Marzena Rogalska: Jestem teoretykiem od wszystkiego

W programie "Domy przyszłości" pokazuje, jak można mieszkać nowocześnie i wygodnie. Z Tomaszem Kammelem tworzą zgrany duet w "Pytaniu na Śniadanie". Dzięki telewizji śniadaniowej żaden temat nie jest już jej obcy. W swojej pracy Marzena Rogalska najbardziej boi się tego, że... zaśpi! Ostatnio zdradziła, że pisze książkę.

Marzena Rogalska pisze książkę

Prowadzi pani program "Domy przyszłości". Fajne są te domy, ale da się w nich mieszkać?

Reklama

- Oczywiście, że tak! One są szyte na miarę tego, kto w nich mieszka. Mnie w nich najbardziej zachwycają ekologiczne rozwiązania, jak solary czy odzyskiwanie deszczówki, którą potem wykorzystuje się np. do podlewania ogrodu. To są prawdziwe "domy przyszłości" według projektów najlepszych polskich architektów, którzy mają niczym nieskrępowaną wyobraźnię i których nikt i prawie nic nie hamuje w realizacji ich wizji. Stworzyli budynki odbiegające od brzydoty architektury czasów PRL-u lub fali pseudodworków zalewającej nasz polski krajobraz. Jeden z architektów, Tomasz Głowacki, zauważył niespójność w wyborach Polaków - chcemy mieć szybkie i nowoczesne samochody, a budujemy domy stylizowane na te sprzed stu lat.

Czy ten program wpłynął w jakiś sposób na pani dom?

- Początkowo przyglądając się tej pięknej architekturze, myślałam, że mój dom jest zwyczajny. Ale to nie do końca prawda, bo atmosfera w nim jest nietuzinkowa, chociażby dlatego, że mieszkają tu świetne zwierzaki, przewijają się niezwykli ludzie i każdy, kto tu wpada, lubi się zasiedzieć, bo jest mu dobrze. Ale są elementy, nad którymi można popracować. I ja tę pracę zaczęłam, inspirując się "Domami przyszłości" i lekturami, takimi jak np. "Magia sprzątania" czy "Sztuka minimalizmu". Oddaję, wyrzucam, pozbywam się nadmiaru rzeczy. Walczę z moją naturą chomika. Na przykład miłość do książek spowodowała, że oba domy - krakowski i warszawski - są nimi zawalone. Ale dowiedziałam się o akcji "Książki w pudle" i zaczęłam oddawać książki dla więzień. Namawiam na to też moich przyjaciół i znajomych.

Wróćmy do telewizji. "Pytanie na Śniadanie" to program, w którym poruszacie masę tematów z najróżnorodniejszych dziedzin. Jest już pani chodzącą encyklopedią?

- Żartuję, że jestem słynnym teoretykiem od wszystkiego, bo tematów jest wiele i to z różnych dziedzin. Taka jest specyfika telewizji śniadaniowej i mnie to akurat kręci. Nawet jeśli na dany temat rozmawialiśmy już wielokrotnie, to za każdym razem można spróbować podejść do niego z nieco innej strony. Będąc w gronie przyjaciół, muszę gryźć się w język, bo inaczej słyszeliby ciągle - "niedawno w programie rozmawialiśmy właśnie na taki właśnie temat" i mogłabym się zacząć wymądrzać (śmiech).

Jaki jest największy koszmar prowadzącej "Pytanie na Śniadanie"?

- No jak to jaki? Że zasypia!

A zdarzyło się to?

- Kiedyś okropnie zaspałam, ale zdążyłam się zebrać w ciągu 10 minut i dojechać kwadrans przed pierwszym wejściem na antenę. W ekspresowym tempie byłam jednocześnie malowana i czesana. Udało się, ale był to potworny stres nie tylko dla mnie. Kolejny koszmar to wiadomość, że zapowiadany gość nie dotrze do studia. Tak się niestety czasami zdarza. Zaś trzeci koszmar to gość niemowa, który na większość pytań odpowiada jednym słowem.

Często pracuje pani w duecie. Jaki jest sposób na zgranie się z partnerem?

- Najważniejszą umiejętnością jest słuchanie siebie nawzajem. Bez tego nie można zbudować duetu, który sobie zaufa i będzie grał do jednej bramki. Trzeba schować swoje ego, zauważać i doceniać umiejętności drugiej połówki, ale też rozmawiać wprost i uczciwie o tym, co nam doskwiera. I iść dalej. Nie rywalizować, ale budować, inspirować się wzajemnie. Pamiętać, że to goście są na pierwszym planie. Być maksymalnie uważnym, stworzyć taką atmosferę, żeby wszyscy widzieli sens spotkania w naszym studiu. Mam poczucie, że dość szybko dotarliśmy się z Tomkiem, choć oboje mieliśmy lekkie obawy, bo każde z nas robi solo wiele rzeczy. Dziś cenimy sobie naszą współpracę i wiemy, że możemy na siebie liczyć. Wcześniej też miałam komfortową sytuację, bo prowadziłam "Pytanie..." z Łukaszem Nowickim, z którym się przyjaźnię i którego znam całe lata. I uwielbiam za wiele rzeczy! Inna sprawa, że cała ekipa "Pytania..." jest świetna. Nie ma więc problemu, kiedy mam stanąć u boku Michała Olszańskiego i poprowadzić z nim program w zastępstwie za jego partnerkę. Nie ma mowy o stresie, jest profesjonalnie i na dodatek zabawnie. Ale kto nie kocha naszego Miśka? (śmiech) No i jest jeszcze Tomek Wolny, z którym też pracowałam i miałam wrażenie, jakbyśmy przepracowali ze sobą wcześniej całe lata. Sprawny jak diabli, swobodny i zawsze uśmiechnięty.

Jak odreagowuje pani program na żywo?

- Często jest tak, że na tej adrenalinie zaraz po programie jadę do pracy do radia albo na rozmowę, którą robię dla gazety. Mówię więc dalej, mówię i mówię... ale jak przyjdę do domu, to nagle się wyłączam i nie potrafię odpowiedzieć na proste pytanie: a kogo miałaś dzisiaj w programie? Muszę odreagować. Wyciszyć się. Gotuję więc jak szalona albo idę poćwiczyć, pojeździć na rowerze. Odkryłam też przyjemność pisania. Nawet w najbardziej gorącym czasie, kiedy obowiązki mnożą się i mnożą, pisanie mnie totalnie wciąga i uspokaja. Przez ostatni rok prawie nie rozstawałam się z laptopem. I zdaje się, że wyjdzie z tego książka.

Kryminał? Miłość?

- Miłości w niej nie zabraknie. To także opowieść o sile przyjaźni w życiu. Siedzą we mnie historie ludzi, z którymi rozmawiam od tylu lat! I są olbrzymią inspiracją. Jak wszystko ułoży się po mojej myśli, to książka będzie gotowa jesienią.

Rozmawiała Iwona Leończuk

Dowiedz się więcej na temat: Marzena Rogalska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje