Reklama

"Porażka nie jest takim problemem, jak odniesiony sukces"

Wim Wenders - autor takich filmów, jak: "Niebo nad Berlinem", "Paryż, Texas", "Buena Vista Social Club", "Lisbon Story", "Million Dollar Hotel", "Aż na koniec świata" - gość 21. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w 2005 r., to postać ze wszech miar medialna. Urok gawędziarza łączy z prawdziwie kowbojską nonszalancją. Pomimo nieprzychylnych recenzji, jakie zbiera jego najnowszy film "Nie wracaj w te strony", niemiecki reżyser przybył do Warszawy w wyśmienitym humorze. Stolicę Polski powinien opuszczać nie mniej ukontentowany - usłyszał tu wiele ciepłych słów oraz otrzymał z rąk ministra kultury Waldemara Dąbrowskiego medal Gloria Artis. Zanim spotkały go honory, reżyser spotkał się w warszawskim salonie Empik z publicznością oraz przedstawicielami prasy. Spotkanie rozpoczął od zanucenia fragmentu przeboju "Drive My Car" zespołu The Beatles. Poskutkowało. Niemrawa początkowo publiczność zaczęła się powoli rozkręcać. Wiele czasu nie potrzebował sam Wenders, który sam zaczął opowiadać przeróżne historie.

Reklama

Po spotkaniu z reżyserem rozmawiał Tomasz Bielenia.

Temat pana ostatniego filmu "Nie wracaj w te strony" jest trochę podobny do obrazu Jima Jarmuscha "Broken Flowers". Jakby pan to skomentował?

Wim Wenders:Bardzo lubię całą twórczość Jima Jarmuscha, a fakt, że zrobiliśmy niezależnie od siebie filmy, które poruszają podobny temat, wydaje mi się naturalny i oczywisty. Znaczy to, że problem był bardzo istotny, tak jakby wisiał w powietrzu. Lecz jeśli przyjrzeć się obydwu filmom, okaże się, że bardzo dużo je różni.

Film Jarmuscha jest historią podstarzałego Don Juana, który odwiedza swoje byłe kochanki. To jest rodzaj kina złożonego z epizodów. "Nie wracaj w te strony" ma bardziej linearną strukturę, jest bardziej epicką historią, inaczej sfilmowaną. W obydwu filmach jest mężczyzna, który czuje, że coś w życiu stracił. W "Nie wracaj w te strony" mężczyzna znajduje swojego syna i staje z nim twarzą w twarz. W "Broken Flowers" syn pozostaje w sferze wyobrażenia; jest pragnieniem, które nie zostaje zaspokojone. Tak naprawdę więc oba filmy są bardzo różne

Podobno panowie przyjaźnicie się od dawna.

Wim Wenders: Jim jest jednym z moich ulubionych filmowców, jest także jednym z moich najlepszych przyjaciół. Był asystentem Nicolasa Ray'a, gdy Ray razem ze mną robił film "Lightning Over Water". Pomogłem Jimowi przy pierwszym filmie fabularnym "Inaczej niż w raju", który zrealizował na czarno-białej taśmie, która została mi po realizacji filmu "Stan rzeczy". Zawsze uważałem Jima za równego sobie.

Oprócz tego, że Jarmusch był filmowcem, był także muzykiem i miał swój zespół. Najpierw poznałem go jako muzyka, bo naprawdę podobało mi się to, co grał. Dopiero później wziął się za robienie filmów i wtedy zobaczyłem, że jest naprawdę bardzo zdolny. Nadal uważam, że Jim jest jednym z niewielu prawdziwych, odkrywczych reżyserów, którzy przy okazji potrafią opowiadać historie.

Jako młody chłopak przeszedł pan gruntowną filmową edukację w paryskiej Cinematheque Francaise. To dość powszechny element biografii każdego wielkiego reżysera. Jednak nie każdy reżyser tak otwarcie opowiada o swoich inklinacjach oraz tak często składa filmowe hołdy swoim mistrzom.

Wim Wenders: Miałem kilku mistrzów podczas swojej filmowej edukacji. Dużo zawdzięczam filmowcom amerykańskim, np. Samuelowi Fullerowi, Howardowi Hawksowi i Nicolasowi Ray'owi. I ich cenię najbardziej. Ale nauczyłem się też wiele od europejskich reżyserów, jak Francois Truffaut czy Jean-Luc Godard.

Najśmieszniejsze jest to, że prawdziwego mistrza znalazłem dopiero wówczas, gdy zrealizowałem już kilka filmów. Gdy wyreżyserowałem swój czwarty film, "Alicję w miastach", zobaczyłem pierwszy film Yasujiro Ozu [Wenders w 1985 roku nakręcił film dedykowany japońskiemu reżyserowi "Tokio-Ga" - przyp. red.].

Dlaczego tak często angażuje się pan w projekty innych reżyserów?

Wim Wenders: Zawsze uważałem, że otrzymuję od moich mistrzów bardzo wiele, tak samo jak korzystam z już ponadstuletniej historii kina. Robienie filmów bardzo zmieniło moje życie. Wszystkiego nauczyłem się jednak oglądając inne filmy. Odczuwałem naturalną potrzebę odwdzięczenia się. Taka okazja nadarzyła się, gdy Nicolas Ray poprosił mnie, abym pomógł mu przy realizacji jego ostatniego filmu ["Lightning Over Water" - przyp. red.].

Miałem również możliwość wsparcia Michelangelo Antonioniego, gdy - straciwszy głos - nie mógł poradzić sobie z reżyserią "Po tamtej stronie chmur". Po 20 latach samodzielnej realizacji filmów, po raz pierwszy zostałem asystentem reżysera! Ale to było jedno z największych przeżyć - widzieć Antonioniego podczas pracy.

Sam Shepard zagrał główną rolę w filmie "Nie wracaj w te strony". Pracuje pan z nim już od wielu lat. Jak rozpoczęła się wasza współpraca?

Wim Wenders: Z Samem znamy się od 1978 roku. Robiłem kiedyś film w Hollywood i szukałem aktora do roli przystojnego faceta. Żaden z hollywoodzkich agentów nie potrafił znaleźć mi aktora, którego sobie wymyśliłem. Niektórych z nich po prostu testowałem. Najgorsze było to, że żaden z nich nie potrafił pisać na maszynie. A ja szukałem właśnie kogoś z taką umiejętnością. Nawet jeden z najsłynniejszych aktorów świata, Robert De Niro, nie potrafi pisać na maszynie!

Zupełnie przypadkowo spotkałem wtedy Sama Sheparda, który nie zrobił do tej pory żadnego filmu, a który był po prostu idealny. Świetnie i bardzo szybko pisał na maszynie. Problem w tym, że nie spodobał się producentom. Zostałem więc zmuszony do zrobienia filmu z kimś innym.

Zanim jednak ukazał się mój film, Sam Shepard zadebiutował na ekranie z Richardem Gere w filmie "Dni niebios". To był świetny film, Sam był fantastyczny i każda dziewczyna w Ameryce miała w sypialni jego zdjęcie. Producenci mojego filmu byli naprawdę wkurzeni, gdy zobaczyli, jaką okazję zmarnowali.

Pięć lat później napisaliśmy wspólnie scenariusz filmu "Paryż, Texas". Wtedy pomyślałem, że skoro może napisać film, to równie dobrze może w nim też zagrać. Zgodził się, lecz kiedy byliśmy juz gotowi do zdjęć, Sam niespodziewanie powiedział "nie". Mając do wyboru mój film i film z przepiękną kobieta Jessiką Lange, wybrał oczywiście tamtą produkcję. Tym bardziej, że po zdjęciach do tego filmu Sam i Jessika pobrali się. To był drugi raz, kiedy nie wyszedł mi film z Samem jako aktorem.

20 lat później zadzwoniłem do niego i zapytałem: "Możemy wreszcie razem popracować?". Miałem na myśli współpracę scenopisarską. Chciałem mieć też Sheparda jako aktora, ale ponieważ już dwukrotnie mi z nim nie wyszło, tym razem przyjąłem zupełnie inną strategię. Nie zapytałem go wprost, czy chce zagrać w tym filmie. Użyłem podstępu. Kiedy mieliśmy już jakieś 50 stron scenariusza, siedzieliśmy przy stole a Sam pisał na maszynie, powiedziałem do niego: "Sam, jak skończysz ten scenariusz, zamierzam zaproponować tę rolę Jackowi Nicholsonowi. Będzie do niej idealny".

Nie odezwał się ani słowem, ale zauważyłem, że zrobił masę błędów pisząc dalej na maszynie. Potem wyciągnął zapisaną kartkę i powiedział: "Jack Nicholson nie potrafi nawet jeździć na koniu!". Jak wiadomo bohater filmu jest kowbojem. Zauważyłem więc, że moja strategia działa.

Czy ma pan jakąś własną metodę na pracę z aktorami?

Wim Wenders: Zrobiłem dosyć dużo filmów i zauważyłem, że jest tyle podejść do sztuki aktorskiej, ilu jest aktorów. Nie chodzi o to, żeby reżyser wymógł na aktorze określony sposób grania, tylko by aktor czuł się dobrze w roli, w której ma wystąpić. Są tacy aktorzy, którzy mają bzika na punkcie prób. Są aktorzy, którzy potrafią przeprowadzać próby nawet trzy miesiące, a potem okazuje się, że film nawet nie powstaje. Są też aktorzy, którzy mają dość po godzinnej próbie. Niektórzy aktorzy kochają improwizację, ale są też tacy, którzy po prostu robią w portki, kiedy muszą improwizować.

Dlatego kiedy już wybiorę aktora, kiedy zrobię casting, to uważam, że połowa tej pracy jest już za mną, bo wybierając aktora do filmu, po prostu oznajmiam mu: "Wierzę w to, co będziesz robił". Druga połowa sukcesu polega na tym, żeby on uwierzył, że ja też dam sobie z tym radę. Moim zadaniem jest więc sprawić, aby czuł się on jak najpewniej przed kamerą.

Jako reżyser bardzo lubię aktorów i mogę pracować tylko z tymi, których naprawdę darzę sympatią. Jeżeli nie chciałbym być z kimś zaprzyjaźniony, to nie chciałbym z nim pracować. Mam bardzo duży respekt dla pracy aktora, bo jest to najbardziej niebezpieczne zajęcie na planie. Niektórzy uważają, że to kaskaderzy robią najniebezpieczniejsza robotę. Moim zdaniem są to aktorzy. Bardzo szanuję zawód aktora. Wszyscy jesteśmy aktorami...

Film "Paryż, Texas" należy do najważniejszych w pana karierze. Jak pan wspomina tę produkcję?

Wim Wenders: To jedno z dzieci, które opuściły mnie i odniosły wielki sukces. To był dla mnie bardzo ważny film. Pozwolił mi w pewnym sensie na powrót do domu. W 1978 roku pojechałem do Ameryki, jednak nie dane mi było zrealizować tam filmu, jaki najbardziej chciałem zrobić. Zrobiłem wprawdzie trzy filmy, jednak dalekie one były od tego, co naprawdę siedziało mi w głównie. Nie chciałem jednak wracać do domu z pustymi rękami.

Właśnie wtedy spotkałem Sama Sheparda, napisałem "Paryż, Texas" i mogłem wrócić do domu na tarczy, nie musiałem się wstydzić, że byłem w Ameryce i niczego nie dokonałem. To był pierwszy film, w którym narracja wyszła mi idealnie. Również po raz pierwszy byłem zadowolony z kobiecej kreacji w moim filmie [Nastassja Kinski - przyp. red.]. Tak naprawdę jednak był to film, który nauczył mnie radzenia sobie z sukcesem. Każdy filmowiec musi zdać sobie sprawę, że porażka filmu nie jest aż takim problemem, jak odniesiony przez niego sukces.

Pana dwa ostatnie filmy "Kraina obfitości" i "Nie wracaj w te strony" to niezależne produkcje. Jak powstawały?

Wim Wenders: Obydwa moje ostatnie filmy są prawdziwie niezależne, tak niezależne jak tylko film może być niezależny. Ale trudno o dwa bardziej różne filmy.

"Kraina obfitości" nie kosztowała mnie prawie nic. Została nakręcona kamerą cyfrową. Historię wymyśliłem w trzy dni, napisanie scenariusza zajęło nam trzy tygodnie, a pieniędzy mieliśmy tylko na 16 dni zdjęciowych i musieliśmy się w tym czasie zmieścić. Cały film, łącznie z kopią kosztował mniej niż herbatka słynnych hollywoodzkich bossów. "Kraina obfitości" kosztowała pół miliona dolarów.

Wyznaję zasadę, że im mniej posiadasz funduszy, tym więcej jesteś w stanie pokazać. Kręcąc "Krainę obfitości" mogłem więc powiedzieć to, co chcę o Ameryce; nikt nie mógł mnie przed tym powstrzymać. Mogłem nakręcić ten film również dlatego, że w 2003 roku, kiedy byłem gotowy do realizacji "Nie wracaj w te strony" - była ekipa, byli aktorzy, były pieniądze - zadzwonił do mnie mój przyjaciel Peter [Schartzkopff, producent filmu - przyp. red.] i poinformował mnie, że wstrzymujemy produkcję, gdyż jeden ze współproducentów w ostatniej chwili się wycofał.

Chodziłem więc jak struty, dopóki żona nie poradziła mi: "Może po prostu nie dana była ci teraz realizacja tego filmu? Może powinieneś zrobić co innego?". To jest powód, dlaczego tak spontanicznie przystąpiłem do realizacji "Krainy obfitości". Narodziny pomysłu tego filmu dzieli od momentu zakończenia realizacji jedynie dwa miesiące. Dopiero po tym filmie mogłem wrócić do pomysłu "Nie wracaj w te strony", którego budżet wyniósł 11 milionów dolarów i był realizowany w zupełnie odmienny sposób.

O czym opowiada film "Kraina obfitości"?

Wim Wenders: Film "Kraina obfitości" opowiada o zmianach w Ameryce po ataku na World Trade Center. To film o paranoi i biedzie. Po raz pierwszy spojrzałem na Amerykę w polityczny sposób. Będąc Europejczykiem, bardzo kocham Amerykę, lecz również uważam, że mam prawo ją krytykować. "Kraina obfitości" to bardzo krytyczne spojrzenie. Ten film generalnie opowiada o tym, że Ameryka nie wykorzystała swoich szans w ciągu ostatnich kilku lat.

Który z pana filmów jest pana ulubionym?

Wim Wenders: Cyniczna odpowiedź na pytanie o swój ulubiony film, brzmi - ostatni. Tak się złożyło, że dwa swoje ostatnie filmy naprawdę bardzo lubię. Ale prawdziwa odpowiedź na to pytanie jest odpowiedzią rodzica na pytanie o ulubione dziecko. Jako filmowiec mam 25 dzieci. I tak jak w przypadku rodzica, nie to dziecko, które odniosło sukces i opuściło dom rodzinny, tylko to, które nadal trzyma się maminej spódnicy jest ulubionym dzieckiem.

Dlatego najbardziej lubię moje problematyczne dzieła. Jednym z tych filmów jest "Aż na koniec świata" 1991 roku. Ten obraz pojawił się jako swego rodzaju kaleka. W zamierzeniu miał mieć 5 godzin, zabiegi producenckie okroiły go do niewiele ponad 2 godzin. Bardzo się cieszę, że udało mi się doprowadzić do wydania DVD całej, nieokrojonej wersji.

Czy ma pan jakieś filmowe plany?

Wim Wenders: Jestem obecnie w fantastycznej sytuacji. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu nie mam żadnych planów dotyczących najbliższej przyszłości. Zrobiłem trzy filmy w bardzo krótkim odstępie czasu: "Soul of a Man", "Kraina obfitości" oraz "Nie wracaj w te strony". Wszystkie one opowiadają o Ameryce, a ja znowu mieszkam w Niemczech.

Muszę więc osiąść na trochę, na nowo poznać mój kraj, pojeździć trochę po Europie, być może zrobić jakiś film, ale nie mam żadnych planów.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy