Michał Żurawski: Aktorstwo jest jak zawodowy sport

Michał Żurawski równie dobrze czuje się w rolach policjantów, co bandytów i władców. Wybrał aktorstwo, chociaż udawać wcale nie lubi.

Celebryta? Nawet nie wiem, co to znaczy - przekonuje Michał Żurawski

Zadebiutował 15 lat temu rolą w serialu "Na dobre i na złe" i od tej pory najczęściej pojawia się w produkcjach TV - chociaż telewizji nie ogląda. W najbliższym czasie zobaczymy go także w trzech filmach kinowych - mrocznych dramatach i thrillerach. Bo zdaniem Michała Żurawskiego aktorstwo polega na różnorodności.

Reklama

Spotykamy się na planie kolejnego odcinka programu "Drunk History - Pół litra historii". Co tu się będzie działo?

Michał Żurawski: - Szczegółów nie znam, wiem tylko, że będę jeździł konno.

Aktorzy widzą wcześniej nagrania wstawionych narratorów, którzy opowiadają o inscenizowanym fragmencie historii?

- Bez tego by się nic nie udało, w czasie zdjęć słuchamy też nagrań z głośników. Gramy postacie, którym wcześniej narratorzy udzielają głosu. Musimy się zmieścić kłapami w ich słowach, a to nie takie łatwe - tym bardziej, że wypowiadane po pijaku zdania nie układają się płynnie, trzeba wpleść w kwestie pomyłki i bełkotliwe tyrady. Niektórzy z gawędziarzy spędzili naprawdę przyjemny wieczór przy produkcji programu (śmiech).

To praca podobna do dubbingu?

- Raczej odwrotna: głos jest, a my naśladujemy paszczą ruchy ust mówcy. Ale praca w dubbingu bardzo się przydaje w tym zadaniu. Nie mam jakichś wielkich doświadczeń w tej dziedzinie, chociaż na przykład ostatnio dubbingowałem jedną z postaci w filmie "Thor: Ragnarok".

To dość obrazoburcze - przedstawiać narodową historię po pijaku.

- Nie wiem, czy takie obrazoburcze w kraju, gdzie alkohol - po religii - jest najważniejszy. Ale w tym programie wielkich bitew i heroicznych zrywów jest raczej niewiele. Więcej jest opowiastek o ludziach, obrazków z życia w dawnych wiekach. Na przykład odcinek,w którym występuję, dotyczy potopu szwedzkiego. Opowiada o nim Marta Nieradkiewicz, ja gram szwedzkiego króla i z jego perspektywy poznajemy te wydarzenia. Polacy są tu przedstawieni w tak dobrym świetle, że zakrawa to raczej na zakłamanie historii: nasz kraj w tej wersji jest czysty, wysoko rozwinięty i pełen światłych ludzi. Swoją drogą potop szwedzki to jedna z największych tragedii w dziejach Polski: Szwedzi spustoszyli i potwornie ograbili nasz kraj. Opowiadamy więc po części historię tego, jak powstała IKEA (śmiech). Nie widzę w tym nic wywrotowego.

Chyba każdy dorosły człowiek wstawił się kiedyś na tyle, żeby niezbornie i - z punktu widzenia słuchaczy - zabawnie snuć jakieś opowieści. Po co to oglądać w telewizji?

- Dla wielu ciekawe będzie oglądanie aktorów, muzyków i innych celebrytów, którzy upijają się przed kamerami. Fascynujące jest to, że ktoś ma tyle odwagi, żeby się uwalić publicznie. Trzeba mieć sporo dystansu do siebie, żeby się dać upoić na oczach widzów - a te fragmenty programu nie wyglądają na zagrane...

Rola bełkotliwego króla Szwecji to jedna z pana lżejszych. "Karbala", "Pitbull", wchodzące w grudniu na ekrany "Dzikie róże" to mocne, poważne produkcje.

- W komediach gram, także w teatrze. Ale jestem aktorem, płacą mi, żebym występował w różnych rzeczach. Uprawiam płodozmian. Ostatnio wcieliłem się postać inspirowaną sylwetką Wojciecha Jagielskiego w "53 wojnach". To historia oparta na wstrząsających faktach z książki Grażyny Jagielskiej "Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym". Z kolei w "Juście" znów gram mundurowego, przeplatają się tam dramat, thriller i romans. To reżyserski debiut Beaty Dzianowicz, a jak widać po werdyktach jury polskich i międzynarodowych festiwali, polskie debiuty są teraz w cenie.

Z kolei w serialu "Ultraviolet" jest pan szefem grupy detektywów amatorów.

- Ta rola była mi na początku kompletnie obca. Nie żyję w świecie komputerów, nawet nie mam telewizji. Nowe technologie mnie nie interesują, a gram postać od nich uzależnioną. Tomek Molak, w którego się wcielam, założył grupę Ultraviolet rozwiązującą sprawy kryminalne z pomocą internetu, komputerów i innych gadżetów. Ten pomysł jest bardzo na czasie - wiele spraw udaje się dziś wyjaśnić właśnie dzięki społecznościom internetowym. Dlatego miałem wielką frajdę z grania w tym serialu. Na dodatek trzy czwarte ujęć bohatera, którego gram, jest kręconych przeze mnie, z ręki. Pierwszy raz byłem aktorem, operatorem, oświetleniowcem i dźwiękowcem w jednym. Czasem coś przypadkowo naciskałem, bo się na tym nie znam, i zostawałem mistrzem efektów specjalnych (śmiech). Ciągle się więc kształcę.

Kształci pan też swoich następców - wraz z żoną Romą Gąsiorowską prowadzi pan szkołę aktorską. Co mówi pan młodym ludziom na pierwszych zajęciach?

- Jeszcze macie szansę stąd uciec (śmiech).

Wielu ucieka?

- Nie, o dziwo są tym bardziej zainteresowani. Próbuję im powiedzieć, że aktorstwo to nie jest taki wspaniały zawód, jak mogłoby się wydawać. Robię ćwiczenie: dzielimy salę na trzy części. Po lewej maja usiąść ci, którzy uważają, że aktorstwo to rzemiosło, po prawej ci, którzy sądzą, że to sztuka. Zwykle grupa dzieli się po połowie. Po kilku miesiącach pracy większość siada w środku.

A pan gdzie by usiadł?

- Po tej stronie, gdzie chodzi o rzemiosło. Nie wierzę, że uprawiam zawód artystyczny. Dlatego uczymy raczej warsztatu niż psychologii, a na nią stawiają nacisk państwowe uczelnie aktorskie. Próbujemy ochronić młodych ludzi przed wypaleniem zawodowym, ostrzec, by nie wchodzili w postać za głęboko, nie przenosili pracy poza scenę albo plan filmowy, bo przypłacą to zdrowiem psychicznym. Aktorstwo jest jak sport zawodowy: trzeba trenować, aż wykształci się odruch, tylko że ćwiczymy głowę, nie mięśnie.

Pan potrafi się tak odciąć od roli?

- Staram się, ale wcale nie twierdzę, że mi to wychodzi.

Czyli uczy pan tego, czego sam do końca nie umie?

- Uczę tego, czego sam się ciągle uczę (śmiech). Nie głoszę prawd objawionych, nie jestem mentorem, raczej starszym kolegą. Dzielę się doświadczeniem. Część studentów kończy przygodę z aktorstwem na naszych zajęciach, niektórzy idą dalej i całkiem nieźle sobie radzą. Ta metoda musi być skuteczna, bo po naszej szkole procent zdanych egzaminów do państwowych uczelni aktorskich jest całkiem wysoki.

Nie ma pan telewizji, a występuje w serialach i programach rozrywkowych. To się da pogodzić?

- Pewnie. To, że nie mam telewizora, nie znaczy, że nic nie oglądam. Dużo chodzę do kina, pochłaniam całe sezony seriali w sieci.

A reality shows?

- Nie oglądam.

To jak pan trafił do programu "Azja Express"?

- Podejrzewam, że znane osoby, którymi stacja była zainteresowana, odmówiły, więc producenci nie mieli wyboru i zwrócili się do mnie (śmiech). Zostałem zapchajdziurą.

Ale okazał się pan najbardziej barwną postacią poprzedniej edycji i jej zwycięzcą!

- Zwycięzcą tak, ale barwną postacią? Media lubią przypinać łatki, mnie to nie obchodzi. Nie miałem strategii, nie planowałem, jak rozegrać rywalizację. Wcześniej dostawałem podobne propozycje, ale nie interesowało mnie gibanie się na parkiecie albo chlapanie w basenie. Tym razem się zdecydowałem, bo usłyszałem: Azja, dżungla, przygoda.

I nadal nie jest pan celebrytą?

- Nawet nie wiem, co to znaczy. Na pewno jestem bardziej rozpoznawalny. A może część ludzi, którzy wcześniej nigdy mnie nie widzieli w filmach i spektaklach, po obejrzeniu tego show zechce pójść do kina lub teatru? To dla mnie tylko powód do radości.

Rozmawiała Anna Bugajska.

Dowiedz się więcej na temat: Michał Żurawski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje