"Klucz do wieczności" [recenzja]: Kandydat do Złotych Malin

Walka z przemijaniem, marzenie o nieśmiertelności, chęć naprawy błędów z przeszłości. Takie myśli i pragnienia pojawiają się w głowie głównego bohatera filmu Tarsema Singha "Klucz do wieczności".

Ben Kingsley odżywa w ciele Ryana Reynoldsa

W pierwszej scenie poznajemy szanowanego biznesmena wraz z jego prawnikiem, który daje lekcję dobrego zachowania młodemu "wilczkowi" ze sfer nowojorskiej finansjery. Starsi panowie reprezentują w tej krótkiej grze rozsądek i bezpieczeństwo. Dają jasno do zrozumienia, że "starzy" nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Reklama

Damian Hale (Ben Kingsley) ma wszystko, czego zapragnie. Na rynku nieruchomości w USA jest potentatem. Wnętrza jego mieszkania i biura to szczyt ekskluzywności i elegancji. Wartość pieniądza przestała mieć dla niego znaczenie. Niestety Damian jest chory na raka. Ma przerzuty na wątrobę i płuca. Żeby przetrwać, decyduje się na nowoczesną terapię neurologiczną, która oczywiście jest nielegalna. Na wizytówkę tajemniczego doktora trafia przypadkiem, o samym procederze czyta głównie w Wikipedii. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to jego ostatnia nadzieja. Damian zamyka wszystkie swoje sprawy. Próbuje pożegnać się ze swoją zbuntowaną, pracującą w trzecim sektorze córką (Michelle Dockery - "Downton Abbey") i wyrusza w ostatnią podróż do Nowego Orleanu. Gazety odnotowują jego zgon, a on budzi się w ciele młodego, silnego mężczyzny. Przestaje być Damianem - staje się Eddiem (Ryan Reynolds). I jego życie zaczyna się raz jeszcze.

W "Kluczu do wieczności" dywagacje i ewentualne opory przed przejęciem nowego ciała, nowej tożsamości zostają "załatwione" - mówiąc brutalnie - w ciągu pierwszych 30 minut filmu. Dopóki na ekranie gościmy Bena Kingsleya, możemy odnieść wrażenie, że jest jeszcze jakakolwiek nadzieja na tajemnicę, zaskoczenie, niestandardowe rozwiązanie narracji. Niestety, od kiedy rolę Kingsleya przejmuje Ryan Reynolds, jest już tylko gorzej. Historia o tajemniczych czerwonych tabletkach, które blokują umysł dawcy ciała i pozwalają aklimatyzować się nowemu, bardzo szybko staje się tak absurdalna, że momentami aż trudno opisać, co spowodowało, że ten scenariusz w ogóle ujrzał światło dzienne.

Trudno szukać porównań między "Kluczem do wieczności" a innymi filmami z motywami nowoczesnej ingerencji w ciało ludzkie, czy prób przetrwania za wszelką cenę. W filmie Singha od pewnego momentu nic nie ma już żadnego sensu. Przenoszenie tożsamości z ciała do ciała odbywa się po kilka razy. Cały skomplikowany proces może powstrzymać zaledwie kawałek metalu. Żona wie, że jej mąż nie żyje, ale musi spróbować pocałować "jego ciało" z mózgiem innego, a w finale świat ogranicza się do Wysp Kanaryjskich i szczęśliwej rodziny. Totalna degrengolada.

Trudno pozbyć się wrażenia, że najnowszy film reżysera "Immortals. Bogowie i herosi 3D" jest jednym z najgorszych filmów tego roku. "Klucz do wieczności" powinien stać się hitem na kolejnej ceremonii rozdania Złotych Malin. I nie chodzi tylko o absurdalną historię o potrzebie nieśmiertelności i realizacji najgłębszych, seksualnych fantazji panów po 60-tce, lecz również o dwie kuriozalne kreacje aktorskie - Bena Kingsleya i Ryana Reynoldsa.

1/10

"Klucz do wieczności" (Self/Less), reż. Tarsem Singh, USA 2015, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa: 24 lipca 2015


Dowiedz się więcej na temat: Klucz do wieczności

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje