​Elżbieta Dzikowska: Święta spędzałam zawsze na wolności

- Z moim mężem, Tonym Halikiem, łączyła mnie miłość i praca, a to dwie największe siły, które napędzają do życia – mówi nam Elżbieta Dzikowska. Znana podróżniczka i dziennikarka niedawno skończyła 80 lat i ani myśli o emeryturze.

Elżbieta Dzikowska i zdjęcia jej autorstwa (2015)

Elżbieta Dzikowska urodziła się 19 marca 1937 roku w Międzyrzecu Podlaskim. Jest historykiem sztuki, sinologiem, reżyserem i operatorem filmów dokumentalnych, a także autorką licznych książek o podróżach. Honorowa obywatelka Sanoka, Opola, Głowna i Międzyrzeca Podlaskiego.

Reklama

Ze swoim mężem, podróżnikiem Tony Halikiem przeżyli wspólnie 23 lata [zmarł w 1998 roku - red.]. Razem prowadzili program "Pieprz i wanilia". - Traktowaliśmy go jak misję, by pokazywać Polakom świat - wspomina Elżbieta Dzikowska.

Obchodzi pani Święta Wielkanocne?

- Obchodzę, ale nigdy nie wiem, gdzie. Ostatnio najczęściej w Bieszczadach, w Ustrzykach Górnych, gdzie mam bezterminowo przyznany pokój w Hotelu Górskim.

Spędzała też pani święta na Wyspie Wielkanocnej.

- Raz z Tonym Halikiem, a drugi raz z przyjaciółmi. To niezwykłe miejsce ze względu na wspaniałe posągi moais i zwyczaje wielkanocne, które są związane z dawnymi obrzędami, bo zachowała się tam jeszcze muzyka polinezyjska - i w święta w kościele można ją usłyszeć. Składa się wtedy ofiary: kwiaty, owoce, ciasta i połcie zabitych zwierząt. A na święcone przygotowuje się tuńczyka. Najpierw grzeje się kamienie, potem kładzie się na nich rybę, dokładane są zioła i banany. Wszystko przykrywa się gałęziami i piecze. Tym święconym zajmuje się tylko jedna osoba - najbogatszy człowiek na wyspie. Filmowaliśmy to i pokazywaliśmy w jednym z odcinków programu "Pieprz i wanilia". Bogacz wszystkich zaprasza i każdy dostaje porcję. Pamiętam, że ksiądz, który święcił pokarmy, przyjechał na białym koniu.

A inne wspomnienie ze świąt?

- Zdarzyło mi się je spędzić w Namibii, gdzie nie ma kurzych jaj. Wreszcie zdobyliśmy jajka strusie. Trudno było je ugotować, a potem rozbić. Ale w końcu podzieliliśmy się. Jedno wystarczyło dla pięciu osób.

Jaka potrawa kojarzy się pani z Wielkanocą?

- Babka i zimne nóżki, które zawsze przyrządzała moja babcia. Do tej pory przygotowuję tę galaretę! Jako najstarsza w rodzinie, gromadzę u siebie w Niedzielę Palmową rodzinę z całej Polski.

Chciałabym wrócić do czasów dzieciństwa. Podobno pani była zawsze bardzo zdolnym dzieckiem.

- A, tam! Ale gdy miałam sześć lat, poszłam do pierwszej klasy, a potem trzecią i czwartą zrobiłam w jednym roku. Mając 12 lat, poszłam do liceum, a 16 - na Uniwersytet.

Ale w wieku 15 lat...

- ... zostałam aresztowana za działalność antykomunistyczną. Przesiedziałam kilka miesięcy na Zamku w Lublinie, tam, gdzie Niemcy rozstrzelali mojego ojca. Jednak w związku z tym, że jestem w czepku urodzona, przyszła amnestia i mnie ułaskawiono. Wyszłam 16 grudnia, przed Bożym Narodzeniem, tak więc święta spędzałam zawsze na wolności. (śmiech)

Trudno się było potem dostać na studia.

- Oczywiście, nikt nie chciał mnie przyjąć. Ale przyjechałam do komisji odwoławczej i ją przekonałam, że gdzie indziej nie mam szans. Ulegli i pozwolili mi zdawać egzamin. Tak dostałam się na filologię chińską.

Myślała pani wtedy, że wykorzysta studia, by podróżować?

- A gdzie tam! Nawet nie marzyłam wtedy o podróżach! Potem, po cichu, owszem, pomyślałam, że wspaniale byłoby wyjechać, bo żeby marzenia się spełniały, to najpierw trzeba je mieć. I trzeba chcieć, nie rezygnować. W 1956 roku, gdy przyszła odwilż, pojechałam do Chin na kilka tygodni. To była trudna podróż, źle znosiłam lot. Do dzisiaj, kiedy pytają, czego najbardziej boję się w życiu, odpowiadam: chamstwa i turbulencji.

Pani w ogóle nie lubi podróży i to jest dość zaskakujące.

- Dlaczego? Mnie interesuje cel. Podróże są uciążliwe. Wybieram się w czerwcu po raz 13. do Peru i mam przed sobą podróż, która trwa dwadzieścia parę godzin, a ja nigdy nie śpię w samolocie, więc będę zmęczona. Ale na miejscu poczuję się lepiej, bo przejadę się pociągiem Malinowskiego. Jestem szczęśliwa, że udało mi się doprowadzić do wzniesienia jego pomnika na przełęczy Ticlio, 4818 metrów nad poziomem morza. Potem polecę do Cuzco, a dalsze etapy podróży zaliczę pociągiem i na koniu, m.in. do Vilcabamby, ostatniej stolicy Inków, w której byliśmy pierwszymi Polakami.

Bywało niebezpiecznie?

- Zdarzyło się, że koń mnie zrzucił i ciągnął za sobą kilkadziesiąt metrów wzdłuż przepaści. Mąż był tak przerażony, że nie zrobił zdjęcia, czego potem nie mógł sobie darować. Takie jakieś drobiazgi...

Peru pociąga panią ze względu na swoje przedkolumbijskie cywilizacje, ale w Meksyku było romantycznie. Tony Halik witał panią z muzykantami.

- Tyle że oni nie grali naprawdę, Tony miał muzykę nagraną na taśmę! On był taki "koko loko" - szalony, miał dużą wyobraźnię. Jednak, gdy go pierwszy raz zobaczyłam w telewizji, to powiedziałam "jaki śmieszny facet" i wyłączyłam odbiornik. Nie myślałam, że to z nim spędzę 23 szczęśliwe lata życia.

Niesamowite, że pani były mąż zaprosił Tony'ego na kolację!

- Chciał wiedzieć, komu mnie przekazuje! Moje rozstanie z Andrzejem Dzikowskim odbyło się w bardzo elegancki sposób. Byliśmy w poprawnych stosunkach i mogliśmy zawsze na sobie polegać. Na tej kolacji były pierogi i barszczyk, za którymi Tony przepadał, chyba też sernik. Andrzej świetnie gotował.

Co najchętniej przywozi pani z podróży?

- Dzieła sztuki etnograficznej, ale też m.in. najcięższą biżuterię na świecie, czyli perak. To ozdoba z indyjskiego stanu Ladakh zwanego Małym Tybetem. Z tyłu sięga do pasa, z przodu zachodzi na czoło, taki pas wyszywany turkusami, perełkami, koralami, ma "uszy" z karakułów. Przywiozłam też dużo biżuterii z plemion południowochińskich, pięknie inkrustowane kindżały z Jemenu, stroje z Ameryki Łacińskiej. Wszystko to po śmierci Tony'ego ofiarowałam Muzeum Podróżników im. T. Halika w Toruniu, ul. Franciszkańska 9/11, zapraszam. O naszych podróżach można przeczytać w książce Mirosława Wlekłego "Tu byłem. Tony Halik".

Pani Elżbieto, czy w pani słowniku jest słowo "emerytura"?

- Nie ma. Formalnie jestem na emeryturze, ale to oznacza, że mam więcej czasu na pracę!

Rozmawiała Katarzyna Ziemnicka

Dowiedz się więcej na temat: Elżbieta Dzikowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje