Marek Koterski: Miauczyński to ja

Marek Koterski, reżyser "Nic śmiesznego", "Porno", "Dnia świra" i "Wszyscy jesteśmy Chrystusami", w sobotę, 3 czerwca, obchodzi 75. urodziny.

Marek Koterski

Adaś Miauczyński to ja - mógłby spokojnie przyznać Marek Koterski. W reżyserskiej karierze ma na koncie 8 filmów - wszystkie zrealizowane na podstawie autorskich, oryginalnych scenariuszy. Tylko w jednym z nich - nakręconym w 1989 roku filmie "Porno" - nie spotkamy Adama Miauczyńskiego. W ostatnim - zrealizowanym w 2011 roku "Baby są jakieś inne" - postać kultowego bohatera co prawda nie pojawia się w filmie, ale Koterski wykorzystał swoje alter ego w inny sposób - sygnując jego nazwiskiem scenariusz filmu.

Reklama

"Adaś Miauczyński to sfrustrowany inteligent, nauczyciel-polonista, rozwiedziony, kochający dorastającego syna, a film jest o piekle najbliższych pięciu minut. Nasz bohater przeżywa i cierpi za kraj, za miliony, a zabija go chwila obecna, nieznośna powtarzalność codziennych czynności i nienawistny mu kontakt z pojedynczym bliźnim. W sferze uczuć patriotycznych jest wielki, w sferze uczuć i zachowań codziennych jest małym agresywnym gnojkiem" - tak reżyser charakteryzował bohatera swego filmu "Dzień świra".

To bodaj jedyny przypadek w historii polskiego kina konsekwentnej próby biografii fikcyjnej postaci - zabieg przypominający długotrwały filmowy eksperyment francuskiego twórcy Francois Truffauta, który w swym debiucie "400 batów" (1959) powołał do życia postać Antoine'a Doinela, obdarzając go twarzą Jean-Pierre'a Leauda, by potem - w trakcie dalszej kariery - towarzyszyć dorastaniu i dojrzewaniu swego bohatera/aktora.

"Ja tę postać noszę w sobie"

Adam Miauczyński zadebiutował na ekranie w 1984 roku w "Domu wariatów". W postać głównego bohatera, odwiedzającego po latach rodzinny dom, wcielił się Marek Kondrat, dla którego przygoda z postacią Miauczyńskiego stała się najważniejszym aktorskim doświadczeniem. "Ja tę postać znam i czuję, ja tę postać noszę w sobie, od kiedy ona trafiła do mojego organizmu, do mojej wyobraźni, moich lędźwi, krwioobiegu, ja nią żyję; to jest ktoś drugi, kto towarzyszy mi nieustannie w moim życiu od ponad 20 lat" - Kondrat mówił przy okazji premiery "Dnia świra" (2002). W postać Miauczyńskiego wcielał się trzykrotnie, ostatni raz we "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" (2006).

"Czuję się jak ksiądz, który odbiera spowiedź i ma ją jeszcze opowiedzieć innym ludziom" - opowiadał o "absolutnie intymnym zdarzeniu", jakim była dla niego przygoda z Adamem Miauczyńskim.

Nie wcielanie się w, tylko przeżywanie losów Adama Miauczyńskiego - wyjaśniał Kondrat aktorską metodę, której używał przy pracy nad postacią Adasia Miauczyńskiego, przyznając, że kiedy Marek Koterski przyszedł do niego ze scenariuszem "Domu wariatów", dowiedział się, że napisał rolę Miauczyńskiego specjalnie z myślą o Kondracie.

"Rozstawałem się z nim kilkakrotnie ze strachu, z wycieńczenia, myślałem, że dobrze będzie przekazać tego Adasia komuś innemu, ale po paru próbach moich kolegów wracałem, jakbym chciał znów ten garb założyć na swoje plecy" - dodawał Kondrat, wyjaśniając powody przyjęcia propozycji w "Dniu świra".

Filmy dla dorosłych


W postać Miauczyńskiego wcielali się jeszcze trzej aktorzy. W bezpośredniej kontynuacji "Domu wariatów" - "Życiu wewnętrznym" (1986) - Kondrata zastąpił Adam Wysocki. W dwóch kolejnych filmach - "Nic śmiesznego" (1996) oraz "Ajlawiu" (1999) - pałeczkę przejmował Cezary Pazura. We "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" młodego Adasia Miauczyńskiego zagrał też Andrzej Chyra.

To postać "o wielkiej woli życia, w niewoli picia" - scharakteryzował swego bohatera aktor. W istocie, "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" było cezurą w twórczości Marka Koterskiego.

"Po 'Dniu świra' przyszły mi do głowy dwie myśli. Pierwsza - że robiąc 'Dzień świra' zbliżyłem się do pewnej ściany, doszedłem do końca ścieżki, polegającej na drobiazgowej autowiwisekcji, a mówiąc prościej - polegającej na dłubaniu w sobie, na śledzeniu tych wszystkich drobnych rzeczy, które rzeczy zamieniają w piekło, na śledzeniu tych małych cyferek... Wydało mi się, że ten obszar został wyczerpany na mój własny użytek. Druga myśl, jak przyszła, to fakt, że jestem reżyserem filmowym, przestał być dla mnie wystarczającym powodem, żeby robić następny film. Potrzebowałem czegoś więcej, niż zrobienie kolejnego filmu, potrzebowałem przygody duchowej" - tłumaczył się Koterski.

"Marek Koterski robi filmy dla ludzi dorosłych. To nie jest kino familijne, to nie jest kino zaangażowane społecznie, to nie jest kino interwencyjne... To jest kino, które mówi o człowieku i metafizyce, jest bolesnym wniknięciem w naturę człowieka" - definiował kino Koterskiego Andrzej Chyra.

Nawyk mówienia w myślach

Jednym ze "znaków szczególnych" Adasia Miauczyńskiego, tak jak kina Marka Koterskiego, jest specyficzny język. "Nieznośna powtarzalność codziennych czynności" rodzi w sposobie wysławiania się bohaterów Koterskiego obsesyjne natręctwo składni.

"Z samotności wynika nawyk mówienia w myślach, z rytuału - zasada, że Adaś równocześnie robi, to co myśli, a myśli - co robi. Prowadzi monolog wewnętrzny, zapuszczając się w najistotniejszych i najboleśniejszych sprawach w mowę rytmiczną, czy wręcz monologi trzynastozgłoskowcem, na wzór romantycznych, uwspółcześnione rapowo" - Koterski tłumaczył oryginalny język swoich filmów.

W ostatnim obrazie - "Baby są jakieś inne" - reżyser kontynuował mówienie własnym językiem.

"Nie mieliśmy żadnego wpływu na dialogi. Przed rozpoczęciem zdjęć dostałem od Marka Koterskiego odręcznie napisany list. Jedno zdanie z tego listu szczególnie utkwiło mi w pamięci. Marek napisał tak: 'Od kiedy skończyłem polonistykę, żaden ... nie będzie mi mówił, gdzie postawić przecinek'. Wziąłem to sobie do serca. Z opowiadań kolegów, którzy przeszli przez szkołę Koterskiego, słyszałem, że nie ma możliwości zmieniania słów w scenariuszu. Później przekonałem się, że nie ma też takiej potrzeby" - powiedział grający w "Babach..." Robert Więckiewicz.

Wtórował mu Adam Woronowicz. "To ciekawe w jaki sposób Marek Koterski operuje językiem, w jaki sposób posługuje się nim, przypisuje wartość i nowe znaczenia pewnym słowom. On potrafi uchwycić w języku dramaturgię i pozwala nam aktorom pójść za tekstem (...) Dla mnie to literatura" - oświadczył aktor.

Kasa i klasa

"Bohaterowi moich filmów jest smutno, a widzowi - wesoło" - w tej lapidarnej definicji zawiera się istota kina Marka Koterskiego. O popularności, wręcz kultowości komedii Koterskiego zaświadczać może też fakt, że - jak tłumaczył reżyser - "mój bohater jest postacią z tego miejsca i z tego czasu". Od czasu Stanisława Barei żadnemu polskiemu filmowcowi nie udało się przemycić do potocznej polszczyzny tylu bon motów, często balansujących na granicy wulgarności. Kwestię z "Dnia świra": "Musisz przyznać, że jak tatuś zrobi dzióbek, to nie ma ch... we wsi" znają nie tylko miłośnicy filmów Koterskiego, często nie wiedząc, skąd pochodzi wspomniany cytat.

Sam Koterski przyznaje, że jego ambicją jest kręcić filmy które są zarówno "istotne, jak i oglądalne". Kasa i klasa - jak postuluje sam reżyser - nie muszą się wykluczać. Docenić trzeba to tym bardziej, że artysta od lat bojkotuje mechanizmy obowiązujące w świecie show-biznesu. Nie udziela wywiadów, świadomie rezygnuje z akcji promowania swych filmów, na całej linii wcielając w życie strategię artystycznego nieudacznictwa. "Nie udało mi się życie, zmarnowałem" - zdają się krzyczeć nie tylko jego sfrustrowani bohaterowie, lecz sam reżyser.

W maju Koterski rozpoczął zdjęcia do swojego najnowszego filmu. Szczegóły scenariusza "7 uczuć" nie są jeszcze znane. Wiemy tylko, że na planie zobaczymy plejadę polskich gwiazd z: Marcinem Dorocińskim, Mają Ostaszewską, Andrzejem Chyrą, Robertem Więckiewiczem, Katarzyną Figurą, Magdaleną Cielecką, Michałem Koterskim, Adamem Woronowiczem, Gabrielą Muskałą i Małgorzatą Bogdańską na czele.

Dowiedz się więcej na temat: Marek Koterski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje