Bogumił Kobiela: Tragiczny koniec

Bogumił Kobiela w najsłynniejszej kinowej roli w "Zezowatym szczęściu" /East News/POLFILM

Według Andrzeja Wajdy był tak utalentowany, że mógł zagrać wszystko, ale za szybko dorobił się łatki komika. Grywał dziwaków, tchórzy, nieudaczników. Ich komicznym losom dodawał tragizmu, ale sam marzył o rolach tragicznych, które mógłby okrasić szczyptą komizmu.

Reklama

Rodzina namawiała go na ekonomię, złożył tam nawet papiery, ale cichaczem zdał egzaminy do szkoły aktorskiej. Właściwie nikt się nie zdziwił. Bobek, jak go wołano, od dziecka wprawiał się w figlach, które miały stać się jego zawodem. Szkolni koledzy zapamiętali, że prymusem nie był, ale zgłaszał się do recytowania wierszy. Kiedyś ukartował własne zniknięcie - udał, że wpadł do studni i z ukrycia obserwował, jak dorośli biegają w panice. Przebrany w białe prześcieradła, straszył ludzi we wsi, gdzie spędzał wakacje. Parodiował ludzi, zwłaszcza księdza, karykaturalnie dumnego ze swojego nowego fiata.

"Godzinami stał przed lustrem i przymierzał nakrycia głowy, do każdego przybierając stosowne miny; inne do melonika, inne do cylindra, a jak się trafił damski kapelusz, to też nim nie pogardził" - opowiadał brat aktora Marek. Ich ojciec zmarł tuż po wojnie, rodzina musiała wyprzedawać majątek. Pewnego dnia Bobek poprosił matkę, by dała mu jego złote pamiątki ze chrztu. Sprzedał je i kupił... sprzęt narciarski. "Potrafił być konsekwentny i rzadko żałował raz podjętych decyzji" - wspomina pan Marek.

Na studiach w krakowskiej PWSA Kobiela odnalazł bratnią duszę w koledze z roku Zbyszku Cybulskim, który tak jak i on nudził się tam śmiertelnie. Czas upływał im więc na podrywach, snuciu planów podboju scen i... zajęciach sportowych. Jeździli na nartach, trenowali skoki, biegali przełaje, ćwiczyli szermierkę. O dziwo, to on był w tej parze tym mocniej stojącym na ziemi i wiecznie pokpiwał z romantyzmu przyjaciela, ale w tarapaty wpadali tak samo. Kobiela umiał jednak wyplątywać się z kłopotów - kiedyś zamiast nagany za zachowanie niegodne socjalistycznego aktora, Bobek od rektora uczelni otrzymał... gratulacje za wspaniałe poczucie humoru.

Reklama

W 1953 r., gdy zrobili dyplom (Kobiela nigdy go nie odebrał, bo zalegał z książkami ze studenckiej biblioteki), przyjaciele ruszyli do Trójmiasta, gdzie obaj dostali angaż w teatrze. Kobiela niemal od razu zaliczył swój debiut filmowy, ale głowę zaprzątał mu studencki teatr Bim-Bom, w którym działali z Cybulskim i Jackiem Fedorowiczem. "Był autorem najcelniejszych sformułowań, błyskotliwych drobiazgów, które nadawały całości niepowtarzalny styl. Teatrzyk szybko stał się legendą pokolenia" - opowiada pan Jacek.

Po kilku sezonach Kobiela, znów z nieodłącznym Cybulskim, wyjechał do Warszawy. Zaczepił się w Teatrze Ateneum, jego kariera filmowa nabrała rozpędu. Zagrał w "Eroice" Andrzeja Munka i w "Popiele i diamencie", w którym został przyćmiony przez charyzmatycznego Cybulskiego. Kobiela widział to jednak inaczej: "Wyśrubowałem stawkę na ryczałt - 20 tys. złotych!" - donosił wesoło w liście do rodziny. Występował w kabaretach Dudek i Wagabunda, z tym ostatnim dotarł nawet do USA: "Czuję się zmiażdżony, zagubiony i przywołuję teraz w hotelu panicznie ratunkowe myśli o czymś moim, własnym, niedużym. Więc Tenczynek (rodzina Kobieli miała tam ukochany przez aktora letni dom - przyp. red.), grzybobranie w Tenczynku" - zapisał w dzienniku.

Do tego kołowrotu doszła telewizja, gdy w 1962 r. z Fedorowiczem i Jerzym Gruzą poprowadził program "Poznajmy się". "Uczył nas, jak się bawić, widzieć w rzeczach ludzkich, błahostkach, ten błysk odwrotnej, śmiesznej strony życia. Uczył śmiać się" - podsumowywał Gruza. To właśnie dzięki tym cechom udało się Kobieli stworzyć rolę życia: obywatela Piszczyka w "Zezowatym szczęściu" Munka. "Bez niego ten film byłby tylko dydaktyczną satyrą" - pisał krytyk Tadeusz Sobolewski. Kobieli nigdy już nie była dana rola na miarę Piszczyka. Grywał dużo, często, ale niektórzy twierdzili, że rozmienia się na drobne. Nie zawsze tryskał energią i humorem. Z pociągu, taksówki, samolotu, pomiędzy kolejnymi planami zdjęciowymi i występami słał do Tenczynka wyrazy tęsknoty.

"Mam zupełny obłęd, gram 200 km od Warszawy po dwa przedstawienia, wracam o 2 w nocy (...). Codziennie próby od 8 rano, bo o 13 już wyjeżdżam, więc prawie nie śpię". W innych listach trzeźwo oceniał sytuację: "Nastała dorosłość w znaczeniu negatywnym. Dorosłość, która przelicza czas na pieniądze". To poważne oblicze komika najlepiej poznała jego żona Małgorzata.

Poznali się nad morzem i Kobiela raczej ją rozśmieszył, niż olśnił. W 1963 r. wzięli ślub. Zamieszkali w małym mieszkanku z ciemną kuchnią w bloku na warszawskim Powiślu. Bobek był czułym mężem. W listach nazywał ją Biedronką, nieobecność starał się rekompensować prezentami. Kiedyś zwierzyła mu się ze snu o przepięknych szpilkach, czółenkach, botkach, wszystkich w jej rozmiarze, ale za drogich. Gdy następnym razem rozpakowywała jego walizkę po tournée, zobaczyła w niej 8 par wyśnionych butów! Kiedy indziej obok jej płaszcza w SPATiF-ie wisiał wymarzony kowbojski kapelusz...

Kobiela robił prezenty także sobie. Już za czasów Bim-Bomu słynęli z Cybulskim z kupionego na spółkę cytrynowożółtego motocykla SHL. W 1959 r. Kobiela kupił sobie seledynowego fiata 600, którego pozazdrościł mu Zbyszek, ale już dzień po zakupie stojący na parkingu fiacik został staranowany przez wojskową ciężarówkę. Bobek wynagrodził to sobie, prowadząc krążowniki szos podczas tournée w USA. "Jestem arcywspaniały kierowca!"- chwalił się rodzinie. Potem dorobił się własnego bmw.

Radość przerwała seria tragicznych zdarzeń. Najpierw, nie ze swojej winy, aktor potrącił autem kilkuletnie dziecko, potem wypadek samochodowy miała jego kuzynka Janka. "Boję się coraz częściej, że może zdarzyć się coś nieprzewidzianego, złego, bo nam za dobrze" - pisał do żony. Jego przeczucia wkrótce zaczęły się sprawdzać: w 1967 r. pod pociąg wpadł Zbigniew Cybulski, dwa lata później zginął kolejny przyjaciel, Krzysztof Komeda. Natrętne myśli dręczyły go długo. "Kiedy półtora roku później wydawało się, że to minęło, że znów ożył, że wreszcie możemy mieć dziecko, nastąpił ten wypadek" - wspomina p. Małgorzata.

W lipcu 1969 r. oboje jechali do Gdańska, gdzie Bogumił miał występować. Zaczął lać deszcz, po drodze zatrzymali się, by zabrać dwóch przemokniętych autostopowiczów. Chwilę potem na zakręcie w miejscowości Buszkowo ich bmw wpadło w poślizg, zjechało ze swojego pasa prosto pod nadjeżdżający z przeciwka autobus. Autostopowiczom nic się nie stało, ale pani Małgorzata była zalana krwią. Gdy przyjechało pogotowie, Kobiela chciał, by to nią pierwszą zajęli się sanitariusze. Chwilę później stracił przytomność - miał pękniętą śledzionę i krwotok wewnętrzny. Mimo dwóch operacji w szpitalu nie udało się go uratować. Pochowano go w ukochanym Tenczynku, przyjaciele zamiast kwiatów na grobie położyli grzyby, które tak lubił zbierać w tutejszych lasach.

Mariola Pawlak

Dowiedz się więcej na temat: Bogumił Kobiela

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje