Iwona Pavlović: "Przytul mnie, a potem dam ci jedynkę"

Wielokrotna mistrzyni tańca towarzyskiego i międzynarodowy sędzia. Beata Tyszkiewicz nazwała ją Czarną Mambą, bo jest sprawiedliwym, a gdy trzeba surowym jurorem w "Tańcu z Gwiazdami". Prywatnie Iwona Pavlović to niezwykle sympatyczna osoba, która pięknie potrafi opowiadać o swej pasji.

Iwona Pavlović tym razem w wersji blond

- Umysł sędziego musi działać jak komputer - mówi Iwona Pavlović, która od 1. edycji programu w 2005 roku zasiada w jury programu "Taniec z Gwiazdami".

Co to właściwie znaczy "trzymać ramę"?

Reklama

- Dla człowieka nieznającego się na tańcu może to brzmieć zagadkowo, tak naprawdę sprawa jest jednak prosta. Pomijając zawiłości techniczne, chodzi o sposób, w jaki partner i partnerka są względem siebie ustawieni, jaki mają kontakt i jak wygląda to, co ich łączy, spina w całość. Ręce, łokcie, ciało, korpus tworzą układ zamknięty, mający spełniać pewne kryteria. Gdy pojawia się w nim nieprawidłowość, mówimy o nietrzymaniu ramy.

Aż takie to trudne?

- Tak, poza tym jest to pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, gdy staje przed nami para taneczna. Nasze gwiazdy miewają z tym kłopot, dlatego to określenie tak często pada w programie.

Pani musi mieć w oczach coś więcej niż zwykły człowiek!

- (śmiech) Nazywam to skanerem. Umysł profesjonalnego sędziego działa jak komputer. Widać to zwłaszcza na turniejach zawodowych, ale też w "Tańcu z Gwiazdami". Mamy tylko półtorej minuty na ocenę - bez chwili na zadumę, analizę, zmianę zdania. Potem występ dobiega końca, zeskanowana para schodzi z parkietu, wtedy my podajemy wynik. W programie teoretycznie jest większy luksus: pary widzimy pojedynczo, nie zaś w tłumie innych, ale i tu ciśnienie jest ogromne, a czasu na sformułowanie oceny niewiele.

Sędzia ma być bystry, szybki...

- ... i sprawiedliwy!

Nigdy nie dała pani lepszej noty osobie, która budziła pani sympatię?

- Trudno w to uwierzyć, ale nie. Jest to jeden z sekretów zawodowych sędziów - nie wolno nam ulegać emocjom, chyba że rodzą się one podczas obserwacji tańca i tylko jego dotyczą. Wracając do braku stronniczości, niedawno powiedziałam do Tomasza Zimocha: "Przytul mnie, a potem dam ci jedynkę". Podobnie było z Anną Guzik. Nasze relacje można nazwać przyjacielskimi. Nie oznacza to, że automatycznie dawałam jej dziesiątki. Zdarzało mi się zbesztać ją i skrytykować. Do dzisiaj potrafimy się z tego śmiać. Ania sięgnęła przecież w końcu po Kryształową Kulę.

Warto się ruszać w rytm muzyki?

- Naturalnie! W coraz bardziej zabieganym świecie taniec daje możliwość pełnego resetu, oderwania się od problemów i obowiązków. Fenomenalnie poprawia nastrój. Odchudza. Zbliża ludzi, stając się punktem wyjścia do niewinnego flirtu lub zwykłej rozmowy. Na kobiety - zresztą nie tylko - wpływa moblizująco. Wśród uczestniczek moich kursów obserwuję zjawisko, które można nazwać bodźcem do wewnętrznej i zewnętrznej przemiany. Po jednej, dwóch lekcjach panie zaczynają prościej się trzymać, ładniej ubierać, bardziej o siebie dbać. Stają się pewniejsze siebie, bardziej kolorowe, mam wrażenie, że wypełnia je światło.

Są też korzyści dla zdrowia...

- Taniec je poprawia. Wzmacnia kondycję. Jest lekarstwem na wszystko. W dodatku skutecznie odpędza zmęczenie.

Nikt nie jest w jury programu tak długo jak pani. To już 20. sezon, w tym siódmy w Polsacie. Ciekawi mnie jednak, jak zaczęła się pani przygoda z tańcem?

- Miałam 15 lat, chodziłam do liceum ekonomicznego. Mój świat wypełniały cyferki. Taniec to szybowanie w chmurach, odrywanie się od ziemi, a ja twardo po niej stąpałam. Byłam typem grzecznej dziewczynki. (śmiech)

Obowiązkowej?

- I pilnie się uczącej. Grałam w piłkę ręczną. Wiedziałam, jak ważna jest dyscyplina i że sport sprzyja jej wykształceniu. Bo przecież trzeba wstać,gdzieś pójść, z czegoś zrezygnować, coś zrobić w innym terminie. Taniec już wtedy lubiłam, ale nie myślałam o nim jako o sposobie na życie.

Trudno mi w to uwierzyć!

- Moja mama zawsze była osobą praktyczną. Nie chciała, żebym tańczyła, kojarzyło jej się to z brakiem zawodu. Nalegała, bym nie szła do liceum ogólnokształcącego, ale ekonomicznego.Namówiła mnie też na studia, bo skrót mgr przed nazwiskiem przydaje się w szukaniu pracy. Jako dobra córka nie tyle realizowałam marzenia mamy, co byłam posłuszna jej życiowemu doświadczeniu. Wewnętrzny głos podpowiadał mi jednak, że nie muszę rzucać wszystkiego na szalę. Myślałam: pewne rzeczy da się połączyć. Choćby zawód i taniec! Dzisiaj żartuję: "Widzisz, mamo, opłacało się kręcić bioderkami".

Jak to było z tym "wejściem na parkiet"? Skoro nie mama i nie pani, kto tam panią skierował?

- Brat. Słyszał, że jest nabór do zespołu tańca "Miraż". Zachęcił mnie. Trafiło na podatny grunt. Marzyłam przecież, żeby robić coś więcej niż tylko uczyć się w szkole i spędzać czas na podwórku. Bez przerwy szukałam.

Studiowała pani jednak informację naukową i bibliotekoznawstwo.

- Taka byłam poukładana, sumienna, solidna. (śmiech) Na szczęście potrafiłam łączyć to, co najlepsze - z jednej strony bujałam w obłokach, odrywałam się od ziemi tańcząc, z drugiej twardo na niej stałam. Taniec niepostrzeżenie zamienił się z hobby w prawdziwą pasję, a z pasji w zawód.

Musiało to być gorące uczucie!

- Śmieję się, że jest moją miłością i przekleństwem, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nadeszły chwile, gdy płakałam z bólu, głośno go przeklinając. Granica między nienawiścią i pasją zrobiła się cieniutka. I dobrze, takie emocje są potrzebne!

Kiedy stawała pani na parkiecie, ogarniało panią... co? Wielkie szczęście? A może świadomość, że trzeba, choćby się nie chciało?

- Milion różnych rzeczy. Nigdy jednak nie było tak, że tańczyłam z obowiązku. Trenowałam aż do płaczu, potu, krwi z butów... Ale przymus? Nie.

Mimo woli przypomina mi się dramat "Czarny łabędź".

- Genialnie pokazano w nim los tancerki. U mnie nie wyglądało to tak drastycznie. Były wyrzeczenia, stres, lęk, że ktoś jest lepszy, ale nie doszło do szaleństwa.

Co czuje człowiek, który po treningach wreszcie staje przed jury?

- Że wszystko mija. Skupiasz się, wiesz, gdzie jesteś, nie myślisz, co zrobisz, stawiając pierwszy krok ani jak będzie wyglądał drugi. Jesteście tylko ty i muzyka. Cały świat znika. Dosłownie zatapiasz się w tańcu. Myśli, które kłębiły ci się w głowie, milkną.

Tak samo mają gwiazdy kolejnych edycji programu?

- Na pewno - zwłaszcza gdy trochę potrafią. Przypomina to sytuację, którą wszyscy znamy. Wstajesz rano, ale nie myślisz: "O, teraz pójdę do łazienki, otworzę szafkę, wyjmę pastę i umyję zęby". To się po prostu dzieje. Taniec staje się nawykiem, rozbrzmiewa muzyka, a ciało samo zaczyna działać.

Juror, który opowiedzianą w półtorej minuty historię musi ocenić, też nie ma łatwo.

- Jest jak lekarz, który całymi latami studiował, by móc wykonać pierwsze prawidłowe cięcie.

A gdy już zgasną światła, gdy może pani wreszcie pomyśleć o sobie, co się dzieje? Jak pani odpoczywa?

- Mąż nauczył mnie miłości do gór. Poza tym kocham chodzić - po drogach, lasach, łąkach, z kijkami i bez. Być może zabrzmi to trywialnie, ale... uwielbiam moją rodzinę. Mam cudowną mamę. Scala nas, dzięki czemu wspólnie spędzony czas staje się naszym największym skarbem. Dla bliskich jestem po prostu Iwoną, a nie panią z telewizji.

Rozmawiał Maciej Misiorny

Iwona Pavlović urodziła się 2 XI 1962 r. w Olsztynie. Wielokrotna mistrzyni Polski w tańcu towarzyskim i sędzia w międzynarodowych konkursach. Od 2005 r. juror w "Tańcu z gwiazdami". Pierwsze zajęcia taneczne odbywała w olsztyńskim zespole tańca nowoczesnego "Miraż". Później wyjechała na trzy lata do Londynu. Wśród jej uczniów był m.in. Agustin Egurrola. 25 września 2009 roku wyszła za mąż za biznesmena Wojciecha Oświęcimskiego. Prowadzi Szkołę Mistrzów Tańca Pavlović w Olsztynie.

Dowiedz się więcej na temat: Iwona Pavlović | Taniec z Gwiazdami 7
Najlepsze tematy