Hubert Urbański: Padnie dziś milion?

Pytanie za milion złotych: Czy dziś padnie milion? /Mirosław Sosnowski /TVN

„Nie wiem. I co z tego?” – to nowa grupa zawodników teleturnieju. Jednak nie oni budzą wielkie emocje. Niemal po każdym odcinku wybucha dyskusja na temat pytań.

Reklama

Padnie dziś milion?

Hubert Urbański: - Nie mogę powiedzieć. Zresztą nawet nie wiem, kiedy dany odcinek idzie do emisji. A sam nie mam telewizora, więc nie oglądam na bieżąco "Milionerów".

Człowiek, który żyje z telewizji, nie ma telewizora?

- To, co mnie interesuje, oglądam w sieci. Przede wszystkim nie współuczestniczę w wydarzeniach telewizyjnych. Choć te wielkie są coraz rzadsze. Chyba ostatnim, które zgromadziło miliony przed telewizorami, był skok ze stratosfery Felixa Baumgartnera. Mecze piłkarskie czasami mają dużą widownię, ale to sport... Co by teraz mogło zjednoczyć ludzi przed telewizorami? Oczywiście nie mam na myśli katastrofy czy wojny...

Lądowanie kosmitów.

- Albo człowieka na Marsie.

A na razie coraz więcej osób ogląda "Milionerów". Niektóre pytania są zaskakujące.

- Takie powinny być. Ja mam wrażenie, że najwięcej zamieszania jest przy pytaniach politycznych, bo hasło "polityka" podnosi ciśnienie każdemu. Dochodzimy do jakiegoś progu paranoi. Padło pytanie: "Jakiego języka uczyła pierwsza dama Agata Duda"? Było interpretowane przez media społecznościowe jako zjadliwe pytanie polityczne. Dziś wystarczy powiedzieć słowo klucz związane z polityką i nagle część mówi: "Brawo!", a część: "Jak tak można! Skandal! Hańba!".

Emocje budzą też te dotyczące show-biznesu. Jak Kim Kardashian nazwała dziecko? Ja akurat wiem, bo to moja praca.

- Masa ludzi wie, choć nie jest to wiedza do czegokolwiek potrzebna.

A pytanie o "Ucho Prezesa"? Przecież są ludzie, którzy nie mają dostępu do internetu.

- Ci, którzy biorą udział w teleturnieju, zgłosili się przez internet. To znaczy, że mają dostęp. Nie wiem, ile osób ogląda "Ucho Prezesa"...

Każdy odcinek ma kilka milionów odsłon.

Reklama

- Czyli wystarczająco dużo, żeby nie uważać go za program niszowy. Pytania do "Milionerów" to temat jak wielka księga. Jeśli ją otworzymy, to do końca tygodnia nie zakończymy rozmowy. Z pytaniami zawsze jest tak, że budzą wątpliwości, emocje, chęć do dyskusji. Komuś pasuje, komuś nie pasuje, ktoś zna odpowiedź, ktoś nie zna. A jeśli weźmiemy pod uwagę, że ma to przełożenie na pieniądze, to mieszanka wybuchowa gotowa. Jestem już przyzwyczajony do takich rozmów. Pytania muszą spełniać jeden warunek: mają być wiarygodne. A czy dotyczą polityki, Kardashianek lub geografii Bliskiego Wschodu, to jest już pole do dyskusji nieograniczone niczym.

"Milionerzy" zadebiutowali 18 lat temu. Czy zawodnicy przez ten czas zmienili się?

- Jest więcej kobiet. Kiedyś w dziesiątce były dwie czy trzy kobiety. Teraz w każdej szóstce jest mniej więcej po równo. Zawsze zastanawiałem się, z czego to wynikało.

Podobno mężczyźni są bardziej pewni siebie.


- Taki jest stereotyp, choć ja akurat nie mam takiego poczucia. W każdym razie zauważam tę zmianę. Mam też wrażenie, że startujący są teraz młodsi. No i pojawiła się nowa kategoria zawodników, której chyba wcześniej nie było: "Nie wiem. I co z tego?". Ktoś nie zna odpowiedzi i nie ma z tym najmniejszego problemu. Chyba kiedyś było więcej skrępowania z tego powodu. To może dotyczyć np. pytania, co jest stolicą Peru czy wiedzy uważanej powszechnie za podstawową, ale może też dotyczyć tego, jak ma na imię dziecko Kardashianki. Tego też można nie wiedzieć. I co z tego? Dzisiaj zawodnicy mają mniej kompleksów.

Nieznajomość pewnych odpowiedzi w zasadzie może być powodem do dumy.

- Ma pani rację. Jeśli ktoś nie wie, jak się nazywa dziecko Kardashianki, to na mojej liście zajmuje wysoką pozycję, a jeśli nie wie, kto to jest Kim Kardashian, to u mnie jest na podium.

Zawodnicy zawsze przed grą mówią, na co wydaliby wygrany milion. Jak pamiętam, w poprzednich edycjach te marzenia były dość ograniczone: podróż dookoła świata i remont domu.

- Ponieważ ja statystycznie dużo częściej o to pytam w loterii Radia RMF, to tam numerem jeden jest remont domu, potem długo, długo nic i potem dopiero się zaczynają wariacje na temat wakacji. W "Milionerach" najczęściej coś jest o podróżach. Tak jakby to miał być złoty środek na odmianę swojego życia, pewnie zgodnie z myślą, że podróże kształcą. Tyle że zapominamy dodać, że podróże kształcą tych, którzy już są wykształceni. Natomiast ze względu na to, że jest to początkowa faza gry, a deklaracje na temat wygranej są elementem rozmowy rozpoznawczej, nie wyciągałbym daleko idących wniosków.

Czy pan porównuje siebie z pierwszej edycji i z tych aktualnych?

- Odczuwam to tak, jakby się zrobiło zdjęcie przed budynkiem swojej podstawówki w pierwszym dniu nauki, a potem przyszło i zrobiło zdjęcie trzydzieści lat później. Budynek jest ten sam, ale człowiek już inny. Wchodzę więc starszy do tej samej dekoracji, bo jest niemal identyczna, chociaż technologicznie poszło to wszystko do przodu niewyobrażalnie...

Co to znaczy?

- Wszystko jest jeszcze bardziej płynne i efektowne. Podam przykład. W studiu podłoga jest przeźroczysta. Pod nią zawsze były reflektory. W poprzednich edycjach były to naprawdę reflektory, które wydzielały ciepło, co powodowało nagrzewanie się podłogi. W studiu było więc gorąco. Czasami przepalała się jakaś lampa, trzeba było przerywać nagranie, wyjmować panele, wymieniać żarówki. Dziś są tam paski grubości palca, ułożone w girlandy i one świecą tak, jak się komu zamarzy. Zmieniają się kolory, świecą jednolicie jak reflektory samochodowe, migocą jak lampki na choince albo się przelewają kolory tęczy jak na Times Square. To wszystko odbywa się za dotknięciem jednego guzika. A przy tym wygląda to niepozornie, jakby było kupione na bazarku pod blokiem. Technologia zrobiła wielki krok do przodu. A przecież jeszcze niedawno kręciliśmy na Chełmskiej, w blaszaku, bez klimatyzacji. W lecie nagrzewało się to jak piekarnik.

Zmieńmy temat. Ogląda pan nowego "Agenta..."?

- Sporadycznie, ale śledzę program na Instagramie, więc wiem, jaki jest stan rzeczy, kto i kiedy odpadł.

Wie pan, kto jest Agentem?

- Tak!

Skąd?

- Inaczej - mam swój typ. Mnie się wydaje, że wiem, ale na nosa, na wyczucie strategii stacji, z tego, jak się ta osoba zachowuje, jak się w różnych sytuacjach grupowych odnajduje. Aczkolwiek jeśli się pomylę, to sobie nie odetnę ręki.

Czy pan jako Agent był zdany tylko na siebie? Wiedział pan, jakie będą zadania?

- Nie mogę powiedzieć.

No wie pan?!

- Przede wszystkim wiem, co mam napisane w kontrakcie. Mogę powiedzieć tyle, że jest to rodzaj pracy grupowej. To nie jest tak, że przyjeżdżam na miejsce, dowiaduję się, że jestem Agentem, i hulam na własną rękę. Każdy tajny współpracownik, z tego co pamiętam z tych wszystkich historii szpiegowskich, miał swojego prowadzącego. Ja też miałem.

To była fajna przygoda?

- Super. Ciekawe było wziąć udział w takim projekcie właśnie jako współpracownik - to raz. A dwa: nigdy nie byłem w tej części Afryki. Dostałem miesiąc takiego intensywnego bycia tam, niby było dużo pracy, ale jednak mieliśmy okazję sporo zobaczyć. No więc tak, podwójnie tak.

Iwona Leończuk

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Hubert Urbański | Milionerzy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje