"Mr. Nice": WYWIAD Z BERNARDEM ROSE

Jak to się stało, że zająłeś się tym projektem?

Reklama

BBC Films które rozwijało ten projekt zwróciło się do mnie na początku z propozycją, która mnie zainteresowała. Pojechałem do Londynu, gdzie poznałem samego Howarda oraz zacząłem przerabiać jego książkę. BBC Films chciało pozyskać partnera przy produkcji, aby móc dalej ruszyć ze scenariuszem. Tu pojawił się Luc Roeg i Producent - Independent, który właściwie sfinansował powstanie scenariusza. Kiedy skrypt był gotowy, okazało się, że rozmija się on z oczekiwaniami BBC, więc wrócił z powrotem do Independent.

Jak przebiegała praca nad przerobieniem książki na scenariusz?

Było to bardzo trudne, głównie dlatego, że w książce opisane są najczęściej pojedyncze historie. Szybko okazało się, że w książce Howarda nie chodzi tylko o sam handel narkotykami a bardziej o wpływ, jaki wywiera to na jego życie. Na początku wszystko idzie zgodnie z planem, ale w pewnym momencie sprawy przybierają niekorzystny obrót, a on za głęboko już w tym siedzi, żeby to zauważyć. To dość uniwersalna historia, nie ocenia tego co robi Howard, bardziej pokazuje absurdalność nielegalności narkotyków, tego jak nakręca ona czarny rynek, który z kolei napędza przestępczość i terroryzm. Politycy często mylą temat legalizacji i uzależnień, a to przecież dwie zupełnie różne sprawy! Ciągłe próby blokady dostępu do narkotyków okazują się totalną porażką!

Oprócz tego jest to również osobista historia Howarda i jego uzależnienia. Kiedy już udało mi się połączyć te dwa wątki, mogłem zdecydować, które wydarzenia warto umieścić w scenariuszu, a które nie. Kiedy już oglądamy ten film, to okazuje się że nie traktuje on tylko o handlowaniu narkotykami, ponieważ samo przerzucanie towaru w różne miejsca na świecie nie jest tak bardzo interesujące. Ciekawie zaczyna się robić wtedy, kiedy Howard zostaje złapany...

Jak to się stało że Howard, chłopak z małego walijskiego miasteczka, został międzynarodowym handlarzem narkotyków?

Howard pochodzi ze szczęśliwej, porządnej rodziny, wywodzącej się z klasy robotniczej, żadnych patologii. Jednak zawsze się wyróżniał, mimo swojego robotniczego pochodzenia udało mu się dostać na Oxford, w samo serce angielskiego establishmentu. Na początku narkotyki pomogły mu się dopasować do towarzystwa, potem ludzie sami do niego przychodzili, stał się bardzo popularny.

Jako inteligentny facet zorientował się że jest to ogromny, nietknięty rynek. Było to w momencie wielkiej rewolucji kulturowej, w której chodziło o zmianę światopoglądu, a nie o biznes. Howarda jednak nie interesowała rewolucja, on na to patrzył jak na szansę zarobienia dużych pieniędzy i bardzo dobrze sobie z tym poradził.

Jak opowieść Howarda wpisuje się w ogólną historię nielegalnego handlu narkotykami?

Jego historia stanowi swoisty punkt odniesienia w historii narkotyków, a także tego jak powoli stawały się popularne. Sto lat temu nie istniało coś takiego jak nielegalny narkotyk. Wystarczyło iść do lokalnego chemika i można było kupić kokainę, morfinę, cokolwiek... Dopiero pod koniec XIX wieku, wynalezienie aspiryny, pierwszego leku przeciwbólowego nie zawierającego opium, spowodowało zakaz zażywania samego opium. Było to też związane z powszechną niechęcią do Chin i Wojnami Opiumowymi. Howard w swoim show zabawnie przypomina o tym, że haszysz został zakazany jako konsekwencja delegalizacji opium. Stało się to na zebraniu "Ligi Narodów", kiedy to egipski ambasador powiedział: "No, skoro zakazaliście opium, to powinniście też zrobić to samo z haszyszem".

Później, w latach 60-tych dwudziestego wieku, Nixon widział młodzież protestującą w kampusach przeciwko wojnie w Wietnamie, jako piątą kolumnę wroga w jego własnym kraju. Fakt, że młodzież ta paliła haszysz i marihuanę, pozwolił na legalne aresztowania bez potrzeby zmian w obowiązującym prawie. Potem było to kontynuowane w czasach prezydenta Reagana, aż do dnia dzisiejszego pod nazwą tzw. wojny z narkotykami. Jest to bardzo potężne narzędzie w walce z politycznymi wrogami albo ludźmi wymykającymi się poza zakres ich władzy. Tak naprawdę, używki zawsze odgrywały kluczową rolę w życiu człowieka, ale mamy do nich często skonfliktowane i podszyte hipokryzją podejście. Myślę, że jeżeli włożymy to w pewien kontekst, to łatwo zauważyć, czemu taki człowiek jak Howard stał się wręcz ikoną popkultury, ambasadorem ludzi z marginesu. Jest bohaterem, ale nie jest święty. Nie robił tego z pobudek moralnych, tylko dlatego że chciał na tym zarobić.

Jak to wszystko wiąże się z Twoim osobistym podejściem do zakazu posiadania narkotyków?

Nie ma wątpliwości co do tego, że zażywanie narkotyków ma na nas paskudny wpływ. Wiadomo że jeżeli regularnie palisz marihuanę, to zaczniesz doświadczać stanów lękowych, co w rezultacie może doprowadzić do psychozy. Jeżeli zaczniesz wciągać kokainę, nawet w kontrolowanych dawkach, to będziesz popadać w depresję i staniesz się agresywny. Jeśli zaczniesz brać heroinę to uzależnisz się, ze wszystkimi tego następstwami. Ale przecież te wszystkie rzeczy wiadomo również o alkoholu, nawet jeszcze gorsze. Więcej ludzi umiera przez alkohol niż od wszystkich narkotyków razem wziętych, podniesionych do dziesiątej potęgi. Bezpośrednio przez niedoczynność nerek i chorobę serca a pośrednio przez wypadki samochodowe, bójki itp. A papierosy? Wszyscy doskonale wiemy jak niezdrowe jest palenie. Gdzie w takim razie powinna być granica? Narkotyki powinny być legalne.

W jakich okolicznościach Howard poznaje kobietę graną przez Chloë Sevigny i jaki wpływ na jego rodzinę miał jego tryb życia?

Starałem się trzymać faktów najlepiej jak mogłem, ale postać grana przez Chloë jest właściwie połączeniem dwóch partnerek Howarda, Judy Marks i kobiety o imieniu Rosie Brindley, na której historii są oparte pierwsze momenty filmu z udziałem postaci granej przez Chloë. Z kolei od momentu kiedy mają dzieci i uciekają razem, to już sceny z życia Judy. Z drugiej strony, ma to bardzo zły wpływ na jego rodzinę. On nie był uzależniony tylko od narkotyków, ale także od samego handlu i emocji jakie to wywoływało. Gdyby nie to, że handel narkotykami był nielegalny, prawdopodobnie nawet by się tym nie zainteresował. Próbował nawet importu win ale szybko się tym znudził. Jego piętą achillesową było to, że był uzależniony od adrenaliny a od tego bardzo ciężko się odzwyczaić.

W którym momencie zdecydowałeś się na angaż Rhysa i kiedy wiedziałeś, że to on będzie grał Howarda?

Rhysa poznałem już wcześniej na stopie towarzyskiej, dzięki mojemu przyjacielowi Danny'emu Houstonowi. W momencie kiedy dostałem ten projekt, od razu wiedziałem że jest jedyną osobą,

która może zagrać tę rolę. Kiedy pierwszy raz spotkałem się z Howardem, miał już za sobą spotkanie z Seanem Pennem, który też jest oczywiście świetnym aktorem. Kiedy mu zaproponowałem Rhysa, odpowiedział: "O, chcesz żeby zagrał mnie ktoś walijskiego pochodzenia?". Okazało się że kiedyś na koncercie Rhys podszedł do niego i poprosił o autograf na bibułkach do zwijania papierosów.

Uważałem, że jest istotne aby Howarda zagrał ktoś walijskiego pochodzenia, ale Rhys nie miał tak wyrobionego nazwiska, na szczęście do czasu kiedy film powstał, zrobił naprawdę dużo, a że miał ukryty potencjał, mógł zagrać główną rolę. Wydaje mi się że z nikim innym nie mógłbym zrobić tego filmu, napisałem ten scenariusz z myślą o Rhysie i nawet nie brałem nikogo innego pod uwagę, jeżeli chodzi o rolę główną. Poza tym, że jest bardzo dobrym aktorem, ma podobny bagaż kulturowy i przebył podobną drogę do tej Howarda. Z drugiej strony bardzo się od siebie różnią, im dłużej kręciliśmy ten film, tym bardziej te różnice widziałem. To co uważam za wspaniałe, to fakt że Rhys odgrywając rolę Howarda nie tyle wcielał się w niego, jak po prostu grał, jakby nim był.

Czego poszukiwałeś tworząc postać Judy i dlaczego akurat Chloë była idealna do tej roli?

Zawsze lubiłem Chloë jako aktorkę, okazało się że ma odpowiedni wygląd i charakter aby zagrać Judy. Jedynym problemem mogło być to że jest Amerykanką, ale okazało się że nie miała problemu z opanowaniem akcentu - ważniejsze jest jakie kto ma wnętrze. Najistotniejsze było to, że między Rhysem a Chloë była odpowiednia chemia. Chloë jest niezwykle interesującą aktorką, często improwizuje. Mi to bardzo odpowiada, bo nie lubię próbnych zdjęć i wolę od razu kręcić właściwy materiał. Jest jedną z tych aktorek, które zawsze przyciągają uwagę na ekranie, ma w sobie tą nieprzewidywalność, która jest bardzo atrakcyjna dla oka.

A David Thewlis? Od początku brałeś go pod uwagę jako odtwórcę roli Jima McCanna?

Davida nie znałem wcześniej, ale podobnie jak Rhys, był moim pierwszym wyborem i na szczęście się zgodził. Pamiętałem go z roli w "Naked" Mike'a Leigha, gdzie zagrał parę naprawdę świetnych scen. Poza tym ciągle trzymał poziom i wiedziałem, że ma to "coś" w sobie. Jest naprawdę wspaniałym aktorem.

Jak bardzo sam Howard angażował się przy produkcji filmu?

Tak naprawdę po sprzedaży praw do ekranizacji jego książki, nie było takiej potrzeby. Ale prawda jest taka, że ma w sobie tyle uroku osobistego, że fajnie jest mieć go obok siebie, nigdy nie robił mi żadnych trudności. Zdarzało się, że wpadał na plan i za każdym razem pytałem go, czy ta scena wygląda tak jak to faktycznie było. Po paru odpowiedziach, że "było dokładnie tak jak pamięta", zapytałem "W ogóle nie pamiętasz czy faktycznie tak było, prawda?", a on na to "Nie". Nie, właściwie to nie był w ogóle kłopotliwy, to jest faktycznie Mr. Nice.

Czy istotne było to, żeby kręcić w autentycznych miejscach z historii Howarda?

Zawsze jest dobrze, kiedy można robić film w rzeczywistych miejscach, mimo to było ich tyle, że nie zdołalibyśmy być we wszystkich, więc zdecydowaliśmy się na Walię i Hiszpanię. W Walii nagraliśmy wszystkie północno-europejskie ujęcia, a słoneczne i gorące w Hiszpanii. Uważam, że to dobrze, że część walijską nagraliśmy dokładnie w tym samym miejscu, ponieważ oprócz architektury zależało nam na mieszkańcach. Łatwo podrobić scenerię, ale nie ludzi. Ludzie mieszkający w tamtejszych miasteczkach mają w sobie coś wyjątkowego. Mimo tego, że przemysł wydobywczy tam upadł, oni nie tracą pogody ducha.

Jakie były twoje założenia w czasie kręcenia filmu?

Chciałem zmienić sam proces twórczy od tego, w jaki zrobiłem swój poprzedni film "Ivan's XTC". Przyjąłem zasadę, że nie robię w ogóle scen próbnych, nie chcę słuchać co aktorzy mają do powiedzenia a w szczególności nie chcę, aby przed kręceniem rozmawiali ze sobą. Lubię pójść na plan zdjęciowy i nagrać wszystko za pierwszym zamachem. Oczywiście jeżeli jest coś nie tak, to poprawiamy ujęcie, ale jest coś nieuchwytnego w tych pierwszych próbach. Przy takim podejściu to bardziej kamera śledzi akcję, niż po prostu grę aktorską. Dzięki temu nie trzeba ciągle powtarzać poszczególnych scen po kilkaset razy, poza tym energia która się wtedy wytwarza jest niezastąpiona. Zdarzało się, że musieliśmy czasem powtarzać ujęcia, ale większość filmu powstała właśnie w taki sposób, moim zdaniem to naprawdę działa. Właściwie oznacza to, że sam kierujesz kamerą a człowiek od ostrości musi naprawdę się znać na swojej pracy. Interesujące jest to, że pracując w taki sposób nie wiesz do końca, co może się za chwile stać. Jeżeli chcesz zepsuć grę aktorską, to najlepiej powiedz im co mają robić!

Czy praca na planie była dla Ciebie przyjemnością i czy jesteś zadowolony z efektu końcowego?

Naprawdę dobrze się bawiłem robiąc ten film. Miałem świetnego producenta, Luca Roega, który bardzo mnie wspierał i dawał dużo swobody. Miałem do dyspozycji znakomitą obsadę. Naprawdę dobrze się bawiłem. Może nie jest to najwierniejsza adaptacja historii zawartej w książce, jakiej można się było spodziewać, ale jestem z niego bardzo zadowolony.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Mr. Nice

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje