Karol Strasburger: Sława to tylko część zawodu

Karol Strasburger opowiedział o sportowych pasjach, dzięki którym w jego życiu nie ma miejsca na nudę, o kulisach powstawania „Familiady” oraz blaskach i cieniach popularności.

Karol Strasburger

Karierę zaczął rolą "polskiego Jamesa Bonda" w filmie "Agent nr 1". W "Nocach i dniach" zagrał najbardziej romantyczną scenę w historii rodzimego kina, kiedy jako zakochany Józef Toliboski rwał w stawie nenufary. Ma na koncie kilkadziesiąt ról w filmach i serialach, a od 22 lat jest gospodarzem "Familiady".

Startuje Euro 2016. Będzie pan oglądał?

Karol Strasburger: - Na pewno, chociaż nie wszystko, bo nie jestem zapalonym kibicem. Piłka nożna mnie przyciąga, kiedy jest w najlepszym wydaniu, natomiast nie jestem zwolennikiem oglądania wszystkich meczów ligowych czy międzynarodowych. Nie do końca się w tym orientuję. Wolę oglądać np. mecz tenisa czy żużel. Może dlatego jestem podskórnie tak zdystansowany do piłki nożnej, ponieważ wiążą się z nią dziwne sytuacje, m.in. to, co niedawno zdarzyło się na Stadionie Narodowym. Tworzą się wokół niej dziwne grupy. Dla mnie kibic to jest ktoś, kto kupuje bilet, przychodzi, ogląda mecz, cieszy się, jest pozytywnie nastawiony - to wszystko. Nie demoluje stadionów, nie jest agresywny wobec innych. Ja tego nie pojmuję. Do głowy by mi nie przyszło, żebym na meczu tenisowym chciał się z kimś pobić albo go obrażać tylko dlatego, że dopinguję innego zawodnika. Jak dobrze grają, cieszę się, że dostałem bilet, biję brawo, a jak źle grają i się nudzę, to wychodzę.

Sport nie tylko pan ogląda, ale też czynnie uprawia. Czy jest jakaś impreza z udziałem aktorów, na której pana nie ma?

- (śmiech) Jest - m.in. właśnie piłka nożna. Kiedyś zagrałem w meczu w drużynie aktorów, ale nie jest to moja dyscyplina. Rzeczywiście, biorę udział w wielu imprezach, startuję w powożeniu końmi, w tenisie, tenisie stołowym, zawodach pływackich czy wędkarskich. Po prostu lubię sport, fajną rywalizację, która mobilizuje do działania, aktywności fizycznej, a przede wszystkim budowania lepszej kondycji zdrowotnej. Natomiast nie jestem opętany chęcią wygrywania, zdobywania trofeów. Oczywiście zawsze jest przyjemniej wygrać niż przegrać. Ale moim zdaniem sport, jak mało co, uczy wielu wartości, szlachetnego przegrywania i wygrywania, i myślę, że z tego powodu każdemu przydałoby się trochę "liznąć sportu".

Jak pan znajduje czas na to wszystko? Aktorstwo, "Familiada", sport?

- Jestem dość poukładanym człowiekiem i próbuję nie marnować życia na głupoty. Praca jest dla mnie nadrzędną rzeczą, więc nigdy nie rezygnuję na przykład ze spektaklu teatralnego na rzecz jazdy na rowerze. Ale jednocześnie, jeżeli mam zaplanowany z dużym wyprzedzeniem turniej tenisowy czy wyjazd narciarski, wtedy próbuję zawodowe sprawy do tego dostosować. Dzięki wielu pasjom nie wiem, co to jest nuda. Czasami słyszę, jak ktoś narzeka, że się nudzi. Ja się nie nudzę. Gdy mam wolną chwilę, zawsze znajdę jakieś zajęcie. Nie rozumiem ludzi, którzy nie wiedzą, co zrobić z wolnym czasem.

Reklama

A "Familiada" nie znudziła się po tylu latach?

- Nie, bo pracą też się nie nudzę. Może gdybym zajmował się tym codziennie od rana do wieczora przez 20 lat, tak by się stało, ale mam cykle zdjęciowe, więc nie odczuwam znużenia . Dobrze jest, kiedy robimy zawodowo to, co lubimy, i ja jestem w tej szczęśliwej sytuacji. Przede mną przerwa wakacyjna, na dwa miesiące zapominam zatem o programie. Jak się zacznie we wrześniu sesja do kolejnych nagrań, to cóż, będę musiał przypomnieć sobie pewnie regulamin i zasady programu. (śmiech)

Jak powstaje "Familiada"?

- Program rodzi się na miejscu, dużo jest improwizacji, co daje mi przyjemność i pewnie jest przyczyną, że program przez 22 lata świetnie funkcjonuje. Samo nagranie, jeśli wszystko idzie dobrze, trwa godzinę - półtorej. Reszta to przygotowania. Muszę zapoznać się z opisem drużyn, żeby coś o nich wiedzieć - skąd przyjechali, czym się zajmują. Chwilę też myślę nad "sucharem", który powinien się pojawić... bo jakby miało go nie być (śmiech).

Lubi pan być sławny? To utrudnia czy ułatwia życie?

- Nie zwracam na to specjalnie uwagi. Życie ułożyło mi się dość dobrze - kiedy kończyłem szkołę teatralną, zagrałem w filmie "Agent nr 1", który przyniósł mi popularność. Potem pojawiały się role, które ją utrzymywały i rozwijały. Zawsze mi towarzyszyła, więc się do niej po prostu przyzwyczaiłem. Ale nie ma to dla mnie znaczenia, to jest przypisane do zawodu. Zwykle jest to sympatyczne, kiedy obcy ludzie mówią "dzień dobry", uśmiechają się, gratulują ról. Czasami jednak, kiedy ktoś wulgarnie dogaduje, wolałbym nie być rozpoznawany. Więcej jednak spotyka mnie miłych sytuacji, za które serdecznie dziękuję moim fanom.

Maria Wielechowska

Zobaczcie memy z Karolem Strasburgerem w roli głównej!

Dowiedz się więcej na temat: Karol Strasburger

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje