"Blue Ruin": WYWIAD Z REŻYSEREM
Czy mógłbyś wyjaśnić znaczenie tytułu twojego filmu?
Mówienie o własnym filmie jest dużo trudniejsze niż zrobienie go. Pomimo, że jest on
przesiąknięty atmosferą przemocy nie chciałem, żeby tytuł sugerował kino "dla twardzieli". "Blue
Ruin" można odczytywać dosłownie - to Atlantic Ocean, przerdzewiały samochód bohatera - ale
też jako specyficzny opis nastroju, jaki panuje w filmie. Ta fraza oznacza też "klęskę", więc ten
tytuł pasował mi, bo działa na kilku poziomach.
Udało ci się połączyć pełen napięcia thriller z fragmentami autentycznie zabawnymi oraz z
opowieścią o rodzinnej lojalności, żalu i zemście. Czy trudno było osiągnąć tę delikatną
równowagę, jaka jest między tymi elementami w Twoim filmie?
Dla mnie to film bardzo osobisty, ale wierzę też, że dzieła bronią się same, bez kontekstu, który im
towarzyszy. Więc nawet jeśli inspiracją dla mnie podczas jego powstawania był skomplikowany
węzeł emocji i przemyśleń dotyczących śmiertelności, religii, rodziny, czy amerykańskiej kultury,
to na planie starałem się być maksymalnie skoncentrowany na tym, by jak najlepiej opowiedzieć
historię. Ten film nie jest moją terapią, to nie jest głos zabrany w jakiejś sprawie - chciałem po
prostu sprawić publiczności frajdę.
Jeśli mi się to udało to dlatego, że pozostałem wierny niezwykłemu bohaterowi, Dwightowi
Evansowi. Umieściłem go w dość typowej historii o zemście, ale potem wszystko wymyka mu się
spod kontroli, staje się brutalne i tragiczne, choć momentami zabawne. Dzięki temu udało nam się
wprowadzić nową jakoś do skonwencjonalizowanego gatunku. Pragnienie zemsty jest bardzo
ludzkie, ale inaczej niż w innych filmach tego typu, Dwight nie jest weteranem wojennym, czy
innym twardzielem szkolonym w walce. To nowicjusz, ujmujący raczej, niż budzący grozę.
Czy kręcąc "Blue Ruin" inspirowałeś się innym filmami o zemście?
Na pewno byłem pod dużym wrażeniem precyzji i dramaturgicznych rozwiązań "Złodzieja"
Michaela Manna, ale prawdziwe inspiracje były literackie - powieści George'a Pelecanosa, czy
Cormaca McCarthy'ego. Oni są dowodem na to, że choć Ameryka potrafi być miejscem pełnym
nierówności, konfliktów i przemocy, to jest także ojczyzną świetnych pisarzy.
Macon Blair stworzył niezwykłą, pełną niuansów kreację, na której opiera się film. Ale także
aktorzy drugiego planu - Devin Ratray (który bardzo się zmienił od czasu "Kevina samego w
domu"), czy Amy Hargreaves (ostatnio widziana w "Homeland") - świetnie się sprawdzili. Jak
udało ci się zebrać na planie taką grupę aktorów i jak z nimi pracowałeś?
Od 15 lat szukałem właściwej roli dla Macona Blaira. To jeden z najbardziej oddanych pracy
aktorów, jakich znam, a także mój najlepszy przyjaciel. Cały film zbudowałem wokół niego
i mocno zaufałem nie tylko jego zrozumieniu każdego aspektu roli, ale także jego niezniszczalnej
naturze. W końcu musiał przebijać się przez szkoło, spadać z okien, pić krew i wytrzymać 30 dni na
planie. Dodatkowo zaczął zapuszczać brodę już osiem miesięcy przez początkiem zdjęć.
Początkujący reżyser zatrudniający swojego kumpla do głównej roli to syrena ostrzegawcza dla
ludzi zajmujących się castingiem. Ale Brandon i Harley z agencji Powers/Kaplan zaufali mi
i potrafili przekonać pozostałą część obsady do udziału w filmie. Naprawdę miałem szczęście.
Mogę powiedzieć, że jako operator jestem weteranem niezależnego kina i wiem, że jeśli podczas tej
wojny, jaką jest robienie filmu, obsada nie jest całkowicie mu oddana, to masz poważne kłopoty.
Amy Hargreaves była na tyle miła, że zgodziła się wziąć udział w przesłuchaniach. Wybraliśmy ją
już pierwszego dnia. Devin Ratray z kolei pierwotnie był przymierzany do innej roli, ale był za
młody. Nie chciałem jednak z niego rezygnować. Jego talent był aż nadto oczywisty, no i znał cały
scenariusz na pamięć.
Czy kwestia kontroli dostępu do broni, która w Stanach jest szeroko dyskutowana przez
wszystkich, była w jakiś sposób istotna podczas powstawania "Blue Ruin"? Chciałeś, żeby
twój film był głosem w tej sprawie?
Nie miałem takiego zamiaru, nie chciałem tym filmem opowiadać się po żadnej ze stron sporu.
Usunąłem wręcz ze scenariusza kilka linijek dialogu, które wydawały mi się zbyt moralizatorskie.
Mam swoje zdanie na temat dostępu do broni, ale nie chciałem żeby miało ono wpływ na historię.
Jestem też wielkim fanem kina gatunkowego i dla mnie ekranowa przemoc jest samoistną formą
sztuki. Na początku mojej filmowej kariery zajmowałem się charakteryzacją i efektami
specjalnymi, więc doceniam techniczne aspekty krwi i wnętrzności na ekranie. Poza ekranem - nie
bardzo.