"Pewnego razu w listopadzie" [recenzja]: W tym roku?

Agata Kulesza w filmie "Pewnego razu w listopadzie", fot. Adam Bajerski /materiały dystrybutora

Nie ma dwóch zdań. Polska kinematografia powinna częściej interesować się tą częścią społeczeństwa, która jest sztucznie sytuowana na marginesie. Każdy ma już chyba dosyć oglądania szklanych domów stolicy, w których mieszkają papierowi ludzie ze swoimi potężnymi kontami. Wszystkie próby wizualizowania polskiego społeczeństwa w ciągu ostatniej dekady spełzły na niczym. Polskie - filmowe - społeczeństwo jest płaskie, mało skomplikowane i przypomina wspólnotę z bajek dla dzieci: źli, dobrzy i "inni".

Reklama

"Pewnego razu w listopadzie" w reżyserii Andrzeja Jakimowskiego to film, w którym twórcy podejmują próbę zmierzenia się z tematami najczęściej omijanymi. Mamy eksmisję na bruk, komorników, którzy nie są "dramatycznymi" bohaterami i ataki rozwścieczonych tłumów "patriotów" w trakcie święta narodowego.

To już wystarczy. Zresztą część zdjęć zrealizowano podczas tzw. marszu niepodległości w 2013 roku. I bez względu na wszystko, oglądanie w kinie bandy ludzi w maskach, przebranych w biało-czerwone szarfy, którzy niszczą miasto, biją ludzi, atakują miejsca, które uznają za wylęgarnie wrogów narodu (chodzi o squad Przychodnia) jest czymś porażającym. Jedno jedyne pytanie, które pojawia się w głowie w trakcie projekcji: jak można było na to pozwolić...

Film Jakimowskiego nie jest filmem udanym. Narracja jest poszarpana, ale można odnieść wrażenie, że nie taki był zamiar. Część scen jest kompletnie nieadekwatna albo nie pasuje. Tak jakby w trakcie realizacji jednego filmu pojawił się szalony pomysł włączenia zupełnie innej nitki narracyjnej - tak jakby twórcy nie byli w stanie przejść obojętnie obok tego, co dzieje się w trakcie produkcji.

Reklama

Główna para bohaterów Matka (Agata Kulesza) i syn (Grzegorz Palkowski, brat twórcy "Bogów" - kompletna aktorska porażka) próbują przetrwać w świecie, w którym z dnia na dzień zostali eksmitowani. Nie mają gdzie żyć. Śpią w domku na działce/schroniskach dla bezdomnych itp. Syn studiuje prawo i próbuje jakoś przetrwać. Generalnie wątek tej pary to obserwacja koszmaru przetrwania w demokratycznym kraju, w którym człowieka można traktować jak śmiecia zgodnie z literą prawa. Na dodatek matka z synem mają jeszcze psa - rzecz niewybaczalna.

Na tle tej historii rodzinnej pojawia się motyw narodowościowy - świat rządzony przez hordy polskich patriotów, którzy wyznają bardzo proste zasady. Trudno rozpatrywać te wątki jako świat filmowy, bo obserwujemy je co roku na ulicach Warszawy. Coraz częściej Młodzież Wszechpolska i inne organizacje wyznające ideologię neonazistowską przejmują przestrzeń zbiorową w Polsce. Marsze z flagami, krzyże celtyckie, okrzyki o mordowaniu "czerwonej hołoty" to nasza codzienność. Film Jakimowskiego zostaje przytłoczony przez te obrazy. Wszystko traci znaczenie w momencie, kiedy obserwujemy wojnę uliczną przeciwko "wrogom narodu" symbolicznie rozpoznanym w ludziach mieszkających w squacie. Policja stoi obok i patrzy. Pozostawiam to bez komentarza.

Warto zobaczyć film Jakimowskiego szczególnie teraz, na kilka dni przez kolejnym 11 listopada. Warto pamiętać, że to o czym mówi "Pewnego razu w listopadzie" to także czas sprzed tzw. "dobrej zmiany". Warto mówić o tym, że ktoś podpalił się na ulicy na znak protestu przeciwko władzy i systemowi. I na koniec warto zobaczyć nareszcie, że żyjemy w bardzo niebezpiecznym kraju, w którym Jolanta Brzeska straciła życie. "Wszystkich nas nie spalicie!" - głosi transparent ruchu lokatorskiego. Pamiętajmy o tym.

7/10

"Pewnego razu w listopadzie", reż. Andrzej Jakimowski, Polska 2017, dystrybutor: Kino Świat, premiera kinowa: 3 listopada 2017 roku.

Dowiedz się więcej na temat: Pewnego razu w listopadzie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje