Reklama

Girl Nazi Power!

"Combat Girls. Krew i honor", reż. David Wnendt, Niemcy 2011, dystrybutor: Spectator, premiera kinowa: 27 stycznia 2012

Prawdziwi wojownicy nazistowsko-bruntanych bojówek dbają o swój image. Równiutko i dokładnie ogolone głowy, kurtki typu fleyers, elementy wojskowej "biżuterii" plus wytatuowane nazistowskie emblematy mające przypominać o patriotycznej misji. Zasłanianie twarzy raczej nie wchodzi w grę. No chyba, że chodzi o napad na bank, aby wspomóc kasę rozwijającego się bractwa.

Wszystko zaczyna się niewinnie od sceny w miejskiej kolejce. Grupka narwanych "narodowców" szuka powodu do zaistnienia wśród pasażerów popołudniowego kursu. W końcu udaję się dorwać Azjatów, którzy oprócz tego, że dziwacznie mówią i wyglądają, na dokładkę nie rozumieją po niemiecku. Rozpoczyna się przepychanka, pojawiają się groźby, wrzaski i niezbędne w tym spektaklu "heilowanie". Wśród legendarnych "łysych karków" jest jedna dziewczyna, Marisa (Alina Levshin) - równie krzykliwa, bezczelna i niebezpieczna.

Reklama

Jesienią 2011 roku społeczeństwem niemieckim wstrząsnęła informacja o grupie neonazistowskiej z Zwickau, która organizowała napady rabunkowe, produkowała materiały wybuchowe i dokonywała morderstw zgodnie z listą osiemdziesięciu ośmiu "wrogów Ojczyzny". Oprócz działaczy lewicowych i drugoligowych polityków ofiarami mieli być obcokrajowcy, przede wszystkim muzułmanie. Wśród członków tzw. "komórki z Zwickau" była jedna kobieta - 36-letnia Beate Zschaepe, która po samobójstwie kolegów wysadziła w powietrze siedzibę Podziemia Narodowosocjalistycznego (NSU).

"Combat Girls" ma szokować i jednocześnie odpowiadać na pytanie, skąd bierze się fascynacja nazistowską i nacjonalistyczną ideologią. W niemieckim społeczeństwie dość powszechne jest przekonanie, że obywatele dawnego NRD, nazywani pogardliwie "Ossis", to jedyne ofiary narodowosocjalistycznych odchyłów. Właśnie to środowisko portretuje Wnendt na przykładzie dwóch głównych bohaterek: wspomnianej skinówy Marisy i "dziewczynki z dobrego domu" - Svenji (Jella Haase). Oprócz wyczynów "brunatnych wojowników" przerażać ma właśnie płeć głównych bohaterek.

W imię starej dobrej zasady - kobieta nie jest zdolna do okrucieństwa. Marisa, wręcz przeciwnie! Kiedy w okolicy pojawia się emigrant, który w żaden sposób nie przypomina Aryjczyka, dziewczyna nie zawaha się użyć przeciwko niemu siły. Diagnoza Wnendta koncentruje się zatem przede wszystkim na przeszłości. Neonaziści to w skrócie: bieda, miejsce urodzenia i brak wykształcenia. Na dokładkę dziadek oddany Führerowi, który potrafi zmotywować wnuczkę do działania za wszelką cenę. Brunatne bojówki to standardowo raczej "męskie zabawy", którym patronuje tradycyjnie starszy, obleśny "pan ideolog-nauczyciel". Reszta to półgłówki, które zrobią wszystko za flaszkę wódki. Oczywiście "wszystko" w imię miłości do niemieckiej ojczyzny. W tak zgrabnie "wymyślonym" świecie organizacji pojawia się nastoletnia Svenja. W jej domu panuje terror ojca, który wychowuje córkę metodą kar i nagród, i nigdy nie jest zadowolony. Pomocy nastolatka szuka w internecie i w relacji z robotnikiem, który bawi się w kolportaż neonazistowskich materiałów. Angaż wydaje się być banalnie prosty.

Film Wnendta to gotowa recepta na uspokojenie społeczeństwa, które coraz częściej przypomina sobie o "brunatnym problemie". Historia Marisy i Svenji koncentruje się na rozpoznaniu problemu, uświadomieniu sobie przyczyn takiego stanu rzeczy i zmianie wymagającej ofiar i życiowych poświęceń. "Combat Girls" to przywołujący do porządku manifest, który pojawia się w doskonałym momencie. I pewnie tylko dla czystego sumienia warto go zobaczyć.

5/10


Ciekawi Cię, co w najbliższym czasie trafi na ekrany - zobacz nasze zapowiedzi kinowe!

Chcesz obejrzeć film? Nie możesz zdecydować, który wybrać? Pomożemy - poczytaj nasze recenzje!

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: covery | Girls
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL
Polecamy