"Pręgi": O TYM, CZEGO NIE WIDAĆ

WYBRANE RECENZJE STUDENTÓW

Reklama

Joanna Wiza, filmoznawstwo II

O TYM, CZEGO NIE WIDAĆ- „PRĘGI” MAGDALENY PIEKORZ

„Kiedy się myśli o zębach ? Kiedy bolą ” zwykł mawiać Kisiel. Czy ten mechanizm myślenia można odnieść do innych sfer egzystencji człowieka? Czy wolno zastosować go do mechanizmu pamięci

i przyjąć, że wówczas coś pamiętamy, kiedy doświadczyliśmy to jako szczególnie bolesne

i traumatyczne? Psychologia udowadnia, iż często zdarza się, że najtragiczniejsze wydarzenia naszego życia pamięć skłonna jest „wymazywać” i usuwać, jak gdyby w akcie „oczyszczenia” i „uwolnienia” myśli od niekonstruktywnych wspomnień – czy jednak ta jest faktycznie? Być może przeszłość buduje nas na równi z teraźniejszością; może nawet bardziej niż teraźniejszość warunkuje to, kim jesteśmy. Od doświadczeń, jakie posiadamy, zależy, jak oceniamy świat i siebie samych – szczególnie, kiedy mówimy o doświadczeniach z dzieciństwa.

Każdy człowiek posiada „prywatny mit dzieciństwa” – mówi na początku „Pręg” główny bohater, Wojciech, po czym jak gdyby dokonując katharsis, powraca w myślach do przeszłości. W rozległej retrospektywie, patrząc z punktu widzenia dorosłego człowieka, cofa się w czasie do traumatycznych wydarzeń swego dorastania, by spróbować zlokalizować na mapie swojego życia punkt, w jakim się znalazł. Wydaje się, jakby chciał ustalić sam przed sobą, kim jest i dlaczego stał się właśnie taką, a nie inną indywidualnością.

Wspomnienia z dzieciństwa , zabarwione strachem przed surowym, wymagającym ojcem

i zagubieniem we wrogiej, karykaturalnej rzeczywistości, stają się rodzajem pretekstu do głębokiego „ rozliczenia” z przeszłością i ze światem, droga do poznania siebie i swoich ograniczeń. Historia dorastania i pamięć o ojcu są fundamentem złożonego psychologicznego studium relacji ojca i syna, w którym granice między” czarnym” i „białym” przestają być jednoznaczne, a problem ojcowskiego kontaktu z chłopcem nie jest tak prosty, jak mogłoby się wydawać.

W tym sensie opowieść Wojciecha o dzieciństwie, mimo sugestywnej oryginalności postaci, zyskuje wymiar uniwersalny – traktuje bowiem o trudzie i odpowiedzialności wychowania, wyborze czy też kompromisie pomiędzy surowością a ciepłem, mądrą nauką a niezrozumiałymi dla dziecka karami, wreszcie – miłością a egoizmem i zaspokojeniem własnych ambicji i popędów. Ojciec, w tej roli Jan Frycz, po raz kolejny potwierdzający swoją niebywałą umiejętność kreowania poruszająco prawdziwych postaci – sam wychowany bez ciepła, nie potrafi odnaleźć kontaktu z dorastającym synem i choć pragnie dla swojego dziecka dobrze, jest przekonany, że jedynie strach może przywrócić mu posłuszeństwo nastolatka. Chłopiec zaś, zagubiony i marzący o aprobacie ojca, szuka ucieczki przed lękiem we własnym, wewnętrznym świecie i w bezradnym buncie przeciwko rzeczywistości.

Rozdźwięk pomiędzy bezsilnością rodzica, który traci swoją pozycję u dojrzewającego dziecka, i potrzeba ciepła i akceptacji, jak a się rodzi w tym dziecku, został zarysowany w filmie Magdaleny Piekorz. Konflikt pokoleń i potrzeb odsyła nasze myśli do naszych własnych doświadczeń. Film opowiada o samotności, w jakiej pogrąża się człowiek kiedy jego pragnienie ciepła do drugiej osoby nie spełnia się- czyż bohaterowie nie są straszliwie samotni w tej potrzebie kontaktu ze sobą? Czyż nie są skazani na niekończącą się frustrację, że ich miłość nie potrafi zwyciężyć trudności, egoizmu?

Ta miłość, bezradna i bezsilna, która nie potrafi zwalczyć, wyrządza krzywdę i prowadzi do załamania; pozostawia nieusuwalne blizny – pręgi, których nie musi być widać, a od których nie sposób uciec.

Wojciech, rozważając swoją przeszłość, nagle uświadamia sobie, że wewnętrznie zbudowany jest wciąż z tej kalekiej relacji ojciec- syn; że wciąż żyje w nim zraniony chłopiec i bijący ojciec, którego z jednej strony nienawidzi, a z drugiej – naśladuje. Piekorz poruszyła problem samoświadomości – poznania swego wnętrza i swoich zachowań, których nie jesteśmy świadomi. Jak dalece można powtórzyć to, czego się doświadczyło w dzieciństwie? Czy syn rodzica, który uciekał się do agresji, także musi być agresywny? Kiedy zda sobie sprawę z tego, że kopiuje zachowania, których głęboko nienawidzi?

W „Pręgach” odpowiedzią jest miłość – uczucie między kobieta a mężczyzną, będące być może rodzajem zaspokojenia braku matki w dzieciństwie bohatera, które niejako leczy chora miłość ojca i syna. Fil pokazuje, jak bardzo akceptacja drugiej osoby pozwala pokochać samego siebie i pokonać bariery , które wydawały się nieprzekraczalne. Postać kobieca jest znacząca, choć nie pozbawiona niejasności – sądzę jednak, że taka właśnie miała być w zamyśle autorki; jej niezrozumiałe zachowanie, zdaje się, że wręcz pozbawiona szans próba otarcia do Wojciecha, skłania do zastanowienia nad mechanizmami miłości. Czyż miłość można po prostu racjonalnie wytłumaczyć? Widz przeżywa pewne zniecierpliwienie, patrząc jak bohaterka usiłuje okazać swe uczucie Wojciechowi i zostaje po wielokroć odrzucona – budzi się w nas złość, kiedy widzimy jej niezłomny upór wystawiany na kolejne próby. Dziewczyna walczy i w końcu wygrywa tę walkę – jej niemalże matczyne poświęcenie prześwieca najsilniej w niezwykle sugestywnej scenie miłosnej, jednej z najpiękniejszych w polskim kinie ostatnich lat – jednocześnie ogromnie histerycznej i mrocznej, pełnej tajemnicy, jak i przesyconej ciepłem dojrzałego uczucia kobiety. Bohater w tej jednej, w kilkuminutowej scenie bez użycia słów otwiera się, wyrzuca z siebie emocje, jakie tłumił w sobie od lat, zaczyna przyznawać się przed samym sobą, do swojego pragnienia ciepła – tak naprawdę dopiero wtedy uświadamia sobie, kim jest i jaką drogą podąża.

Michał Żebrowski wykreował jak sądzę jedną z najbardziej złożonych psychologicznie postaci w swojej karierze – ujmująco autentyczną i sugestywną, niejednoznaczną. Doskonałości tej roli uwypukla jeszcze mocniej wręcz groteskowy charakter Wojciecha – jego przerażające, przerysowane zachowania chwilami zyskują posmak złamanego komizmu, co połączone z przemyślanymi dialogami dodaje filmowi dodatkowego wymiaru oddziaływania. Jednocześnie nie jest to postać jednobarwna. Ogromne znaczenie nadaje poszczególnym scenom scenografia; wiele treści nie wyrażonych słowami czy gestami zawartych jest w chłodzie, ascezie wnętrza i symbolice przedmiotów – przestrzeń więc również oznacza, stanowi o barwie emocjonalnej opowiadanej historii.

Film Magdaleny Piekorz zrobił na mnie bardzo duże wrażenie, złożyło się na nie nie tylko dopracowanie scenografii czy dobrej klasy aktorstwo, ale także sposób, w jaki reżyserka zrealizowała temat. Odniosłam wrażenie, że udało jej się z pozornie mało skomplikowanej historii o przemocy w rodzinie – niemalże jak w kampanii społecznej – zrobić film o głęboko skrywanych uczuciach, o ucieczce człowieka przed samym sobą, o potrzebie poznania swojego „tworzywa” i wewnętrznego wyzwolenia. Nie byłoby fałszem nazwać „Pręgi” także filmem o miłości – tej, która upada, zwyciężona przez egoizm, i tej, która sama go zwycięża. Mówi o tym, co warunkuje naszą umiejętność bądź nieumiejętność obcowania z innymi ludźmi i tworzenia związków emocjonalnych.

Zawiera się w nim lekcja relacji międzyludzkich i odpowiedzialności. Historia Wojciecha przywodzi na myśl stwierdzenia, że jesteśmy „ofiarami ofiar” – od nas samych, od naszych wyborów zależy, czy to koło zostanie przerwane: czy wychowamy kolejne ofiary? Sami poranieni – czy zadamy ból, pozostawimy PRĘGI w umysłach naszych dzieci? Czy zło faktycznie jest dziedziczne?

Sądzę, że film stawia więcej pytań niż odpowiedzi – a to pozwala rozbudzonym emocjom dojrzewać w myślach widzów i owocować samodzielnie wyciągniętymi wnioskami.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Pręgi

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje