Marcin Prokop: Ciężarna kobieta zmieszała mnie z błotem

Prowadzi duże i małe programy oraz imprezy, pisze książki. Kiedy pojechał do USA odpocząć, na wszelki wypadek zabrał ze sobą kamerę.

Marcin Prokop

Trudno sobie wyobrazić "Mam talent!" bez komentarzy duetu Prokop-Hołownia. A czym byłyby poranki w "Dzień Dobry TVN" bez pary Prokop-Wellman? Marcin Prokop - dziennikarz i prezenter, konferansjer i autor książek - nie zwalnia tempa. Nawet kiedy wybrał się na wakacje, to z szalonej podróży po USA zrobił telewizyjny program. Mimo nawału zajęć znalazł chwilę czasu, żeby opowiedzieć, jak ten cykl powstał, a także zdradzić, co dzieje się za kulisami programów, w których bierze udział.

Reklama

Kończy się kolejna edycja "Mam talent!". Jakie były tym razem niespodzianki?

Marcin Prokop: - Zaskoczył mnie wysoki poziom iluzjonistów, którzy po wokalistach i tancerzach stają się jedną z głównych sił w tym programie. Na przykład Piotr Denisiuk, który gładko wkręcił publiczność i jurorów w swoje sztuczki. Nawet patrząc na jego numery z bliska, trudno było odgadnąć - jak on to zrobił. Zaskoczyło mnie również to, że na castingi zaczęły przychodzić dzieci uczestników, którzy jako bardzo młodzi występowali dziesięć lat temu, w pierwszej edycji, a teraz przekazują pałeczkę nowemu pokoleniu. To na swój sposób wzruszające.

A zachwycił?

- Swój "złoty przycisk" dałem 11-letniej Julii Kucembie, która jest mistrzynią dyscypliny zwanej speed stacks, czyli układania plastikowych kubków w fantazyjne piramidy w jak najkrótszym czasie. Nie wiedziałem nawet, że coś takiego istnieje, byłem jednak zachwycony precyzją, z jaką Julka opanowała tę sztukę, jak również jej niezwykłą osobowością. Bo w "Mam talent!" równie mocno, co umiejętności, liczy się charyzma uczestników, zdolność do zainteresowania sobą widowni. Nie zawsze wygrywają najzdolniejsi..

Czy miał pan swojego faworyta, a jeśli tak, jak mu poszło?

- Bardzo podobał mi się na castingach zespół Freak Show, przy którym poczułem się, jakby znów był rok 1982. Chłopaki mają zajawkę na gr anie rock’n’rolla spod znaku mocnego makijażu, natapirowanych lwich grzyw, skórzanych legginsów i kowbojskich butów. Wygląda to dość kabaretowo, ale oni traktują ten temat śmiertelnie poważnie, więc trzymam za nich kciuki, bo uwielbiam ludzi, którzy mają autentyczną pasję.

Komu z uczestników show najbardziej pan zazdrości? Innymi słowy - jaki chciałby pan mieć talent?

- Chciałbym umieć śpiewać, bo kocham muzykę, niestety zupełnie nie mam talentu do jej tworzenia. Mógłbym wtedy przez chwilę poczuć się jak Michał Szpak albo inny Gienek Loska.

A nawiasem mówiąc, gdyby pan mógł wybrać, jakie supermoce chciałby pan mieć? Którym być superbohaterem z komiksu? I co by pan wówczas zrobił na świecie?

- Kibicuję postaci serialowego "Dextera" - uśmiechniętego, miłego, z pozoru niewadzącego nikomu chłopaka, który pod osłoną nocy zmienia się w nieuchwytnego zabójcę. Nie krzywdzi jednak niewinnych ludzi, tylko "wyrywa chwasty", eliminując ze społeczeństwa morderców, gwałcicieli, pedofili i inne szumowiny. Kiedy słucham wiadomości i widzę, ile zła wokół pozostaje bezkarne, myślę sobie, że przydałby nam się taki mroczny mściciel. No, ale w sumie mamy Zbigniewa Ziobrę, to prawie to samo.

Zdarzyły się jakieś zabawne sytuacje podczas realizacji programu "Mam talent!"?

- Przeżywamy je co chwilę! Ostatnio na przykład mieliśmy do czynienia z uczestnikiem, który przyszedł z towarzyszką. Kiedy on występował na scenie, my z Szymonem próbowaliśmy zabawiać ją w kulisach rozmową, która słabo się kleiła. W pewnym momencie dźwiękowiec zaczął mi dyskretnie wskazywać na brzuch tej pani, który - gdy się przyjrzałem - sugerował, że jest w ciąży. Zacząłem więc delikatne podchody, żeby rozruszać konwersację: "no, dzisiaj przyszliście tu państwo sami, ale niebawem będzie można o was mówić Ich Troje" albo "ciekawe, czy młody człowiek, który jest tu dzisiaj z nami, chociaż nie do końca obecny, już teraz jest dumny z taty?" i tak dalej. Moja rozmówczyni ignorowała te zaczepki, więc w którymś momencie spytałem wprost: "a macie państwo już wybrane imię?". Kobieta nagle zrobiła się czerwona z oburzenia, po czym zmieszała mnie z błotem tak, że nawet nie chcę tu tego powtarzać. Od tamtej pory, nawet jak widzę dziewczynę w ewidentnej ciąży, na wszelki wypadek w ogóle nie reaguję.

Czy razem z Szymonem Hołownią przygotowujecie się jakoś do waszych "zakulisowych" występów? Może kiedyś czymś was zaskoczyły osoby towarzyszące uczestnikom?

- Pamiętam, że kiedyś na castingach pewna śpiewająca dziewczyna, której jurorzy najpierw prawili komplementy, a następnie odrzucili przy finalnej selekcji, nie mogąc zrozumieć ich niekonsekwencji, za kulisami wpadła w szał. Zaczęła miotać przekleństwa, wygrażać, że wszystkich pozabija, po czym - kiedy próbowałem ją uspokoić - chciała się ze mną bić. W międzyczasie okazało się, że trenuje kick-boxing, więc zamiast sprawdzać swoje szanse, pozwoliłem wkroczyć ochronie. Trzech facetów z trudem ją wyprowadziło. Śmialiśmy się potem, że do pracy przy tym programie Szymon powinien zrobić kurs egzorcysty. Czasami byłby przydatny.

Czy - i jak - świętowaliście z Dorotą Wellman 10-lecie "Dzień Dobry TVN"?

- Świętujemy każdego dnia, spotykając się z widzami. Nie ma dwóch takich samych programów, więc za każdym razem, gdy o godz. 8 rano zapala się czerwona lampka na kamerze, czujemy się tak, jakbyśmy robili to po raz pierwszy. Chcemy, żeby ta dobra energia, którą wtedy czujemy, udzieliła się oglądającym. Nie jesteśmy fanami jubileuszy, benefisów i innych przejawów jałowej celebry.

Przeczesując internet, nie natrafiłam na negatywne opinie o panu. Czy spotyka się pan z krytyką? Jeśli tak, to co hejterzy panu zarzucają?

- Szczerze mówiąc, zupełnie się tym nie interesuję. Nie czytam anonimowych komentarzy na swój temat, nie szukam informacji o sobie na portalach plotkarskich. Jeśli ktoś ma ochotę mnie konstruktywnie skrytykować, chętnie słucham takich głosów, które pozwalają mi lepiej wykonywać moją pracę, ale pod warunkiem, że recenzent ma odwagę skomunikować się ze mną osobiście oraz jego intencją nie jest wyłącznie bezinteresowna złośliwość.

19 listopada wystartował pana podróżniczy program w Travel Channel - "Niezwykłe Stany Prokopa". Czy może pan coś o tym opowiedzieć?

- Jest to zapis mojej miesięcznej podróży przez USA bez wcześniejszego planu i scenariusza. Przejechałem ponad pięć tysięcy mil, pomiędzy San Francisco a Chicago, otwierając się na przypadkowe miejsca i spontaniczne spotkania. Miałem okazję na przykład poznać nastoletnią mistrzynię rodeo, właściciela dużego sklepu z bronią, współczesną hipiskę, konstruktora robotów zabawiających publiczność w kowbojskim miasteczku, przewodniczkę w muzeum ziemniaka i dziesiątki innych, fascynujących bohaterów, których zobaczymy w programie. Jednak najbardziej jestem dumny z tego, że jest to od początku do końca moje dzieło. Nie miałem ze sobą profesjonalnej ekipy, jedynie mojego brata, który pomagał mi przy obsłudze kamer. To mój pierwszy całkowicie samodzielny program w kilkunastoletniej karierze telewizyjnej i mam nadzieję, że nie ostatni.

Maria Wielechowska

Dowiedz się więcej na temat: Marcin Prokop

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje