Tadeusz Sznuk: Cóż, jestem nerwusem

Wybitna osobowość telewizyjna i Mistrz Mowy Polskiej. Telewidzowie podziwiają jego spokój, erudycję i klasę w teleturnieju "Jeden z dziesięciu", którego jest gospodarzem.

Tadeusz Sznuk w programie "Jeden z dziesięciu"

W 1994 roku Tadeusz Sznuk zaczął prowadzić "Jeden z dziesięciu". Ten lubiany teleturniej emitowany był przez lata w TVP2, a od stycznia 2018 roku oglądamy go w Jedynce.

Reklama

Od ponad 20 lat prowadzi pan teleturniej "Jeden z dziesięciu". Czy z perspektywy czasu uważa pan ten wybór za strzał w dziesiątkę?

- Pierwszy odcinek nagrałem na próbę, na prośbę kolegów z telewizji. Teleturniej spodobał się widzom, więc poprowadziłem pierwszą serię. Podobno jednym z ważnych kryteriów wyboru była "durna mina" prowadzącego, żeby gracze nie mogli poznać, co się dzieje w jego duszy i jakie są odpowiedzi. Myślę, że właśnie dlatego zostałem wybrany. Na ekranie zachowuję spokój Bustera Keatona, czy może raczej urzędnika, który nie powinien mieć zbyt mądrej miny. Teraz na ekranie jest już 103. seria. Miny nie zmieniam.

A jaki jest na co dzień Tadeusz Sznuk?

- Cóż, jestem nerwusem. W teleturnieju muszę być spokojny nie tylko z pozoru, ale też z racji jednego drobnego zapisu w regulaminie, który mówi, że we wszystkich sprawach wątpliwych decyduje głos prowadzącego. No to się opanowuję. Jednak później odreagowuję. Na otoczeniu.

Jak w teleturnieju rozwiązuje się wszelkie kwestie sporne?

- W "Jednym z dziesięciu" padło już około trzystu tysięcy pytań. Jak na taką liczbę, spornych spraw jest niewiele, ale czasem się zdarzają. To zresztą powód, dla którego nagrywamy nasz teleturniej, a nie rozgrywamy go na żywo. U nas można zareklamować wszystko, byle od razu. Takie są reguły gry. O wielu sprawach decyduje zaś los.

Mógłby pan podać konkretny przykład?

- Niedawno nie uznałem poprawnej odpowiedzi, bo nie zadziałała kontrola w studiu - w związku z tym nie przerwaliśmy nagrania. Uczestnik nie zgłosił reklamacji, gra toczyła się dalej. Widzowie jednak zareagowali natychmiast. W takim przypadku, mimo iż zawodnik nie złożył reklamacji we właściwym momencie, musimy zareagować. Trzeba było się przyznać do błędu i poszukać rozwiązania. Uczestnik zgodził się na skrócenie oczekiwania na kolejny udział w grze i niebawem znowu zobaczymy go na ekranie.

Czy prowadzenie teleturnieju to dobra odskocznia na emeryturze?

- Odskakiwanie czy podskakiwanie na emeryturze bywa trudne, ale rzeczywiście zajmowanie się teleturniejem wypełnia wolny czas. Trzeba sobie wszystkie pytania przejrzeć, poprawić, jeśli tego wymagają, nanieść ewentualne uwagi, które warto wygłosić. To nie jest zajęcie na pół godziny, tylko na dobrą dniówkę.

Uczy się pan przy okazji?

- Nie za wiele. Jednym uchem wpada, drugim wypada, tyle jest tych informacji. Z drugiej strony wydaje mi się, że niektórzy uczestnicy, zwłaszcza ci, którzy wracają do gry po kilku latach, znają na pamięć wszystko, co zostało dotychczas powiedziane. Podziwiam ich.

Jakie rozrywki intelektualne królowały w czasach pana młodości?

- To były rozmaite zabawy towarzyskie, krzyżówki, układanki. W każdym razie mało pomagała w tym telewizja, trochę bardziej radio. Głównym nośnikiem informacji były media drukowane. Teraz wszystko przeniosło się na ekran komputera, do internetu. W księgarniach pustawo.

Znane jest pana zamiłowanie do techniki, które realizował pan jako pilot samolotów i śmigłowców.

- Teraz już sam latać nie mogę. Ale to nie zamiłowania techniczne grały w tym główną rolę. Latanie daje mnóstwo radości i inne spojrzenie na świat. Mimo że jest się zamkniętym w kabinie, człowiek ma ogromne poczucie swobody. I dystansu. Świat z góry jest cichszy, spokojniejszy i piękny.

Rozmawiała Ewa Jaśkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje