Reklama

"Francuski numer": O POLSKIM KINIE DROGI

Jeden z najstarszych tematów kultury – podróż będąca drogą do wewnętrznej przemiany bohaterów – zawsze był silnie obecny w kinie amerykańskim. Gatunek filmowy zwany „road movie” (film drogi) zyskał ogromną popularność za sprawą „Swobodnego jeźdźca” (1969), opowieści o romantycznych wyrzutkach nieprzystosowanych do społeczeństwa. Mit Odysa w kinie odżywa zresztą wciąż na nowo, czasem w dość zaskakujących konfiguracjach – także w polskich komediach.

Najsłynniejszą z nich jest oczywiście „Rejs” (1970) Marka Piwowskiego. Rejs to wycieczka zorganizowana: daleko nie można dopłynąć, nie ma też mowy o spontanicznej wędrówce. Płynie się powoli statkiem po Wiśle, starannie zaplanowaną trasą Warszawa – Płock, w rytm dziwacznych zarządzeń i rytuałów, które są po części narzucone, a po części tworzone przez uczestników wyprawy.

Reklama

„Rejs” był metaforą życia w PRL-u, tej drogi znikąd donikąd, ale okazał się też uniwersalną opowieścią o ludzkiej naturze, skłonnej do absurdu, a także do mniejszych i większych podłostek.

Serial i film fabularny „Podróż za jeden uśmiech” (1971) Stanisława Jędryki to historia wyprawy dwóch nastolatków z Krakowa nad Bałtyk. Pojawia się tu ton (kontrolowanego) luzu związanego z ideą autostopu. Sylwetki chłopięcych bohaterów: maminsynka Dudusia (Filip Łobodziński) oraz niezwykle zaradnego Poldka (Henryk Gołębiewski) zostały należycie skontrastowane. Ocalono też smak przygody.

W podobnej, ale o wiele bardziej dydaktycznej konwencji utrzymany był serial „Droga” (1973) z Wiesławem Gołasem w roli Marianka, kierowcy PKS. Serial nie bez powodu został nagrodzony za walory wychowawcze w 1975 roku przez ówczesne Ministerstwo Oświaty i Wychowania. Sympatyczny skądinąd Marianek to wzór obywatela. Można odnieść wrażenie, że ruszył w drogę tylko po to, by rozwiązywać problemy innych. Pomaga więc przy powodzi, chroni naiwną dziewczynę przed prostytucją, zostaje kuratorem chłopaka z poprawczaka…

Podobnie pouczająca miała być podróż w „Niespotykanie spokojnym człowieku” (TV, 1975) Stanisława Barei. Janusz Kłosiński, jako dawny repatriant ze Wschodu, usiłuje nie dopuścić do małżeństwa swego syna ze szwaczką, gdyż obawia się, że pierworodny porzuci gospodarkę i przeniesie się do miasta. Podróżuje zatem w tę i z powrotem, by zapobiec nadciągającej katastrofie. Wszystko kończy się dobrze: syn pozostanie na roli. Na szczęście schematyczny pomysł poruszający ważny (jak się wówczas pisywało) problem społeczny – odpływu młodych ze wsi do miasta, został zrównoważony celnymi obserwacjami obyczajowymi i prawdą charakteru głównego bohatera.

Bardziej zdecydowane próby oddalenia się od społecznych nacisków zaczęli podejmować bohaterowie polskich komedii w latach 80. Sztandarowym przykładem była „Wielka majówka” (1981) Krzysztofa Rogulskiego. Peregrynacje Ryśka, uciekiniera z domu wychowawczego (Zbigniew Zamachowski), i drobnego oszusta Julka (Jan Piechociński), przewodnika po obcej Ryśkowi Warszawie, kończą się ostatecznie skokiem w stronę fantazji, odcięciem od zakłamanego świata, którym rządzą pozory i szmal.

W niewesołych, sarkastycznych tragikomediach Marka Koterskiego pojawia się często motyw podróży jako upragnionej ucieczki, która okazuje się jednak ułudą. Adaś Miauczyński (Cezary Pazura) na trasie Łódź – Wrocław poszukuje erotycznego spełnienia („Ajlawiu”, 1999). Natomiast w „Dniu świra” (2000) Miauczyński (tym razem Marek Kondrat) udaje się nad Bałtyk, śladem dawnych bohaterów polskich filmów. Już sama podróż pociągiem przedstawiona jest niemalże jak męczeństwo, a upragniony pobyt na plaży jako doświadczenie wręcz piekielne. Adaś nie czerpie radości z podróży, bo zabrał ze sobą cały bagaż kompleksów i problemów.

Może zatem najwyższy czas, by polskie komedie zdobyły się na bardziej beztroski ton i oddały upojenie i radość z drogi w nieznane? Taką próbą jest bez wątpienia „Francuski numer”.

materiały dystrybutora
Dowiedz się więcej na temat: Francuski numer
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy