia. Kiedy jednak bliżej mu się przyjrzymy, okaże się, że każda wypowiedziana na ekranie kwestia, każde działanie ma swoje głębokie znaczenie. Bądź co bądź jest to przecież film Camerona Crowe’a.”

W 1989 roku na ekrany kin wszedł debiut reżyserski Crowe’a „Say Anything”. Jego premiera odbyła się bez wielkich fanfar, a sam film dystrybuowany był również bez specjalnego rozgłosu. Tak było do czasu, kiedy nie pojawiły się pierwsze entuzjastyczne recenzje ze strony takich sław jak Siskel i Ebert. Ojciec Crowe’a odwiedzał w tym czasie swoją rodzinę w Kentucky, a wzruszony i szczęśliwy z powodu docenionych wysiłków swojego syna, chciał się podzielić dobrą nowiną ze swoją rodziną. Wtedy to właśnie nieoczekiwanie zmarł na atak serca. Dla młodego filmowca był to prawdziwy cios, z którego przez długi czas nie mógł się otrząsnąć.

Upłynęło kilka ładnych lat i dorobek filmowy Crowe’a wzbogacił się o takie tytuły jak: “Samotnicy” /Singles/, “Jerry Maguire” “U progu sławy” /Almost Famous/ oraz “Vanilla Sky” Crowe, scenarzysta i reżyser, we wszystkich swoich autorskich pracach pozostaje bardzo blisko emocjonalnie z nimi związany. „U progu sławy” /Almost Famous/ nie jest tu wyjątkiem. Historia przedstawiona w tym filmie, to udramatyzowana wersja własnych doświadczeń Crowe’a z czasów, kiedy pisywał do słynnego magazynu muzycznego Rolling Stone. Obraz zebrał entuzjastyczne recenzje, a scenariusz do filmu, autorstwa reżysera uhonorowany został najwyższym wyróżnieniem w świecie filmu – Nagrodą Akademii® jako najlepszy tekst oryginalny. Kreacje filmowych postaci również zasługują na ukłon i podziw, przy czym warto zwrócić szczególną uwagę na postać zwariowanej lecz kochającej matki, brawurowo sportretowanej przez Frances McDormand. Postać ta jest hołdem złożonym przez Crowe’a swojej własnej matce Alice. Pracując na filmem ‘Elizabethtown’ reżyserowi przyświecała myśl, że tym razem przyszedł czas, żeby uczcić również ojca.

Jak mówi Crowe: „To zabawne, ale od samego początku opierałem się myśli, żeby pisać osobiste teksty, szczególnie zaś odżegnywałem się od tych dotyczących mojego życia osobistego, czy też rodziny. Co ciekawe, książki, które czytywałem w czasach młodości rzadko miały narrację prowadzoną w pierwszej osobie. Później nastąpiła jednak zmiana w moim nastawieniu do opowiadania własnych historii. Kiedy skończyłem osiemnaście lat napisałem artykuł dla Rolling Stone pod tytułem ‘How I Learned About Sex’ (‘Jak poznawałem seks’). Ze strony redakcji było to konkretne zlecenie, a ja nie mając innych pomysłów na napisanie tekstu stworzyłem opowiadanie właśnie w pierwszej osobie. Dla mnie był to moment przełomowy i swego rodzaju olśnienie. Co równie ważne, czytelnicy zareagowali bardzo pozytywnie, pisząc do mnie listy i dzieląc się swoimi osobistymi historiami. Moi przyjaciele i wydawcy zapewniali mnie: ‘Czytając ten tekst mieliśmy wrażenie jakbyśmy czytali o sobie samych.” Od tego czasu podobne sytuacje zdarzały się coraz częściej. Im bardziej osobistą historię opisywałem, tym większy był odzew ze strony czytających, czy widzów i tym bardziej osobiście była ona traktowana. Po ‘U progu sławy” /Almost Famous/ często zadawano mi pytanie – a co z twoim ojcem? Jakim był człowiekiem? Napisałem wtedy nawet krótkie opowiadanie pt. ‘My Father’s Highway’. To jeden z moich ulubionych tekstów, który jednak przez długi czas leżał w szufladzie biurka. Ale pewnego dnia...”.

Było to latem 2002 roku, wkrótce po wejściu na ekrany filmu „Vanilla Sky”. Wtedy to właśnie Crowe wraz z żoną Nancy Wilson, grającą w zespole rockowym Heart, podróżowali wraz z grupą po Stanach Zjednoczonych. Podczas przejazdu przez Kentucky, zachwyciło Crowe’a uderzające piękno przyrody tego stanu. Ostatni raz miał okazję podziwiać ‘te elektryzujące błękitne pagórki’ (mówiąc słowami samego Crowe’a), kiedy udał się na pogrzeb ojca w 1989 roku. Obrazy, które sprawiły, że powrócił myślami do przeszłości, wystarczyły za inspirację, której w tym momencie potrzebował. Jak wspomina Crowe: „Odłączyłem się wtedy od grupy The Heart, wypożyczyłem sobie samochód i postanowiłem ‘zagubić się i zatracić’ w Kentucky.

Owocem tego był scenariusz do filmu, napisany pod wpływem silnych emocji i chwil doświadczonych przeze mnie w tym czasie.” Dla reżysera tym razem opowiedzenie filmowej historii było niezwykle osobistym i bardzo emocjonalnym zadaniem. Był to jednocześnie kolorowy festyn niezwykle barwnych i różnorodnych postaci, a jednocześnie niezwykle wyraźny wycinek życia, zatracenia się i inspiracji współczesną Ameryką. Jak mówi reżyser: „Zawsze podobał mi się pomysł opowiedzenia historii, w której nie brakuje elementów związanych z ponoszeniem życiowych porażek i osobistego fiaska, chociaż zawsze towarzyszyło mi przekonanie, że w środku tych wydarzeń jest człowiek, który żyje jedynie dlatego, że ma obok siebie prawdziwą miłość. Często piszę o takich właśnie postaciach, ponieważ dla mnie są to prawdziwi bohaterowie – oni wdychają porażkę, ale zaraz wypluwają ją i ruszają dalej do przodu. Oni wierzą święcie, że warto żyć i z szacunkiem odnoszą się do pozytywnych stron życia. Poza tym, zdają sobie sprawę, że alternatywa może być dla nich niezbyt zabawna, a poddanie się swoim słabościom nie wróży nic dobrego.”

W filmie ‘Elizabethtown’ widzimy jak Drew znajduje się w samym epicentrum fiaska sportowej firmy obuwniczej, dla której pracuje. Wtedy też dowiaduje się o śmierci swojego ojca, który znajdował się w tym momencie niemalże na drugim, odległym końcu kraju. Matka bohatera prosi go, żeby udał się do Kentucky i ‘odzyskał’ ciało zmarłego, chcąc żeby spoczęło ono w pokoju w Portland, w stanie Oregon. To wtedy właśnie, podczas swojej wyprawy Drew napotyka na swojej drodze kogoś, kogo Crowe określa mianem filmowego ‘posłańca miłości’. Claire, pracująca jako stewardessa, ma do wykonania misję: pomóc komuś, kto jest w potrzebie. Jak mówi Crowe: „Ona natychmiast wyczuwa, że taką osobą z kłopotami jest Drew i już ma dla niego gotowy plan pomocy.”

Dla aktorki Kirsten Dunst rola w filmie wydała się interesująca, ponieważ od samego początku wyczuwała szczerość intencji reżysera i czyste, prawdziwe emocje, o których ten obraz opowiada. Jak mówi: „Mam nadzieję, że przedstawiliśmy tutaj piękną historię, która sprawi, że wielu z widzów będzie emocjonalnie poruszonych i pozytywnie odbierze ten film.”

„Chociaż złe nowiny to dla Drew nie rzadkość, ostatnio nie wiedzie mu się przecież w robocie, to jednak widać gołym okiem, że wiadomość o śmierci ojca całkowicie go przerosła. Nie jest gotowy na konfrontację z taką wiadomością”, mówi Crowe i dodaje: „Problemy, z którymi musi sobie radzić w pracy, pokazane w początkowych scenach ‘Elizabethtown’ nie są tak naprawdę prawdziwymi problemami, a przynajmniej nie należą do kategorii kwestii życia i śmierci, które zwykle mamy tendencję przypisywać nie tak istotnym codziennym rozczarowaniom. Kiedy pojawiają się te prawdziwe problemy, okazuje się, że dotyczą one właśnie kwestii życia i śmierci. Ojciec Drew nie żyje, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że chłopakowi nie udało się go poznać za życia. Większość z nas, podobnie jak filmowy bohater zakłada, że gdzieś, kiedyś będziemy mogli lepiej poznać naszych rodziców, traktować ich jak dorosłych partnerów.... i że będziemy razem robić te wszystkie rzeczy, które przez cały czas odkładaliśmy na później, rok po roku. W dużej mierze za sprawą Claire, przy pomocy opracowanej przez nią skomplikowanej mapy, Drew koniec końców poznaje w pewien sposób swojego ojca i siebie samego zarazem, wyruszając w podróż, której zwieńczeniem mają być spotkania po latach. Nie jest przy tym aż tak ważne, że to najważniejsze spotkanie odbywa się z kimś, kto niestety jest już tylko garstką prochu w urnie. Nigdy nie jest za późno...”.

„Ten film kończy się w taki sposób, jaki wyobrażałem sobie po raz pierwszy, kiedy myśl o nakręceniu obrazu zrodziła się w mojej głowie” podsumowuje Crowe. ”Cały obraz zaczyna się jakby od końca, a kończy początkiem ... miejmy nadzieję, że po wyjściu z kina widzowie popatrzą dookoła przez chwilę i pomyślą sobie może ‘brakuje mi tych ludzi...’”

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Elizabethtown

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy