Reklama

Reklama

Reklama

Stanisława Ryster: Od razu wszystko wydawałam

Mogła zostać prawniczką, ale wybrała telewizję. Gdy w 1975 roku zaproponowano jej prowadzenie teleturnieju "Wielka Gra", rozpłakała się. Stanisława Ryster z programem była związana 31 lat (zniknął z anteny w 2009 roku). W rozmowie z "Tele Tygodniem" opowiada o telewizji, rozrzutności, córce i... kotach.

Stanisława Ryster z programem "Wielka Gra" związana była 31 lat

- Szlag mnie trafia, jak czytam w wywiadach, że najdłużej istniejący teleturniej to "Jeden z dziesięciu", bo chodzi 21 lat. Nieprawda! Prowadziłam "Wielką Grę" przez 31 lat, a istniała nieprzerwanie przez 44 - mówi Stanisława Ryster.

Reklama

Reklama

Pani Stanisławo, urodziła się pani we Lwowie. Ma to znaczenie?
- Nie mam sentymentów. Wyjechałam stamtąd zaraz po wojnie. Od razu do Katowic. Pamiętam tylko, że dywan, na którym się bawiłam, był biały.

Nie chce pani tam pojechać?
- A po co?

Czuje się pani Ślązaczką?
- Nie, choć Ślązaków bardzo cenię: za ich okna, które zawsze są czyste, punktualność, solidność. Ale związana jestem z Warszawą, bo zaraz po maturze przyjechałam tu studiować prawo.

I nie żałuje pani, że z takim dyplomem nie jest prawniczką?
-
Myślę, że byłabym dobrym adwokatem. Tyle że - gdy kończyłam studia - nie można było iść do adwokatury. Trzeba było przejść przez sąd albo milicję. Właściwie to chciałam iść do tej milicji. Będę nosić broń! - myślałam, to mi imponowało. Ale było też powiedziane, że dziewczyny nie będą jeździć na miejsca wypadków, tylko siedzieć w biurze. Nuda, więc się zniechęciłam.

Sędzią pani być nie chciała?
- Bałam się, że podejmę niesprawiedliwą decyzję. Ale odbyłam praktykę w sądzie. Miałam 19 lat, a tak trafiłam, że były tam wtedy same zgorzkniałe, stare panny - trzeba było widzieć, z jaką niechęcią na mnie patrzyły! Jedna z tych pań kazała mi za sobą na salę rozpraw togę i łańcuch nosić. A jak nie będę nosić, to mi nie zaliczy praktyk. Poszłam do przewodniczącego wydziału. On się tylko uśmiechnął i podpisał.

Więc telewizja. Czy to prawda, że gdy w 1975 roku zaproponowano pani prowadzenie "Wielkiej Gry", pani się rozpłakała?
- Rzewnymi łzami. Wiedziałam, co to za utrapienie program cykliczny - nie ma "zmiłuj". Nawet znalazłam kogoś, kto by mnie chętnie zastąpił, ale propozycja była nie do odrzucenia - polecenie służbowe.

Pewnie szefom idealnie pasowała pani do tej roli. A przecież przed panią teleturniej prowadziła taka gwiazda jak Joanna Rostocka, którą potem Maciej Szczepański, czyli słynny Krwawy Maciek (przewodniczący Komitetu ds. Radia i Telewizji - red.), wyrzucił za wisiorek, bo kojarzył mu się z krzyżykiem...
- A Janusz Budzyński to co? Wtedy zdaje się mąż Ali Majewskiej... Wszyscy o nim zapominają. Nieludzko bystry facet, który prowadził "Wielką Grę" dwa lata. Więc dlaczego o mnie ciągle mówią, że wygryzłam Rostocką?

Szczepańskiego się pani nie bała?
- Przecież byłam nad nim. W bloku "A" na Woronicza - już zburzonym - miałam biurko na 11. piętrze, a prezes na 9.

(śmiech) Co było najbardziej uciążliwe w tej pracy?
- Prowadzenie dwóch archiwów: programowego i eliminacyjnego. Miałam 480 teczek z tematami, do tego ankiety zawodników, kto grał i kiedy.

Od tego są przecież komputery.
- Żeby to kosztowało jeszcze więcej pracy? A w ogóle to ja jestem z XIX wieku. Jak brałam ankietę zawodnika, już po charakterze pisma wiedziałam, kto to. W większości to byli wspaniali ludzie. Hobbyści z ogromną wiedzą i wielką kulturą. Pan Jan Wolniakowski, startujący w kategorii literatura światowa, wygrał 18 razy!

Czy wiedział wszystko?
- Tak. I siedział zupełnie rozluźniony. Ja mu czytałam najtrudniejsze pytanie, a on, minimalnie sepleniąc, mówił "ocywiście!". Dla kogo oczywiście, dla tego oczywiście, odpowiadałam. Do dziś mam kontakt z panem Jankiem i innymi uczestnikami. Jak zdjęto "Wielką Grę", zawodnicy założyli stowarzyszenie, zaprosili mnie na obiad, przyjechało ze sto osób.

Przyjaźniła się pani z nimi?
- Ale nigdy tak, że potem można by mnie posądzić, że robię coś na korzyść zawodnika! Nie mogę patrzeć, jak dziś na wizji prowadzący i uczestnicy są na "ty". Tego wymaga licencja? Nieprawda! To bezkrytyczne kalkowanie angielskiego. Proszę sobie wyobrazić, że zawodnik prosi: "Stasia? Przeczytaj mi to pytanie jeszcze raz".

Bez tego atmosfera i tak była wspaniała?
- Nikt nikomu nie zazdrościł. Jeśli ktoś przegrał, a temat był powtarzany za rok czy dwa, jeden zawodnik drugiemu podpowiadał, na co zwracać uwagę, z jakiej książki korzystać. Cudowna formuła teleturnieju, dzięki której nie trzeba było zniszczyć przeciwnika...

... czego świat od nas dziś wymaga. Podobno sama zabiegała pani o pieniądze na nagrody. Były niemałe: roczne przeciętne zarobki.
- Nie aż tak wysokie, jak w dzisiejszych teleturniejach, z tym że...

... trudno w nich wygrać, bo zależą od szczęścia?
- Nie tylko! Bo bywa, że ktoś tam szczęściu pomaga.

Jak to?
- (śmiech).

A pani za "Wielką Grę" miała dobre pieniądze?
- Nie. Ale przynajmniej pewne. I od razu wszystko wydawałam. Długo, dopóki córeczka mnie do tego nie zmusiła, nawet konta nie miałam. Marta jest o wiele rozsądniejsza ode mnie. Z nas dwóch to ona jest ta dorosła. A gorsza była niż poborca podatkowy, kładła łapkę na mojej pensji.

Nie!
- Wyrywała mi pieniądze: "Za dużo sobie zostawiłaś! Daj, ja ci te pieniądze wpłacę". Wtedy to się denerwowałam...

Coś mi się wydaje, że umiała pani te pieniądze rozrzucać.
- Oj, tak. Ktoś powiedział, że jedyne, co możemy zrobić bez pieniędzy, to długi! Uwielbiałam kupować na przykład buty. I dobrze! Teraz przynajmniej wiem, że żyłam. A gdybym pracowała w kapitalistycznym kraju, naprawdę byłabym bogata. Mieć swój program? Godzinny? Przez 31 lat? Na zachodzie pływałabym w pieniądzach.

Teraz miewa pani długi?
- Staram się nie mieć, ale z tym ciężko jest...

"Wielka Gra" to był dobry czas?
- Ja tę pracę po prostu uwielbiałam. Szczególnie lubiłam wyszukiwać różne bon moty, których używałam na wizji. Na przykład Saganki: "Doświadczenie to suma błędów popełnionych oraz tych, których się z żalem nie popełniło" (śmiech).

Świetne. A dużo pani tych błędów w życiu popełniła?
- Od cholery. Ale ich nie rozpamiętuję. Inna życiowa mądrość: "Rób, co i tak musisz zrobić, w pogodnym nastroju". I ja na co dzień staram się nie jojczyć. Nastawiam się pogodnie. Jeszcze jedno genialne: "Podobno można się przyzwyczaić do tego, że nie można się przyzwyczaić". Albo Oscara Wilde’a: "Pokochać siebie to początek romansu na całe życie". Mądre to, bo jeśli ktoś się nie akceptuje, uważa, że jest za brzydki albo za głupi, nigdy żadnego sukcesu nie osiągnie.

Ludzie rozpoznają dzisiaj panią na ulicy?
- O tak, to bardzo miłe. I pytają, dlaczego teleturniej zniknął z ekranu.

Bo ówczesny szef TVP dziewięć lat temu zrzucił "Wielką Grę" z anteny. Rzekomo kojarzyła mu się z PRL-em.
- Nie mówmy o tym, bo nie znoszę wspomnień. Nigdy nie wiązałam listów czerwoną kokardką. Interesuje mnie dziś i jutro.

OK. Jako babcia się pani sprawdziła?
- Słucham (śmiech)? Lenę i Olafa kocham, ale żebym się rwała do zmieniania pieluch? Nigdy!

Ogląda pani dużo telewizji?
- Uwielbiam "Ojca Mateusza"! Ci aktorzy! Kinga Preis moja kochana! Jak ona mówi, że nie będzie czekać z obiadem! I ten Żmijewski, który zapie... na rowerze, nawet jak już po schodach zjeżdża. Kiedyś zobaczyłam włoski pierwowzór ojca Mateusza - on by pięty mógł całować Żmijewskiemu! Uwielbiam, jak Polk pyta Pielę: "Sam to wymyśliłeś? Podziękuj księdzu". Umieram z radości. Niestety, ciągle się biorą za to jacyś nowi reżyserzy, co widać, bo jest coraz gorzej.

Zgadnę, jeśli powiem, że gra pani w brydża?
- Gram, choć średnio. Jednak przestało mnie to interesować, bo wszyscy psykali, żebym nie gadała. Dla mnie to było przedsięwzięcie towarzyskie. Potem co sobotę grałam w kanastę, do tego kolacyjka. Ale w końcu towarzystwo się rozleciało. Trudno. Ale stawiam pasjanse, one mnie wyciszają, lubię sam dotyk kart, ich tasowanie. Układam je sobie przed snem, a wtedy kotka Mela przychodzi mnie szturchać, żebym ją głaskała.

Pani zawsze lubiła koty.
- Kocham je do nieprzytomności. Wszystko mnie w nich zachwyca. Ludzie podziwiają konie w biegu. E tam! Dziki kot gepard w biegu to jest widok... I nieprawda, że są niekontaktowe. Moja Mela wszystko rozumie. Przychodzi i się do mnie tuli. Codziennie jej mówię: "Mela, kocham cię".

Więc pewnie też śpi z panią?
- O, nie. Co najwyżej kładzie się na kołdrze.

Może mnie pani zabić, ale muszę na koniec o to spytać. To prawda z tymi nogami, że pani je tak starannie w "Wielkiej Grze" ustawiała? I zawsze lewa na prawą? Wszyscy się dziwili, że w tak niewygodnej pozie może pani godzinę usiedzieć.
- A właśnie, że tak jest wygodnie! Jak zakłada pani nogę na nogę, siłą rzeczy siedzi się prosto. To dodatkowa mobilizacja. Nie ma zwieszania się na krześle.

Ale pisali, że ktoś pani nogi ustawiał.
- No tak, sztucznie przysuwali, jak wyczytałam w internecie.

Rozmawiała: Bożena Chodyniecka

STANISŁAWA RYSTER urodziła się we Lwowie. Jest córką lekarza dermatologa. Liceum ogólnokształcące skończyła w Katowicach, a prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę w telewizji rozpoczęła w 1966 roku. Teleturniej "Wielka Gra" prowadziła zaś nieustająco od 1975 do 2006 roku. Była dwukrotnie zamężna, ma córkę Martę.

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Stanisława Ryster

Reklama

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje