Gary Cooper: Chłopak z rancza

Polakom kojarzy się z dzielnym szeryfem z westernu "W samo południe". To ta postać pojawiła się na plakatach zachęcających nas do udziału w wyborach 1989 roku.

Mało kto wie, że tak naprawdę miał na imię Frank

Fani rocka śmieją się, że mistrz westernu był synem Alice Cooper. Nie chodzi jednak - co oczywiste - o słynnego gwiazdora sceny heavymetalowej, ale o piękną angielską aktorkę, która pewnego dnia poślubiła eleganckiego Brytyjczyka - prawnika Charlesa Henry’ego Coopera.

Reklama

Mały Frank James przyszedł na świat 7 maja 1901 roku w miasteczku Helena w stanie Montana. Po mamie odziedziczył fascynację sceną i ruchomymi obrazkami. Gdy jego nazwisko było już na ustach całego świata, nie raz proszono, by opowiedział, jak żył, zanim trafił do Hollywood. Człowiek w kowbojskim kapeluszu, który za namową producentów zmienił imię na Gary, lubił wspominać. Chętnie mówił o rodzicach-Anglikach, podkreślając, że jego bohaterem był ojciec - sędzia Sądu Najwyższego i zapalony koniarz.

- Tata opuścił Wyspy Brytyjskie jako 19-latek. To dzięki niemu stałem się człowiekiem Dzikiego Zachodu - podkreślał. Gdy syn miał pięć lat, pan Cooper kupił 600-akrowe ranczo Seven-Bar-Nine. - Tata uczył mnie jazdy konnej i zachowania stosownego dla prawdziwego mężczyzny - mówił.

Mając 10 lat, wyjechał z chorą mamą i starszym bratem Arthurem do Anglii. Tam przez 7 lat chodził do szkoły. Frank-Gary marzył o rysowaniu komiksów i o tym, żeby walczyć na froncie. - Niestety, gdy wybuchła pierwsza wojna, byłem wciąż dzieciakiem. Jako 13-latek nie miałem szans zaciągnąć się do wojska - narzekał.

Studia wybrał odległe od późniejszej profesji: zdał na dziennikarstwo. Darem losu, czymś, czego się nie spodziewał, było nawiązanie trwającego do śmierci romansu z Hollywood. Początkowo grał epizody, a jego nazwisko długo nie pojawiało się w czołówce ani na liście płac. - Hartowało mnie to, uczyło pokory - przyznał.

Przełom nastąpił w 1926 roku: przystojny ranczer spodobał się jako kadet Wite w filmie "Skrzydła". Potem było już tylko lepiej. Triumfował w "Pożegnaniu z bronią", "Sierżancie Yorku" (Oscar 1942), "Komu bije dzwon", "W samo południe" (Oscar 1953), "Vera Cruz" czy "Przyjacielskiej perswazji". Gdy jako 60-latek umierał na raka prostaty, miał w dorobku trzy Oscary, w tym jedną statuetkę honorową (1961). Ostatniej nagrody schorowany Cooper nie mógł odebrać. Zrobił to w jego imieniu przyjaciel James Stewart.

Kinomanów fascynowały jego przyjaźnie. W gronie bliskich mu ludzi byli wielcy tego świata: Marlena Dietrich, Audrey Hepburn, Pablo Picasso i Ernest Hemingway. Kochał życie, a wizerunek prawego Amerykanina o nienagannej reputacji nijak miał się do tego, jaki był naprawdę: zmieniał kochanki jak rękawiczki! Wtedy jednak o romansach się milczało. Fani czytali więc, że jego życie wypełnia tenis, golf, polowania, miłość do psów i jachtów.

Gdy James Stewart ogłosił, że Gary jest poważnie chory, życzenia powrotu do zdrowia nadeszły od papieża Jana XXIII, królowej Elżbiety II, księżnej Grace z Monako. Podobno godzinami do swego idola próbował dodzwonić się prezydent USA John F. Kennedy, ale linia była zajęta. Udało mu się nazajutrz. Aktor odszedł 13 maja 1961 roku. Na pogrzebie zjawiła się 87-letnia Alice, która przeżyła syna o sześć lat.

Maciej Misiorny

Dowiedz się więcej na temat: Gary Cooper

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje