Kino historyczne bez patosu

Bez koturnowości i czarno-białych schematów, z nowoczesną, świeżą perspektywą, dystansem i oryginalnym pomysłem - o tym, jak opowiadać o historii, by zainteresować nią polskich widzów, mówią reżyserzy, historyk i krytyk filmowy.

- Na ekrany wchodzi właśnie thriller "Kret" Rafaela Lewandowskiego, ważny film na temat współczesnej historii Polski - o działaczu "Solidarności", który po latach zostaje oskarżony o współpracę z SB. Na 30 września zaplanowano premierę "1920 Bitwy Warszawskiej", długo oczekiwanego nowego filmu Jerzego Hoffmana. W styczniu czeka nas z kolei premiera "Róży" Wojciecha Smarzowskiego, poruszającego obrazu, który zebrał wysokie oceny na festiwalu w Gdyni - wymienia krytyk Andrzej Bukowiecki.

Reklama

Ciekawych filmów na temat historii Polski powstaje w ostatnich latach sporo, właśnie takie produkcje zdobywały trzy lata z rzędu Złote Lwy w Gdyni - "Mała Moskwa" Waldemara Krzystka (2008), "Rewers" Borysa Lankosza (2009) i "Różyczka" Jana Kidawy-Błońskiego (2010) - zwrócił uwagę Bukowiecki. - Czy nasza publiczność czeka na opowieści o polskiej historii? Z pewnością. Jednak w latach poprzednich, w kinach, nie wszystkie polskie produkcje historyczne miały zadowalające wyniki frekwencyjne - przyznaje Bukowiecki. Wniosek jest taki, że może niektóre filmy trzeba było jednak zrealizować trochę inaczej, atrakcyjniej z punktu widzenia kinowej publiczności - zastanawia się krytyk.

Nowe spojrzenie, zaskakujące ujęcie

- Nas tematy historyczne ciekawią w filmie tylko wtedy, jeśli uda się znaleźć nowe ich ujęcie, pokazać je z zaskakującej, świeżej perspektywy. Takiej, która da szansę na ujęcie z dystansu, najlepiej z humorem - często cierpkim, bo dotykającym poważnych dramatów, niekiedy całych narodów - zaznaczył Bartosz Konopka (ur. 1972), autor nominowanego do Oscara "Królika po berlińsku".

Konopka pracuje obecnie nad nowym dokumentem, pt. "Sztuka znikania". Oba filmy to wspólne dzieła duetu Bartek Konopka-Piotr Rosołowski. Film przedstawi nieznaną historię haitańskiego szamana wudu, Amona, który w 1980 r. odwiedził Polskę razem z grupą Haitańczyków. W szamanie budzi się duch polskości. Jego przodkiem był jeden z polskich legionistów, którzy brali udział w procesie znoszenia niewolnictwa na Haiti. Kiedy w Polsce zbliża się stan wojenny, Amon chce zrobić coś dla swojej drugiej ojczyzny. Sądzi, że gen. Jaruzelskiego opętał zły demon. W grudniu 1981 r. szaman przeprowadza ceremonię wudu, która ma na celu odczarowanie generała, uwolnienie jego duszy i powstrzymanie sowieckich czołgów.

Według Konopki, dla 20- czy 30-latków tworzenie filmów na temat historii może być formą "zastanawiania się nad własną tożsamością". - Szukamy źródeł, chcemy wiedzieć, z jakiej tradycji i wrażliwości wyrastamy. Chcemy poznać wybory naszych ojców i dziadków. To chyba normalny proces u trzydziestolatków. Szczególnie interesują nas momenty dziejowe, w których "stopień splątania" osiągał apogeum, a dramat mieszał się z absurdem - mówi 38-letni reżyser.

Film jako rodzaj komunikacji nie wymaga, jego zdaniem, dogłębnej naukowej analizy, lecz poruszania emocji oraz ciekawego pomysłu wizualnego. - My pragniemy po swojemu i dla siebie opowiadać historię na nowo. Ujrzeć ją poprzez pryzmat naszej nowoczesnej, postmodernistycznej wrażliwości, poszukującej często bardziej pewnych nastrojów społecznych, mechanizmów działania ludzi, aniżeli "twardej", rzeczowej wiedzy. Nie interesują nas "koturnowość" i martyrologia. Zależy nam na ujęciu uniwersalnym, zrozumiałym na całym świecie - podkreśla filmowiec.

Konopka zwraca uwagę, że w "Króliku po berlińsku" nie pada ani jedna data historyczna i ani jedno nazwisko. - Uważam to za osobiste osiągnięcie. Udało się użyć języka alegorii zwierzęcej, bajki do niegłupiego, wszędzie zrozumiałego przedstawienia bardzo złożonej, bolesnej historii muru oraz podziału Europy Środkowej - mówi.

Zobacz zwiastun "Królika po berlińsku":


Według Konopki "Królik..." to przykład "mariażu literatury z historią". - Z ducha orwellowski, ale w formie filmu naukowego, przyrodniczo-historycznego. Czuliśmy, że to wielkie wyzwanie. Chcieliśmy "zdetonować" powagę tematu. Zabawić się znaną, obrosłą mitami historią muru. Jednak nie "dla zgrywy", lecz dla nowego i mądrego ujęcia - wspomina reżyser.

Bez czarno-białych schematów

Anna Jadowska (ur. 1973), autorka filmu fabularnego o Władysławie Sikorskim "Generał. Zamach na Gibraltarze", podkreśla, że jeśli chodzi o produkcje historyczne nie lubi "filmów 'bogoojczyźnianych', patetycznych, opowieści, w których polska historia przedstawiana jest w sposób czarny-biały". Na reżyserowanie "Generała..." zdecydowała się dlatego, że zaintrygowała ją tematyka filmu, kontrowersyjna i dyskusyjna. Thriller przedstawił okoliczności śmierci gen. Sikorskiego. Powstał na podstawie wyników badań historycznych Dariusza Baliszewskiego. - Darek Baliszewski zebrał mnóstwo materiałów. Natomiast ja oraz producentka filmu, Lidka Kazen, miałyśmy dużą wolność jeśli chodzi o znalezienie dla tej historii formy. Zależało nam, by była ona współczesna i dynamiczna - opowiada Jadowska.

Zobacz zwiastun filmu "Generał. Zamach na Gibraltarze":


Jej najnowszy projekt to film poświęcony polskiej historii współczesnej. Scenariusz, autorstwa reżyserki, jest już gotowy. Jadowska napisała go na podstawie książki Niny Fitzpatrick "Amory Faustyny" (Prószyński i S-ka, 1998). To fikcyjna opowieść o młodej kobiecie, która studiowała w latach 60. w Krakowie. Poprzez kolejne romanse kobiety poznajemy przełomowe wydarzenia współczesnej polskiej historii.

- Mężczyźni, z którymi bohaterka była związana, to często osoby "ze świecznika", np. ludzie Solidarności. Relacje na temat kolejnych związków kobiety składają się w książce na ciekawą opowieść o Polsce. Zmieniające się na przestrzeni kilkudziesięciu lat losy bohaterki przeprowadzają czytelnika przez poszczególne etapy historii kraju w sposób nietuzinkowy i pełen ironii - uważa Jadowska.

Projekt ma już polskiego producenta, firmę Donten & Lacroix Films. - Teraz szukamy koproducentów zagranicznych, gdyż część akcji rozgrywa się za granicą - zaznaczyła Jadowska. - To, co dla mnie ważne, to nie tylko temat. To również fakt, że centralną postacią jest tutaj kobieta. W filmach historycznych w Polsce kobieta jako główny bohater to prawdziwa rzadkość - zauważyła.

Jak przyciągnąć młodą widownię?

Doświadczony twórca filmowy Ryszard Bugajski (ur. 1943), który w reżyserskim dorobku ma m.in. "Przesłuchanie" i "Generała Nila", podkreślił: "Musimy znać przeszłość własnego kraju, aby wiedzieć, kim jesteśmy". Jednym z zadań filmowców winno być opowiadanie o tych ważnych momentach i postaciach z polskich dziejów, o których publiczność wie wciąż zbyt mało - uważa Bugajski.

Krytyk Andrzej Bukowiecki, który w warszawskim Domu Sztuki na Ursynowie prowadzi wykłady na temat kina, wspomina zaś: - Na moich młodych słuchaczach "Przesłuchanie" Bugajskiego zawsze robiło wrażenie gigantyczne.

Pytany, czy polska młodzież interesuje się rodzimym kinem historycznym, mówi: - Młodzież licealna sama z siebie na filmy historyczne raczej nie chodzi. Poza wyjątkami. Zazwyczaj nastolatki idą na taki film, jeśli szkoła ich zaprowadzi". Jednak gdy młodzi obejrzą już film historyczny i będzie to film dobry, "otwierają im się oczy - zaznaczył krytyk.

Głód bohaterstwa

Jan Komasa (ur. 1981), reżyser nagradzanej "Sali samobójców", uważa, że "każdy człowiek, przynajmniej raz w życiu, chciałby poczuć się częścią czegoś wielkiego i wyjątkowego". Komasa przygotowuje się do realizacji filmu fabularnego o Powstaniu Warszawskim. Projekt nosi tytuł "Miasto".

Tłumacząc, z jakiego powodu zdecydował się na reżyserowanie takiego filmu i dlaczego, jego zdaniem, obraz może wzbudzić duże zainteresowanie polskiej widowni, ocenił: - Dzisiejsze pokolenie młodych Polaków żyje w czasach szczęśliwie spokojnych i bezpiecznych, ale jednocześnie - nudnych. Uczestnicy Powstania Warszawskiego ginęli, ich losy były dramatyczne, to była niemal apokalipsa. A jednak ci ludzie dotknęli czegoś niesamowitego. Później przyszło pokolenie "Solidarności", które również walczyło o rzeczy wielkie. Obecnie młodzi Polacy odczuwają "głód bohaterstwa".

Komasa opowiada, że w związku z realizacją "Miasta" rozmawia m.in. ze starszymi ludźmi - z samymi uczestnikami powstania. Chce poznać ich wspomnienia z tamtych czasów, ich spojrzenie na powstanie. Zdaniem Komasy, temat Powstania Warszawskiego jest wciąż zbyt mało obecny na polskich ekranach, mimo że powstały już znakomite filmy: "Kanał" Andrzeja Wajdy, czy zrealizowane przez Janusza Morgensterna "Godzina 'W'" i serial "Kolumbowie".

Zdjęcia do "Miasta", których autorem będzie Paweł Edelman, mają ruszyć w 2012 r. Premiera kinowa filmu planowana jest na rok 2013. W "Mieście", tak jak w "Sali samobójców", film fabularny połączony będzie z animacją. Producentami "Miasta" są: Akson Studio (którego szefem jest Michał Kwieciński, producent "Katynia" Wajdy, reżyser filmu "Jutro idziemy do kina" i serialu "Czas honoru"), TVN i ATM. Jak poinformowali producenci, "Miasto" zyskało już rekomendację m.in. od Związku Powstańców Warszawskich. Castingi do filmu wzbudziły duże zainteresowanie młodych Polaków; jak się okazuje, w filmie o powstaniu chciałoby wystąpić bardzo wielu młodych ludzi.

Kopalnia tematów i wysokie budżety

Według Ryszarda Bugajskiego, w Polsce, w porównaniu z innymi krajami, nie kręci się szczególnie wielu filmów historycznych. - W USA na przykład filmów historycznych powstaje znacznie, znacznie więcej - mówi reżyser "Przesłuchania". Tłumaczy jednocześnie, że przeszkodą w przypadku takich produkcji bywają pieniądze. - Chodzi o wysokie budżety. Film historyczny jest od dwóch do pięciu razy droższy niż obraz o tematyce współczesnej - zwraca uwagę Bugajski. Dlatego, jak podkreśla, produkcja filmów o historii Polski powinna być wspierana finansowo przez państwo, a ponadto w kraju potrzebny jest taki system podatkowy, który zachęci inwestorów prywatnych do inwestowania w kulturę.

Krytyk Andrzej Bukowiecki zgadza się, że wysokie budżety mogą stanowić barierę przy realizacji historycznych filmów. Przekonuje jednak, że dobry film o historii można nakręcić nawet w kameralnej scenerii.

Niewykorzystanych tematów na interesujący obraz historyczny jest w Polsce wciąż bardzo wiele - zwraca uwagę Antoni Krauze (ur. 1940), autor filmu "Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł". - Historię mamy naprawdę wyjątkową. Ja sam często spotykam się z pełnymi zdziwienia pytaniami ze strony cudzoziemców: "Dlaczego wy o tym wszystkim nie kręcicie filmów?" - powiedział Krauze. Reżyser przypomina, że polską historią zainteresował się nawet znakomity filmowiec australijski, Peter Weir, twórca "Pikniku pod Wiszącą Skałą". "Niepokonani" Weira, z Edem Harrisem i Colinem Farrellem - opowieść o ucieczce grupy więźniów, w tym polskiego żołnierza, z sowieckiego łagru na Syberii - byli inspirowani książką Polaka Sławomira Rawicza "Długi marsz".

Najpierw pomysł, potem technologia

Na pewno gwarantem nakręcenia dobrego filmu historycznego nie jest zastosowanie najnowocześniejszych technologii; przede wszystkim trzeba mieć pomysł na opowiedzenie historii, a dopiero potem wspomagać go techniką - zaznaczył historyk prof. Jerzy Eisler, dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie.

- Mam niekiedy wrażenie, że współczesne kino historyczne w coraz mniejszym stopniu jest kinem, a w coraz większym - grą komputerową. Przed laty kręcąc film historyczny trzeba było cierpliwie budować dekoracje, gromadzić na miejscu tysiące statystów. Kiedyś kino historyczne przypominało dokument. Teraz wiele rzeczy robionych jest komputerowo - powiedział prof. Eisler.

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: Jan Komasa | Bartosz Konopka | Anna Jadowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL