Reklama

Kino na Granicy. Łukasz Maciejewski: Jestem pesymistą pełnym wiary

Kino na Granicy jest jedynym festiwalem filmowym, który odbywa się w jednym mieście, ale po dwóch stronach granicy. Tegoroczny przegląd rozpoczął się 30 lipca w Cieszynie i potrwa do 4 sierpnia. - W świecie, w którym jest wiele waśni, nieporozumień, również między krajami, taka impreza, jednocząca filmowców i działaczy i nade wszystko widzów ze Słowacji, Czech, Polski, ale także z Węgier, jest budująca - podkreśla w rozmowie z Interią dyrektor programowy festiwalu z ramienia Polski, Łukasz Maciejewski.

Kino na Granicy jest jedynym festiwalem filmowym, który odbywa się w jednym mieście, ale po dwóch stronach granicy. Tegoroczny przegląd rozpoczął się 30 lipca w Cieszynie i potrwa do 4 sierpnia. - W świecie, w którym jest wiele waśni, nieporozumień, również między krajami, taka impreza, jednocząca filmowców i działaczy i nade wszystko widzów ze Słowacji, Czech, Polski, ale także z Węgier, jest budująca - podkreśla w rozmowie z Interią dyrektor programowy festiwalu z ramienia Polski, Łukasz Maciejewski.
Łukasz Maciejewski /Gałązka /AKPA

Sylwia Pyzik, Interia: Czym festiwal Kino na Granicy wyróżnia się na tle innych festiwali filmowych?

Łukasz Maciejewski: - To jest bardzo dobre pytanie, bo myślę, że trafiła pani w sedno. Wydaje mi się, że się bardzo wyróżnia. Mapa festiwali filmowych w Polsce jest naturalnie szalenie różnorodna i bardzo ciekawa. Natomiast nasz festiwal jest inny o tyle, że dbając niezmiernie o to, żeby program był atrakcyjny, żeby wszystko było profesjonalnie, żeby goście się czuli z nami dobrze, żeby widzowie czuli się również zadbani - u nas nie ma żadnego napięcia, nie ma stresów związanych, chociażby z konkursem, z nagrodami. Celowo tego unikamy. 

Reklama

- Chcemy, żeby to było spotkanie widzów ze środowiskiem, środowiska z widzami i nade wszystko spotkanie z kinem, i to jeszcze takie spotkanie poza granicami, bo sam Cieszyn jest miastem unikatowym, rzeczywiście dzielącym się na dwie części, z których jedna jest czeska, a druga polska. 

- To spotkanie na szczycie, które wymyśliła już dwadzieścia trzy lata temu sprawująca funkcję dyrektora festiwalu do dzisiaj Jolanta Dygoś, okazało się być ideą fenomenalną i coraz ważniejszą. W świecie, w którym jest wiele waśni, nieporozumień, również między krajami, taka impreza, jednocząca filmowców i działaczy i nade wszystko widzów ze Słowacji, Czech, Polski, ale także z Węgier, jest budująca. Myślę, że za to również jest kochana przez widzów. 

Jakie gwiazdy kina będzie można spotkać w czasie przeglądu Kino na Granicy?

- Poza Cieszynem organizuję bardzo wiele imprez, czy też uczestniczę w nich jako prowadzący. Doskonale wiem, jak trudno jest pozyskać duże nazwiska. Tymczasem my, jedna z biedniejszych imprez jeśli chodzi o finansowanie, nie mamy z tym w ogóle problemu. Myślę, że to wszystko się ze sobą przenika - ta swoboda, pewien luz, który ma Cieszyn, z nastawieniem wybitnych artystów. U nas czują się po prostu swobodnie - nie ma paparazzich, nie ma czerwonych dywanów i aż nie dowierzałem, gdy dzwoniłem i prosiłem takich twórców jak Zbigniew Zamachowski, Janusz Gajos, Bartek Topa, Tomasz Kot, Maria Dębska, Magdalena Łazarkiewicz, Olga Chajdas. Jest również imponująca sekcja literacka przygotowana przez Andrzeja Jagodzińskiego. Tych wielkich nazwisk naprawdę jest kilkadziesiąt, więc nie chcę nawet zaczynać, bo musiałbym wymienić je w takim natężeniu, że zajęłyby cały wywiad. 

W tym roku po raz pierwszy festiwal odwiedzi Janusz Gajos. Zapowiada się wyjątkowe spotkanie...

- Zawsze w Kinie na Granicy przygotowujemy, poza różnymi sekcjami, których jest bardzo dużo i są ciekawe, zarówno po stronie czeskiej, jak i polskiej, retrospektywę reżyserską i retrospektywę aktorską. W tym roku retrospektywa reżyserska to Andrzej Żuławski, natomiast retrospektywa aktorska to jest właśnie Janusz Gajos, nie muszę tłumaczyć dlaczego. Mówimy o jednym z najwybitniejszych, a zdaniem wielu po prostu najwybitniejszym polskim aktorze, który szczęśliwie ciągle tworzy i daje nam radość swoimi nowymi rolami teatralnymi i filmowymi. 

- Bardzo się cieszę, że pan Janusz Gajos zgodził się być z nami. Będzie spotykał się z widzami. Po seansie "Żółtego szalika", ale także po pokazie "Przesłuchania" odbędzie się otwarte spotkanie i rozmowa na temat Janusza Gajosa z artystami, z którymi współpracował, czyli m.in. Januszem Zaorskim, Olafem Lubaszenko, Dorotą Roqueplo czy Jackiem Petryckim. Wszyscy będą opowiadali o fenomenie Janusza Gajosa.

Jak pandemia wpłynęła na formułę festiwalu?

- Ubiegły rok był bardzo trudny. Dwukrotnie przekładaliśmy festiwal, organizowaliśmy go dwa razy. Pierwsza edycja miała być w maju, potem edycja sierpniowa - obie musieliśmy odwołać. W końcu festiwal po raz trzeci zorganizowany był online, ale myślę, że to nie jest wymarzona formuła dla imprezy, której fenomen polega na spotkaniu.  

- Ten program jest obfity, wydarzeń jest sporo, chcemy spotykać się w kinie. Oczywiście przy wszystkich obostrzeniach sanitarnych, których będziemy przestrzegali. Na dobrą sprawę to będzie jedna z pierwszych tak dużych imprez nastawionych na dużą widownię po lockdownie. Sami jesteśmy ciekawi, jak to wyjdzie. Ufamy, że wszystko będzie pięknie, jak co roku.

3 sierpnia w Cieszynie odbędzie się debata, której uczestnicy zastanowią się nad tym, czy widzowie powrócą do kin, by oglądać polskie filmy. Jakie jest pana zdanie na ten temat?

- Zapraszam na debatę "Quo vadis polskie kino?". Ta nazwa wynika z filmu poprzedzającego tę debatę - "Quo vadis, Aida?" (polski tytuł to po prostu "Aida" - przyp. red) Jasmili Žbanić, czyli polskiej koprodukcji nominowanej do Oscara. 

- Na razie te wyniki w kinach stacjonarnych i multipleksach, które uzyskują polskie filmy, a tych filmów jest bardzo wiele i są urozmaicone, nagradzane, komercyjne również, są daleko niezadowalające. Być może lato, być może upał, być może przede wszystkim najpierw ludzie chcą spotykać się ze sobą i wyjść do restauracji, bo przecież chodzę ulicami i widzę, że te restauracje są pełne. W teatrach też jest dobrze. Kina są pustawe, a wyniki, które generują polskie filmy, są rozczarowujące. Wierzę, że to się zmieni, bardzo chciałbym, żeby tak było. Aby ten wrzesień, kiedy będzie nowy film Wojciecha Smarzowskiego, październik, kiedy będzie film o Grzegorzu Przemyku Jana P. Matuszyńskiego, być może sprawił, że widzowie na nowo wrócą do kin, żeby oglądać polskie filmy.

- Wiele wskazuje też niestety na to, że odzwyczailiśmy się od chodzenia do kin. Kino może stać się taką elitarną rozrywką - drogą, niecodzienną. Wiele rzeczy się zmieniło. Jestem więc pesymistą pełnym wiary. 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: kino na granicy | Łukasz Maciejewski | festiwal | Cieszyn
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy