"Pianista": Sukces Polańskiego w cieniu słabych recenzji

Roman Polański na planie "Pianisty" /Everett Collection /East News

Dokładnie 15 lat temu, parę miesięcy po zdobyciu Złotej Palmy na festiwalu w Cannes, na ekranach polskich kin zadebiutował "Pianista" Romana Polańskiego. Uznawany dziś za jeden z najwybitniejszych obrazów reżysera, spotkał się z wtedy z zaskakująco chłodną reakcją prasy.

Mam uwierzyć w Chopina?

Reklama

"O filmie Romana Polańskiego od czasu jego premiery powiedziano tak wiele, że było powszechnie wiadomo, co na jego temat należy sądzić i odczuwać. Wielkość tego filmu zatwierdzono z góry - a Złota Palma przypieczętowała ją w oczach opinii. Miałem jednak ten luksus, że oglądałem 'Pianistę' na festiwalu, gdzie ocenia się filmy samodzielnie, nie oglądając się na nikogo. W Cannes na szczęście jest się wyłączonym spod przemożnego wpływu kampanii promocyjnych, które wszędzie indziej zaczynają zastępować krytykę" - pisał we wrześniu 2002 roku Tadeusz Sobolewski.

Recenzent "Gazety Wyborczej" już w relacji z majowego festiwalu w Cannes, zanim jeszcze stało się jasne, że Polański wyjedzie z Francji ze Złota Palmą, dawał wyraz swej rezerwie w stosunku do "Pianisty". Chłodno o filmie Polańskiego pisali także na gorąco inni wysłannicy polskiej prasy: Barbara Hollender ("Rzeczpospolita") i Zdzisław Pietrasik ("Poityka").

Reklama

Według Tadeusza Sobolewskiego, problemem "Pianisty" jest brak wyrazistego bohatera oraz sentymentalny finał.

"Film kończy się uśmiechem Władysława Szpilmana, pochylonego nad klawiaturą, grającego Wielkiego Poloneza - oto punkt dojścia, triumfalna puenta 'Pianisty'. Dopiero wtedy idzie czołówka filmu, jakby pod zamierzone oklaski. Ale czegoś ważnego brak: bohatera, który dzieliłby się ze mną swoim przeżyciem. Na dobrą sprawę, nic o tym filmowym Szpilmanie nie wiem" - notował kilka miesięcy po canneńskim pokazie Sobolewski.

"Mam uwierzyć w Chopina? Docenić tę pochwałę własnego talentu, jako jedynej rękojmi? Jestem świadkiem wielkiej wyprzedaży biografii, która z pewnością spełni edukacyjną rolę - tylko nie jestem pewien, co to wszystko znaczy. Jej mit wydaje się pusty" - wyrokował krytyk w swej rubryce w miesięczniku "Kino".

Korepetycje z holocaustu

Inni krytycy rozczarowani byli również tradycyjną formą filmu Polańskiego. Wiesław Kot z "Newsweeka" docenił jakość kilku scen, cały film wydał mu się jednak tylko szkolnym brykiem z historii.

"'Pianista' zaczyna się obiecująco. Życie w getcie Polański pokazuje w krótkich, mistrzowskich ujęciach: dziecko próbuje ocucić ojca, który na chodniku kona z głodu. Obok przenośny stragan z pieczywem, spowity gęsto w drut kolczasty - by po towar nie sięgnęło żadne z dzieci, wystających tu godzinami i tępo gapiących się na chleb. Chwilę później oszalały z głodu żebrak rzuca się na kobietę, która niesie pełną menażkę - kiedy zupa rozlewa się na ulicę, napastnik rozpaczliwie zlizuje ją z asfaltu. Te sceny na pewno przejdą do historii kina. Podobnie jak sekwencja, w której reżyser zobrazował poszczególne fazy zagłady narodu żydowskiego" - pisał Kot w recenzji "Korepetycje z holocaustu".

Recenzent "Newsweeka" zarzucił jednak Polańskiemu komercyjny ukłon w stronę zachodniej publiczności.

"Gdyby 'Pianista' składał się wyłącznie z tak wyrazistych scen, nie pozwoliłby wymazać się z pamięci. Polański jednak obawiał się, że ponura opowieść, rozgrywająca się pół wieku temu w okupowanej Polsce, nie ściągnie zachodnich widzów do kin, rzucił więc dzieje Szpilmana na szerokie tło historyczne. W rezultacie zamiast dziejów żydowskiego muzyka usiłującego przetrwać w nieludzkim świecie, otrzymaliśmy filmowe korepetycje z wojny i holocaustu dla młodzieży gimnazjalnej. Korepetycje - trzeba przyznać - solidne" - napisał Kot.

Recenzent "Newsweeka" uważa, że dzieło Polańskiego z powodzeniem mogłoby zastąpić w szkolnym programie nauczania lekcję historii.

"W rezultacie otrzymaliśmy film złożony z haseł, przypominający szkolny bryk. To prawda, że ich zasób jest szeroki, ale też wyjątkowo płytki. Bohaterowie pojawiają się przed kamerą na krótko, wygłaszają skromną kwestię i natychmiast znikają. Przypomina to odhaczanie kolejnych tematów w szkolnym programie historii. Uczeń może je lepiej lub gorzej wyrecytować - a potem spokojnie pójść pograć w piłkę" - zastrzegł recenzent.

Brody tylko snuje się po ekranie

Rozczarowana po seansie "Pianisty" była także recenzentka "Filmu" - Elżbieta Ciapara.

"O odbiorze 'Pianisty' w Polsce w znacznym stopniu przesądza Złota Palma, którą zdobył w Cannes. To oczywiście ważna nagroda. Ale pośród euforii, która nas ogarnęła, rodzi się pytanie: czym 'Pianista' sobie na to wyróżnienie zasłużył? Chciałabym napisać, że wszystkim. Że to arcydzieło, film wybitny, jeden z tych, które tworzą historię kina. Ale tak nie jest" - rozpoczęła swą recenzję na łamach branżowego magazynu "Film".

Według Ciapary, największym problemem filmu Polańskiego jest "nijaki bohater".

"Nie da się ukryć, że rola Szpilmana po prostu przerosła Adriana Brody'ego. Powinien był ją zagrać aktor, który nawet nic nie mówiąc i nic nie robiąc, potrafi zbudować wokół siebie aurę napięcia. Ktoś na miarę Tadeusza Łomnickiego. Tymczasem Brody tylko snuje się po ekranie" - zauważyła recenzentka.

Według niej "Pianista", co zaskakujące w kontekście dotychczasowej twórczości Polańskiego, to kino "tradycyjne w sposobie narracji i inscenizacji".

"Zabrakło w 'Pianiście' artystycznego temperamentu Polańskiego, jego drapieżności, tego wszystkiego, dzięki czemu potrafił ożywić skostniałe i ograne filmowe konwencje. Pamiętacie, co zrobił z filmem 'Chinatown'? Tymczasem 'Pianista' to kino tak solidne i poprawne, że aż pozbawione indywidualnego stylu. Mógłby go podpisać właściwie każdy hollywoodzki rzemieślnik w rodzaju Rona Howarda czy Roberta Zemeckisa" - spuentowała Ciapara.

Martwe patrzydło


Żadna z rodzimych recenzji nie była jednak tak zjadliwa jak głos Jean-Michela Frodona, który na łamach "Le Monde" nazwał "Pianistę" "martwym patrzydłem pełnych natrętnych scen i najbardziej ogranych chwytów melodramatycznych".

"Czy to naprawdę autor 'Matni' i 'Chinatown' popełnił te toporne ilustracje do książki, gdzie każdy plan odpowiada słowom tekstu, nic nie wibruje, gdzie nie dano szansy żadnym podtekstom? Gniot tym trudniejszy do strawienia, że chodzi o dzieje młodego pianisty wraz z rodziną zapędzonego do getta. Wszyscy jego bliscy padają ofiarą wywózki, on zaś cudem ocaleje..." - Frodon krytykował estetyczny i intelektualny konformizm filmu Polańskiego.

"'Pianista' to opowieść o człowieku, który ocalał. Wskutek tej formy jest to film martwy" - konkludował francuski autor.

Według niego "mimo żenująco natrętnych scen potrafimy wczuć się w sytuację nie tyle przebranych i umalowanych aktorów zgrywających się na ekranie, co ludzi, którzy rzeczywiście doświadczyli cierpień, do jakich nawiązuje to istne muzeum figur woskowych". "To nie kino, tylko mozolne upamiętnianie" - zakończył swą recenzję

Spokojniej werdykt canneńskiego jury przyjął niemiecki "Suddeutsche Zeitung" nazywając "Pianistę" "jasną i prostą opowieścią o przeżyciu rozgrywaną według klasycznych reguł".

Równie spokojnie Złotą Palmę dla "Pianisty" odnotował inny francuski dziennik - "Le Figaro" - zwracając uwagę, że wielkim przegranym festiwalu był fiński reżyser Aki Kaurismaki, którego "Człowiek bez przeszłości" był murowanym faworytem kuluarowych spekulacji. Werdykt jury pod przewodnictwem Davida Lyncha "Le Figaro" określiło jako "emocjonalno-polityczny".

Polski? Francuski? Niemiecki? Angielski?

W obronie filmu Polańskiego stanął właściwie tylko nestor polskiej krytyki filmowej - Jerzy Płażewski, który na łamach "Kina" dał odpór wszystkim malkontentom, przy okazji wywołując temat "polskości" "Pianisty". Po premierze obrazu kilku krytyków (najgłośniej Zdzisław Pietrasik z "Polityki") odmawiało triumfatorowi Złotej Palmy miana filmu polskiego.

"Istotnie, w czołówce widnieją jako producenci kolejno cztery państwa: Francja, Polska, Niemcy, Anglia. Ale jest normalką, że ambitne filmy europejskie bywają w większości współprodukcjami, a mimo to wiele z nich nie traci swego narodowego charakteru. Jeśli więc 'Pianista' nie jest filmem polskim, to jakim? Francuskim? Bezsens. Niemieckim? Absurd. Angielskim? Bzdura" - argumentował Płażewski.

"Jeśli odmawiać polskości adaptacji książki Polaka o bolesnej historii Polski, realizowanym w Polsce przez wracającego do Polski Polaka, gdzie Polakami są czterej główni współtwórcy filmu: Edelman (zdjęcia), Kilar (muzyka), Olejniczak (fortepian) i Starski (scenografia) - to chyba w jednym tylko celu. Aby konto kina polskiego maksymalnie zubożyć i móc potem trąbić o jego katastrofalnym upadku" - kontynuował Płażewski kończąc swą odpowiedź przytoczeniem wypowiedzi reżysera z canneńskiej sceny.

"Odbierając Złotą Palmę powiedział Polański: 'Dziękuję za nagrodę dla filmu polskiego'. Ale był widocznie mylnie poinformowany".

--------------------------------------------

"Pianista" Romana Polańskiego po triumfie na festiwalu w Cannes kontynuował sukcesy na międzynarodowej arenie. W 2003 roku zdobył trzy Oscary - statuetki amerykańskiej Akademii Filmowej powędrowały do rąk Adriana Brody'ego (najlepszy aktor), Romana Polańskiego (najlepszy reżyser) oraz Ronalda Harwooda (najlepszy scenariusz adaptowany). "Pianista" zdominował również nagrody francuskiego przemysłu filmowego, zdobywając aż 7 Cezarów. Obraz triumfował również na gali wręczenia Orłów - jego łupem padło aż 8 statuetek Polskich Nagród Filmowych.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: Pianista

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje