Hubert Urbański: Telefon od przyjaciela

Już za niecały miesiąc, 13 lutego, na antenę stacji TVN powraca teleturniej, „Milionerzy”. A wraz z nim Hubert Urbański. Gospodarz zdradza, że tym razem droga do głównej wygranej będzie krótsza. Jednocześnie opowiada, dlaczego nie martwi się o uczestników, którzy zdobywają w programie duże sumy.

Hubert Urbański

Gdy padła propozycja prowadzenia nowej edycji, wahał się pan? wykonał telefon do przyjaciela?

Hubert Urbański: - To był telefon od przyjaciela. Zadzwonił do mnie producent, Jan Kępiński z informacją "tajne przez poufne", że coś się kroi i jesteśmy bliżej powrotu na antenę niż kiedykolwiek wcześniej. Ucieszyłem się, ale pomyślałem też: "Spokojnie. Poczekamy, zobaczymy". Reaktywowanie programu to nie jest prosta sprawa. Musi się zbiec wiele czynników.

Kiedy startują zdjęcia?

- Za kilka dni. Już nie mogę się doczekać, bo to tak, jakbym znowu zaczął śnić to, co kiedyś.

Ma pan tremę?

Reklama

- Jak zawsze. Nagraliśmy setki odcinków "Milionerów" i nawet kiedy po miesiącu znów wchodziłam do studia, by nakręcić kolejne, towarzyszyła mi trema. Długa przerwa w emisji spowodowała, że teraz jest ona większa.

Zasady gry się zmienią?

- Droga do miliona będzie krótsza - tym razem wystarczy odpowiedzieć na 12 pytań. Reszta pozostaje bez zmian. Program nadal bazuje na kilku świętych regułach: by wygrać, trzeba być najszybszym w konkurencji wstępnej, czas na odpowiedź jest nieograniczony i z każdym kolejnym pytaniem jest coraz więcej do stracenia.

- Paradoks polega jednak na tym, że uczestnik, siadając naprzeciwko mnie, ma zero złotych, ale za chwilę w sposób wirtualny, bo nadal przecież gra, nagle zdobywa kilkadziesiąt czy kilkaset złotych i myśli sobie: "Czy warto zaryzykować dla większej sumy?". A przecież dowcip tkwi w tym, że tych pieniędzy wcale jeszcze nie ma, na razie są one tylko pikselami na monitorze. Dopiero później zmieniają się w realną gotówkę. Ludzie ryzykują więc coś, czego tak naprawdę jeszcze nie mają albo nie chcą stracić czegoś, czego jeszcze nie mają.

Po kilku edycjach potrafił pan sklasyfikować uczestników?

- Z czasem tak i przyznam, że pozory mylą. Powtarzam banał, ale tak jest. Wiem to i z tego programu, i z życiowego doświadczenia. Na potrzeby codzienności klasyfikujemy ludzi, oczywiście powierzchownie, i najczęściej się mylimy. To sprawdza się w przypadku "Milionerów". Niepozorni czasami pozostawali niepozorni do końca, a czasami budził się w nich tygrys. W przypadku osób sprawiających wrażenie pewnych siebie niekiedy po kilku pytaniach okazywało się, że tak naprawdę walczą o nową pralkę czy wyjazd na wczasy z żoną. Nie potępiam tego. Każdy stawia sobie inne cele. Uważam że warto w tym teleturnieju zagrać o wszystko.

Zdarza się jeszcze, że gdy zamawia pan kawę...

- ...non stop słyszę: "Ale czy jesteś pewien?", "To ostateczna decyzja?". To za każdym razem bardzo miłe. Świadczy też o tym, że "Milionerzy" mocno zapadli w pamięci widzów, zarówno ze starszego, jak i młodszego pokolenia.

Gdyby to pan wygrał milion, na co przeznaczyłby te pieniądze?

- Nie lubię mówić o rzeczach, na które nie mam szans. Nie zagram przecież sam ze sobą. Czytałem reportaże o ludziach, którzy wygrywali duże pieniądze w grach losowych. Rzadko się o tym mówi, a moim zdaniem, odpowiedzialność za pieniądze, które się wygrywa, jest ważna. Zdobyć je to jedno, umieć nimi zarządzać to drugie. Wielkie pieniądze zmieniają przecież ludzi i ich życie. O uczestników "Milionerów" akurat się nie martwię - u nas, żeby wygrać, trzeba wykazać się inteligencją i otwartą głową. To dobrze rokuje.

M. Pokrycka

Dowiedz się więcej na temat: Hubert Urbański | Milionerzy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje