Kazimierz Wichniarz: Widzowie go uwielbiali

Widzowie go uwielbiali, on kochał jeść, pić i występować. Kazimierz Wichniarz urodził się, żeby zagrać Zagłobę.

Daniel Olbrychski i Kazimierz Wichniarz w filmie Jerzego Hoffmana "Potop" (1974)

Chociaż aktorem był od wczesnej młodości, to do historii polskiego kina przeszedł dzięki roli, którą zagrał, mając prawie 60 lat. Imć Onufry Zagłoba w jego wykonaniu to majstersztyk, który widzowie i krytycy jednogłośnie określili mianem "genialnego".

Reklama

Urodzony w 1915 roku Kazimierz Wichniarz nie zastanawiał się nigdy, co w życiu robić - od zawsze chciał występować przed publicznością. Najpierw marzył o cyrku, ale zmienił zdanie i postanowił zostać aktorem.

Amant, ale... "charakterystyczny"

Zadebiutował jeszcze jako nastolatek, w Teatrze Polskim w Poznaniu na początku lat 30. Podjął również naukę w Studium Aktorskim i w 1934 roku zdał egzamin eksternistyczny, po czym został przyjęty do Związku Artystów Scen Polskich. Występował w teatrach w Łodzi i Łucku, kariera rozwijała się obiecująco.

Kiedy wybuchła II wojna światowa, 24-letni Kazimierz założył mundur. W późniejszych latach niechętnie mówił o tym, co przeżył na froncie. Wiadomo, że trafił do niewoli i został wywieziony, a po udanej ucieczce ukrywał się do końca wojny w Mielcu. Po wyzwoleniu powrócił do ukochanego zawodu, grał w teatrach Bydgoszczy, Katowic, Torunia i Poznania. Pod koniec lat 50. zamieszkał w Warszawie i dołączył do zespołu Teatru Narodowego.

Był jednym z najbardziej lubianych aktorów, widzowie uwielbiali go przede wszystkim za komediowy talent i nieodparcie zabawną aparycję. Sam aktor miał ogromny dystans do swego wyglądu, mawiając, że jest "amantem charakterystycznym".

Grywał różne role, w tym również dramatyczne, ale do jednego nigdy nie dał się nakłonić. W powtarzanej do dziś anegdocie Wichniarz, namawiany przez Adama Hanuszkiewicza do rozebrania się na scenie, twierdzi, że lekarz mu tego zabronił. - Dlaczego? - spytał reżyser. - Ze względów estetycznych - odpowiedział aktor.

W oczekiwaniu na Zagłobę

Słuszna postura aktora okazała się atutem, kiedy przyszło mu zagrać rolę życia - Sienkiewiczowskiego bohatera Onufrego Zagłobę w "Potopie" Jerzego Hoffmana z 1974 roku. Miał wówczas prawie 60 lat i na ekranie pojawiał się oczywiście wcześniej. Zagrał już w pierwszym polskim powojennym filmie fabularnym "Zakazane  piosenki" (1946), potem m.in. w "Wolnym mieście" (1958) Stanisława Różewicza, w produkcjach dla młodzieży "Szatan z 7 klasy" (1960) i "Godzinie pąsowej róży" (1963).

Świetne role stworzył w komediach Stanisława Barei "Żona dla Australijczyka" (1963) oraz "Małżeństwo z rozsądku" (1966), a także w "Chłopach" (1972).

Niespotykana pogoda ducha

Propozycja zagrania w "Potopie" była niemałym wyzwaniem, bo Mieczysław Pawlikowski, który wcześniej wcielił się w Zagłobę w "Panu Wołodyjowskim", niezwykle spodobał się widzom. Jednak po przebytym zawale serca nie mógł stawić się na planie. A Wichniarz, jak się wkrótce okazało, fantastycznie sprostał zadaniu.

- Z Zagłobą w sposób naturalny łączy mnie waga i umiłowanie do jadła i picia - śmiał się ważący 110 kg Wichniarz. Prawdopodobnie w kreowaniu postaci szlachcica pomogło również to, że aktor prywatnie był równie pogodny, życzliwy ludziom i słynący z poczucia humoru, co Zagłoba.

Drugą niezapomnianą rolą, w której także "przemycił" swoje pozytywne podejście do życia, był dobrotliwy król w telewizyjnych "Bajkach dla dorosłych", emitowanych w latach 70., a dzisiaj mających status kultowych. Pogodę ducha zachowywał zawsze, nawet wówczas, gdy zmagał się z ciężką chorobą. Zmarł w 1995 roku, kilka miesięcy po swych 80. urodzinach.

Dowiedz się więcej na temat: Kazimierz Wichniarz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje