"Dziecko Rosemary": Kołysanka dla diabła

Mia Farrow w filmie "Dziecko Rosemary" /Paramount Pictures /East News

Jeden z najbardziej znanych i poważanych filmów grozy trafił do amerykańskich kin równe 50 lat temu - 12 czerwca 1968.

Reklama

Mogliście nie oglądać "Dziecka Rosemary", możecie nie znać jego słynnego zakończenia, ale na pewno słyszeliście co nieco o pierwszym amerykańskim filmie Romana Polańskiego. Nie tylko dlatego, że pozostaje on niedoścignionym klasykiem kina grozy oraz filmu satanistycznego, odpowiadając również za powstanie takich dzieł jak "Egzorcysta" Williama Friedkina czy "Omen" Richarda Donnera, ale także ze względu na związaną z nim domniemaną klątwę.

Producent William Castle zaczął cierpieć po zakończeniu zdjęć na kamienie żółciowe i trafił niedługo później na stół operacyjny. Pół roku po premierze kompozytor Krzysztof Komeda został zepchnięty przypadkiem po pijaku ze skarpy przez kolegę Marka Hłaskę, po czym zmarł kilka miesięcy później, w kwietniu 1969 roku. W sierpniu tego samego roku ciężarna żona Romana Polańskiego, aktorka Sharon Tate, która była przez chwilę typowana do zagrania tytułowej roli, została wraz z przyjaciółmi zamordowana przez członków sekty Charlesa Mansona. 

Reklama

Co oczywiste, wyłącznie od widza i jego przekonań zależy, czy uzna te tragiczne wydarzenia za przypadkowe, czy jednak powiąże je z satanistyczną tematyką "Dziecka Rosemary". Jeśli się zresztą uprzeć - a są tacy, którzy rzeczywiście ufają w tym przypadku teorii spiskowej - z filmem grozy polskiego reżysera można połączyć również 22 lata późniejszą śmierć Johna Lennona. Były wokalista Beatlesów został zastrzelony w budynku, który posłużył Polańskiemu do zewnętrznych ujęć apartamentowca, gdzie rozgrywa się akcja filmu.

Przez jakiś czas twierdzono również, że w postać demona gwałcącego Rosemary w jej śnie wcielił się Anton LaVey, założyciel Kościoła Szatana. Tę ostatnią informację zdementowano (kostium włochatego diabła założył Clay Tanner), natomiast pozostałe wciąż działają na wyobraźnię milionów ludzi. Tak zresztą jak sam film, który mimo że nie straszy już tak mocno jak w 1968 roku, wciąż wywołuje podskórny niepokój i jest jednym z najdoskonalszych przykładów psychologicznej grozy wsiąkającej stopniowo do umysłu widza.

Polański wciąga nas w coraz bardziej wypaczoną emocjonalnie perspektywę ciężarnej Rosemary, która odczuwa z jednej strony samotność (jej mąż, grany przez Johna Cassavetesa, jest aktorem i często wyjeżdża na próby i przesłuchania, a ona tkwi w pięknym i przestronnym, lecz pozbawionym ciepła mieszkaniu), a z drugiej czuje się osaczana przez niewidzialne siły, których nie potrafi nazwać. Wszyscy dają jej jakieś dziwne rzeczy do jedzenia i picia, na czele z prowadzącym jej ciążę lekarzem-celebrytą (Ralph Bellamy) oraz słodziutką do bólu sąsiadką (nagrodzona Oscarem drugoplanowa Ruth Gordon).

Izolacji dopełnia fakt, że biedną, cierpiącą i zagubioną Rosemary zaczyna otaczać stęchlizna przypadkowej śmierci - a to nowo poznana kobieta skacze bez większego powodu z okna, a to jej dawny przyjaciel zapada w śpiączkę, z której już się nie budzi. Bóle brzucha przeradzają się w wewnętrzny niepokój, który sprawia, że Rosemary przestaje rozróżniać rzeczywistość od kreacji własnego umysłu. 

Czy główna bohaterka została faktycznie zapłodniona przez diabła w skomplikowanym rytuale, w którym udział brali wszyscy otaczający ją ludzie? A może wsparta burzą hormonalną samotność i rosnąca małżeńska alienacja popchnęły ją w objęcia obsesji czy psychozy? Nie wiemy tego do samego końca, w zasadzie do ostatnich dziesięciu minut trwającego ponad dwie godziny filmu, a Polański w mistrzowski sposób manipuluje perspektywą. Subiektywizacja kamery, długie ujęcia, przerywane tylko raz na jakiś czas "niewidzialnym cięciem montażowym", stworzony w postprodukcji pejzaż dźwiękowy, który z przestrzeni wielkiego miasta czyni ogromną pułapkę na ludzką psychikę - to tylko kilka z wielu elementów, które składają się na emocjonalną i wizualną sugestywność dzieła Polańskiego. Nie można też zapomnieć o muzyce Komedy, która raz wwierca się w umysł, budując suspens, a raz usypia - jak w przypadku nuconej przez Mię Farrow kołysanki - by znienacka zaatakować zmysły.

Polański był idealnym kandydatem do zekranizowania wydanej rok wcześniej, w 1967 roku, kontrowersyjnej powieści Iry Levina (późniejszego autora błyskotliwej satyry-horroru "Żony ze Stepford"), rozumiał bowiem, że każdy człowiek ma w sobie jakiś mrok, a najciekawsze w kinie jest właśnie eksplorowanie ludzkich lęków i przesądów. Również, a może przede wszystkim, tych, z których istnienia we własnej głowie nie zdajemy sobie przez większość życia sprawy.

Polskiemu reżyserowi pomogło również to, że był agnostykiem i racjonalistą - mógł dzięki temu skupić się na budowaniu psychologicznej grozy i podsuwaniu widzowi fałszywych tropów; grać na odcieniach szarości, których nie zauważałby zapewne ani zatwardziały katolik, ani filmowiec-anarchista. Ba, stracił je z oczu sam Ira Levin, który napisał 30 lat później kontynuację, "Syna Rosemary", dopowiadając losy głównej bohaterki i jej dziecka do tego stopnia, że ich historia utraciła całą aurę tajemniczości i niejednoznaczności. 

Podobnie było w przypadku jedynej filmowej kontynuacji arcydzieła Romana Polańskiego. "Look What’s Happened to Rosemary’s Baby", film telewizyjny z 1976 roku wyreżyserowany przez Sama O’Steena, jednego z dwóch montażystów "Dziecka...", był mimo udziału Ruth Gordon jedną wielką pomyłką. Został słusznie zapomniany, tak jak kilka innych produkcji, które miały skorzystać na popularności filmu Polańskiego - wśród nich takie "hity" jak: "Znak diabła" Michaela Armstronga (1970 r.), "Bractwo Szatana" Bernarda McEveety’ego (1971 r.) czy "The Blood on Satan’s Claw" Piersa Haggarda.

Tak jak, niestety, wyreżyserowany w 2014 roku przez Agnieszkę Holland remake w postaci mini-serialu telewizyjnego, w którym w rolę Rosemary wcieliła się Zoe Saldana. Los mizernej przeciętności czekał również zdecydowaną większość filmów i seriali siłujących się z tematyką satanizmu - wyjątkami od tej reguły są oczywiście "Egzorcysta" i "Omen", a także, choć w nieco inny sposób, "Harry Angel" Alana Parkera.

Jeśli więc nie widzieliście jeszcze "Dziecka Rosemary" -  filmu grozy, z którego dzisiejsi filmowcy powinni uczyć się zarówno prawideł sztuki reżyserskiej, jak i różnych sposobów budowania sugestywnej ekranowej atmosfery, powinniście skorzystać z tej doskonałej okazji i w rocznicę premiery nadrobić tę rażącą zaległość. Jeśli jednak znacie "Dziecko Rosemary" i doceniacie jego wydźwięk oraz złożoność, role aktorskie, błyskotliwą końcówkę i kłębiące się po niej refleksje, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby i tak zorganizować sobie powtórny seans. Myślenia i przeżywania w kinie nigdy za wiele. Z jednym tylko zastrzeżeniem, że mimo wszystko nie jest to film odpowiedni dla kobiet w ciąży.

Dowiedz się więcej na temat: Dziecko Rosemary | Roman Polański

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje