Cezary Żak: Dla swojej satysfakcji

Marzy o tym, by ponownie stanąć przed kamerą. Póki co Cezary Żak znowu bawi się w jurora programu "The Brain. Genialny umysł".

Cezary Żak na planie programu "The Brain. Genialny umysł"

Czy już się pan przybliżył do granic ludzkiego umysłu?

Reklama

Cezary Żak: - O nie! A po tym, co widzę podczas nagrań programu, sądzę, że długo jeszcze się nie zbliżę. Mamy do czynienia z ludźmi o nieprawdopodobnych umiejętnościach, którzy je jeszcze ćwiczą na co dzień. Ja się mogę pochwalić, że szybko zapamiętuję tekst, co mi się przydaje w zawodzie, ale nie umiem szybko liczyć, nie mam idealnego słuchu ani innych podobnych zdolności. Jestem więc pełen podziwu dla tych ludzi. Zwłaszcza że na co dzień im się te umiejętności nie przydają albo przydają się w małym stopniu. Oni doskonalą je głównie dla własnej satysfakcji. I to jest piękne.

To jest fantastyczne, że w wyrachowanym świecie ktoś robi coś tylko z potrzeby serca!

- Był człowiek, który potrafił czytać od tyłu, ale to, czym nas naprawdę powalił, to gdy zaczął śpiewać od tyłu. Nauczył się nie tylko tekstu piosenki od tyłu, ale i nut od ostatniej do pierwszej. I zaśpiewał. On mówi, że jedyną korzyścią z tego są jego sukcesy towarzyskie na imprezach.

Dodajmy, że ludzie nie rodzą się z takimi umiejętnościami.

- To potwierdzają przypadki dzieci, których tu jest dużo. Ich rodzice mówią, że na pewnym etapie życia dziecka wyłapują te ponadprzeciętne umiejętności. Idą w to, zachęcają dziecko, żeby je rozwijało. To jest ważne. Dziś był chłopiec, który potrafi przeczytać ze zrozumieniem 14 stron maszynopisu w dwie minuty. Oczywiście nie zapamiętuje poszczególnych słów, ale potrafi opowiedzieć historię, którą przeczytał przed chwilą. Rodzice czytali mu od dziecka. Ja nawet zwróciłem na to uwagę i zaapelowałem do rodziców przed telewizorami: Czytajcie!

No właśnie. To kolejny dowód na to, że warto czytać dzieciom.

- Oni zaczęli czytać dwulatkowi. Gdy miał 4 czy 5 lat zaczął czytać sam i chętnie sięgał po książki. I tak mu zostało do dzisiaj. Oczywiście potem zapisali go na kurs szybkiego czytania, ale podstawą była chęć czytania.

Który zawodnik zaskoczył pana najbardziej?

- "Wow!" powiedziałem przy pani, która potrafiła w orkiestrze symfonicznej wyłowić trzy instrumenty, które na chwilę przestały grać. Bezbłędnie wskazała również kolejność, w jakiej zamilkły. Oczywiście robią też wrażenie dzieci, które potrafią liczyć z szybkością karabinu maszynowego. Mateusz Gola, nasz ekspert, tłumaczy, że normalny człowiek, gdy liczy, powtarza sobie liczby w głowie, a oni widzą całe działania albo tylko wyniki.

Usiłowałam to sobie wyobrazić, ale mnie to przerasta.

- Mnie też. Technik pamięciowych jest cała masa i można je ćwiczyć. Wszystko jest do wyćwiczenia. Tylko pytanie, czy nam się to w życiu przyda i czy chcemy nad tym pracować.

Macie nowego jurora. Słyszałam, że pan się świetnie z nim dogaduje, choć żyjecie w różnych światach. Czy jest w panu ciekawość wirtualnego świata?

- Żadna. Ja owszem jestem człowiekiem, który jest w internecie. Nawet zaglądam codziennie i właściwie już nie kupuję gazet, ale aż tak bardzo mnie to nie wciąga.

Konto na Facebooku pan jednak ma i sam je prowadzi.

- Broniłem się przed Facebookiem wiele lat. Gdy jednak powstał siódmy czy ósmy mój fałszywy profil, stwierdziłem, że nie będę czytał treści, które ktoś pisze w moim imieniu. Założyłem swój profil i tyle. Nie jestem bardzo aktywny. Piszę o rzeczach, które mnie naprawdę zajmują i są dla mnie istotne. Wielu rzeczy się przy okazji dowiedziałem o sobie. I to zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych.

Komentarze bywają niefajne.

- Po mnie to spływa. Moja żona przeżywa niepochlebne opinie na mój temat, szczególnie te po moich wpisach dotyczących polityki, których nie jest za dużo. Najbardziej się zdziwiłem, gdy się sfotografowałem z kartką z napisem "Nobel dla WOŚP". To było jedno z moich pierwszych wejść na Facebooku. Z przerażeniem patrzyłem na falę krytyki, która się wylała pod moim adresem, że kogo ja popieram, że gdzie są te pieniądze... Ludzie kompletnie nie są na tak - ogólnie rzecz ujmując. Oceniają natychmiast. Zwłaszcza tych, którzy odnieśli sukces.

Wielu artystów stara się nie wypowiadać o polityce, żeby nikomu się nie narazić i nie stracić przez to ewentualnej pracy. Mój ukłon dla pana za odwagę!

- Ja nie mam czego stracić. Już skończyłem serial dla TVP i nie zanosi się na jakąkolwiek współpracę. Dostałem propozycję sitcomu, ale był tak okropnie napisany, że odrzuciłem. Żałuję, bo tęsknię za kamerą, zresztą sporą część życia zawodowego spędziłem przed kamerą. Teraz gram tylko w teatrze, co prawda dużo, ale teatr jest trudny i im jestem starszy, tym teatr jest dla mnie trudniejszy.

Czemu?

- To jest niełatwe do określenia, ale przede wszystkim odpowiedzialność rośnie z wiekiem. Gdy w 1997 roku przyszedłem na etat do Teatru Powszechnego, zapytałem Franciszka Pieczkę, dlaczego się tak denerwuje przed premierą. On wówczas miał 40 lat stażu. 'Chłopcze, jeszcze parę lat i będziesz dokładnie w tym miejscu, co ja' - powiedział. To prawda. Odpowiedzialność jest znacznie większa. Przed kamerą jestem panem siebie, a w teatrze to są kompromisy wobec kolegów, reżysera, scenografów, kostiumów. A do tego proszę pamiętać, że w teatrze wielkich, spektakularnych sukcesów prawie się nie odnosi.

Zwłaszcza teraz!

- Czytałem biografię Gustawa Holoubka. Kiedy zapytano go o jego najlepsze role, odpowiedział, że wybitną zagrał może jedną w życiu. Było kilkanaście bardzo dobrych, a reszta to role przeciętne. I tak jest w teatrze, najwięcej gramy takich ról. Im aktor jest bardziej tego świadomy, tym to jest mniej przyjemne.

Rozmawiała Iwona Leończuk.

Dowiedz się więcej na temat: Cezary Żak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje