Wojciech Pijanowski: Legenda telewizji

​Pamiętamy go m.in. z "Jarmarku", "Magii liter" oraz "Koła fortuny". Wojciech Pijanowski, wielki miłośnik gimnastyki umysłu opowiada nam o początkach telewizyjnej kariery, grze w golfa i ambitnych planach na przyszłość.

Wojciech Pijanowski ma wciąż mnóstwo pomysłów

Jest pan prekursorem gier i zabaw logicznych. Jako pierwszy promował pan tego typu rozrywkę w telewizji. Skąd to zamiłowanie?

Reklama

- Z domu. Mój ojciec był entuzjastą łamigłówek i szarad. Wymyślał zadania logiczne, które potem testował na mnie i na moim bracie. Weszło mi to w krew.

A jak zaczęła się pana telewizyjna kariera?

- Cóż, mój ojciec dość wcześnie zmarł, w wieku 46 lat, a w telewizji, w jednym z programów dla dzieci, prowadził kącik o grach. Kiedy odszedł, postanowiłem kontynuować rodzinną tradycję. Dostałem 7 minut w programie "Ekran z bratkiem", w którym miałem mówić o grach. Wszystko sobie napisałem i wykułem na pamięć. Kiedy trafiłem do studia, długo czekałem na swoją kolej. W końcu padło upragnione: "Teraz pan" i jak już usiadłem za stolikiem, przygotowany do wygłoszenia przemówienia, usłyszałem: "Ma pan dwie i pół minuty." Zmieściłem się w czasie, mówiąc trzy razy szybciej, niż normalnie. Byłem pewien, że wyszła z tego wielka katastrofa, ale powiedzieli: "Dziękujemy, bardzo dobrze!" I tak to się zaczęło.

Wielu widzom Wojciech Pijanowski już zawsze kojarzyć się będzie z "Kołem fortuny". Chciałby pan wrócić do tego formatu?

- Nie. Dziękuję bardzo (śmiech).

Był czas, kiedy miał pan w planach założenie własnego kanału telewizyjnego.

- Nic się nie zmieniło. Nadal pracuję nad projektem "Telewizji Fortuna". Jego realizacja trochę potrwa, ale jako zodiakalny Skorpion jestem upartym facetem i nie odpuszczę. Zrealizuję swój pomysł. To będzie kanał pełen gier, zabaw i łamigłówek. Widzowie przed telewizorami będą mogli łączyć się ze studiem i grać w teleturniejach na żywo. Jednak więcej szczegółów nie zdradzę, dopóki wszystko nie będzie dopięte na ostatni guzik.

W tym kanale przewiduje pan powrót programów, które pan kiedyś prowadził, m.in. "Szczęśliwego rzutu" i "Magii liter"?

- Oczywiście, przerobię je trochę na współczesne czasy, ale bez brokatu i błysków. Polacy w gruncie rzeczy lubią quizy o prostych zasadach. Stąd niesłabnące powodzenie teleturnieju "Jeden z dziesięciu".

Starsi widzowie pamiętają też pana z "Jarmarku". Były sobie świnki trzy: sport, muzyka oraz gry, czyli Włodzimierz Zientarski, Krzysztof Szewczyk i pan.

- To było super. Tam mogłem się pobawić, w przeciwieństwie do wspomnianego "Koła fortuny", gdzie tylko układałem hasła.

A jak zamiłowanie do gimnastykowania umysłu ma się do pańskiej wielkiej pasji - golfa?

- Ostrzegam, o golfie mogę opowiadać godzinami. W latach 80. dostałem w prezencie kije golfowe. Nie wiedziałem, do czego służą. Stanęły w kącie. Pewnego dnia zobaczyłem w telewizji Andrzeja Strzeleckiego, obecnego doktora Koziełło z "Klanu" (śmiech), który pokazywał takie same kije i demonstrował, co się z nimi robi. Zadzwoniłem do niego. Pojechaliśmy do Rajszewa (jedno z pierwszych pól golfowych w Polsce - przypis red.). Pierwszym uderzeniem trafiłem w piłkę i w tym momencie zaraziłem się golfem. W Polsce panuje przekonanie, że to sport ekskluzywny, drogi i nudny. Nic bardziej mylnego. Golf jest już w tej chwili dyscypliną olimpijską. To najbardziej demokratyczny sport świata - dla dzieci, młodzieży i "starców" takich jak ja. Poza tym jest bardzo zdrowy, jedna runda to około 11 km pokonywanych spacerkiem z jednoczesną gimnastyką - machaniem kijem i przysiadami. Najdroższy w tej dyscyplinie jest czas.

Stworzył pan m.in. "DictuMIX", grę słowną, którą można ściągnąć jako aplikację na telefon.

- To gra trochę jak scrabble, ale inaczej. Celem jest układanie na planszy wyrazów, co najmniej trzyliterowych rzeczowników w liczbie pojedynczej. Można grać ze znajomymi lub solo. Teraz przygotowuję coś dla lubiących liczyć.

Wróćmy do telewizji. Współpracował pan swego czasu z "Wideoteką Dorosłego Człowieka".

- Byłem kierowcą taksówki, która woziła gości programu. Dziwili się, widząc mnie za kółkiem. Kiedyś do mojej taryfy wsiadł Irek Dudek, czyli Shakin’ Dudi. - Co ty tu robisz? - zapytał. Wyjaśniłem, że telewizja dała mi etat kierowcy, bo nie mają dla mnie innych propozycji. Uwierzył (śmiech).

Rozpoznają pana ludzie na ulicy?

- Tak, i powiem więcej - trzymają mnie przy życiu. Wciąż słyszę: "Panie Wojtku, kiedy wreszcie zrobi pan coś nowego?". To mnie motywuje, inaczej dawno dałbym sobie spokój. Mam pełen komputer pomysłów, zresztą nie tylko moich, bo ludzie mają do mnie zaufanie i przysyłają mi swoje projekty. Niektóre są świetne, więc mam nad czym pracować.

Rozmawiała Joanna Bogiel-Jażdżyk

Oto programy, które prowadził Wojciech Pijanowski:

"Szczęśliwy rzut": To był szał! Uczestnicy rzucali plasteliną do szyby z numerami, pod którymi kryły się się nagrody.

"Gra w otwarte karty": Tematem tego magazynu były gry, szarady i zabawy logiczne.

"Jarmark": "Sport, muzyka oraz gry" - to było hasło przewodnie magazynu, który prowadził wspólnie z Krzysztofem Szewczykiem i Włodzimierzem Zientarskim.

"Koło fortuny": Z Magdą Masny prowadził kultowy teleturniej, który przed telewizorami gromadził miliony widzów. Do historii przeszły słowa: "Magda, pocałuj pana".

"Magia liter": Gra polegała na układaniu wyrazów z 35 liter umieszczonych na ekranie. W finale należało odgadnąć 7 haseł, na 5 liter każde.

"Wideoteka Dorosłego Człowieka": Jako szofer woził gości programu Marii Szabłowskiej i Krzysztofa Szewczyka. Jego rozmowy z pasażerami rejestrowała kamera.

Ostatnio Wojciech Pijanowski wystąpił w fabularyzowanym dokumencie "Prolog Radosław". Zagrał Marszałka Piłsudskiego. Emisję zaplanowano na 5 października 2015 roku.


Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Pijanowski | Koło fortuny

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje