Krzysztof Szczepaniak: Stawać na rzęsach

Otwarcie przyznaje, że zdaje sobie sprawę z własnej plastyczności. My też. Bo Krzysztof Szczepaniak to rewelacja 9. edycji show "Twoja twarz brzmi znajomo" i, obok Anny Guzik i Jana Traczyka, jeden z jej faworytów.

Już niebawem zobaczymy Krzysztofa Szczepaniaka jako Stevena Tylera z Aerosmith

Jesteś aktorem już od jakiegoś czasu, ale byłeś znany wąskiemu gronu odbiorców, głównie widzom Teatru Dramatycznego. Jak znosisz nagłą zmianę, która chyba już nastąpiła?

Reklama

Krzysztof Szczepaniak: - Nie, nie nastawiam się na jakieś zmiany i przełomy, nic z tych rzeczy. W dodatku mam już plany teatralne na kolejne miesiące. Oczywiście, że show "Twoja twarz brzmi znajomo" jest oglądany przez rzesze ludzi i bardzo się z tego cieszę. Daje popularność już z samej racji tej wielkiej oglądalności. Ale ja, broń Boże, nie mam żadnych oczekiwań. No, może te jedyne, jakie mam, to wobec siebie. Na swoich treningach zaprowadziłem surowy reżim, widzisz, jak schudłem, zaraz mnie nie będzie (śmiech). Pracujemy bardzo intensywnie. Wysiłek jest ogromny, bo przecież przed każdą premierą mamy tylko tydzień!

- W jednym tygodniu jest się zwiewną damą z lat 60., a zaraz potem mam do zaśpiewania Rammstein. Trzeba wyrzucić do kosza wszystko, na czym się pracowało, usunąć do szufladki w mózgu i zająć się zupełnie czym innym. Nie ma czasu na wstyd w próbowaniu i na korygowanie się. Tu wszystko musi być sto procent od początku do końca. A przecież przy robieniu spektaklu mamy na to trzy miesiące. Tu musisz zaryzykować i masz wóz albo przewóz. Ten program hartuje, ale też uczy próbowania i obserwacji. Łapię się na tym, że po nagraniu kilku odcinków zwracam uwagę na szczegóły, których wcześniej nie widziałem. Na przykład teraz dopiero wiem, że każdy trzyma mikrofon trochę inaczej! Dzięki Krisowi Adamskiemu i Agnieszce Hekiert poszerza mi się spojrzenie na wiele spraw. Nasze osiągnięcia to ich zasługa!

Patrząc na twoje dotychczasowe dokonania, jak interpretacje piosenek Agnieszki Osieckiej czy rolę Mistrza Ceremonii z "Cabaretu", można odnieść wrażenie, że ten program jest stworzony dla ciebie...

- Dobrze się w nim czuję. I świetnie się bawię, bo ja bardzo lubię metamorfozy.

Wydawałoby się, że każdy aktor je lubi?

- Różnie, bo różne są style grania. Ja nie lubię stylu, który określa się jako naturalny. Uważam, że zabija wszelką wyobraźnię i aktorstwo. Jak wspomniałem, wręcz uwielbiam metamorfozy, nawet lubię nie mieć na sobie żadnego kostiumu, a być nierozpoznawalnym dzięki ruchowi, aktywności, sposobowi myślenia... Jak w "Dziwnym przypadku psa nocną porą" w Teatrze Dramatycznym. Chodzi o to, by mieć tę samą twarz, a być innym. To jest nasz jako aktorów największy sukces. A gdy dochodzą takie spektakularne rzeczy jak role, gdzie są kostiumy, za którymi człowiek się może schować i jeszcze bardziej puścić wodze fantazji na temat, jak dany twór może się zachowywać, to tym fajniej. A tu mam co tydzień coś innego. Cieszę się, że mogę sobie zbudować takie portfolio, bardzo nietypowe. Bo gdzie indziej przed trzydziestką zagrałbym Meryl Streep (śmiech)?

Charakteryzacja - ten etap daje ci w kość?

- Sześć godzin. Nie da się jeść, pijemy przez rurkę. Ja, kiedy już usiądę na fotelu, to do występu nie jem. Zresztą nie jestem w stanie. Nauczyłem się tego w szkole teatralnej, że przed występem się nie je. Bo to obciąża i rozleniwia organizm. Na pewno trzeba pić. Jem podwójne, a nawet potrójne śniadanie, siadam, no a potem dajemy czadu. To jest niesamowite - tyle godzin przygotowań, a wychodzi się na dwie minuty, bez możliwości powtórki. Tu nie da się oszukać, więc przypadkowa osoba w tym programie znaleźć się nie może. Każdy z nas staje na rzęsach, żeby jak najbardziej się zmieniać. Program jest trudny, ale daje fantastyczną satysfakcję, kiedy już możemy się obejrzeć w telewizji i widzimy, że udało się uchwycić coś z postaci, którą byliśmy. To wygląda bardzo ładnie, skocznie i prosto, ale jest okupione krwią, potem i łzami.

- Dlatego nie ma szans, żebyśmy zrobili dziesięć perfekcyjnych postaci, bo musielibyśmy być robotami. Zresztą walka i trudy mierzenia się z postacią są najciekawsze. Potem przy oglądaniu jest dużo śmiechu, ale na tym polega cała ta zabawa. Kacper nam uświadomił, że to jest najważniejsze - mieć z tego przyjemność. Wiadomo, że oceny przecież są bardzo umowne, składa się na nie mnóstwo niuansów, każdy musi dostać jedynkę. I to nie znaczy, że ktoś zniszczył zadanie, tylko że ktoś inny przeskoczył siebie. Tu nagrodą jest już sam udział.

Któreś z zadań ci nie podpasowało?

- Szukam sobie w tych zadaniach czegoś interesującego, szansy na pokazanie charakteru artysty i próbuję - z takim albo innym skutkiem. Zresztą dostajemy taki ogromny odzew od widzów, że jestem zdumiony. Można powiedzieć, że każdy z uczestników ma swoje stronnictwo, armię... Ludzie piszą, komentują, mnie ta energia dodaje skrzydeł. No i w ogóle świetnie się czujemy w swoim towarzystwie. Mam wrażenie jakbym pojechał na zieloną szkołę z fajnymi ludźmi.

Chodzisz na castingi do filmów, seriali?

- Staram się.

Pytam, bo Aleksandra Konieczna powiedziała kiedyś, że choć na castingach wypadała dobrze, to nie dostawała roli, bo nie była znana. Czyli była nieznana, bo nie była znana. Masz podobne odczucia?

- Znam tę sytuację. Uwielbiam iść na casting do roli, do której nie pasuję, a potem się okazuje, że jednak świetnie. Często lepiej niż do tej, do której teoretycznie jestem stworzony jako mały i skoczny... Lubię sytuacje, gdzie mogę pokazać coś innego niż moje emploi, nie chcę tkwić w szufladzie, chcę się rozwijać.

Chciałeś wylosować...

- Miałem trochę skocznych numerów, marzyło mi się więc coś, co do mnie na pierwszy rzut oka w ogóle nie pasuje. Marilyn Manson... Coś mrocznego, coś smutnego. Żeby cały czas nie hasać.

W "Twojej twarzy" łatwiej idą ci treningi wokalne czy taneczne?

- Lubię i te, i te. To są dwie części, które trzeba połączyć. Bo potem, jak się nauczę utworu, to na treningu ruchowym już sobie śpiewam. Od każdego z trenerów staram się zabrać jak najwięcej.

Dlaczego zostałeś aktorem?

- W przedszkolu myślałem, że zostanę archeologiem, potem, że architektem, teraz aktor... Wszystko na "a", widzisz? Poszedłem standardową nudną drogą, nie znajdziesz u mnie takiej historii, że oto siedziałem w knajpie albo oglądałem jakiś spektakl i coś mnie naszło. Nie, wiedziałem od najwcześniejszych jasełek... Zresztą pierwsza rola, którą zagrałem w podstawówce, to było Lustro Złej Królowej w "Królewnie Śnieżce". Czyli zaczynałem od nietypowych rzeczy i takie do dziś lubię najbardziej. Dalej zaliczyłem wszystkie jasełkowe czarne charaktery. No a potem gimnazjum, liceum, wtedy już było wiadomo, że szkoła teatralna.

- To u mnie poszło naturalnie, konsekwentną drogą - bo ja się dostałem do szkoły dopiero za drugim razem. Ten zawód non stop wysyła jakieś bodźce, a ja ich potrzebuję, żeby egzystować, żyć i jakoś się rozwijać. Męczy to nieraz okrutnie, ale czasami sprawia olbrzymią satysfakcję. Do kupy biorąc - jeślibyś miała zamiar mnie zapytać - nie zmieniłbym zawodu. Nie zmieniłbym na żaden inny, nigdy w życiu.

Rozmawiała Katarzyna Sobkowicz.

Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Szczepaniak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje