Renata Dancewicz: Matka na luzie

Renata Dancewicz /Kamil Piklikiewicz / DDTVN /East News

Uwielbia grać w serialach i filmach, choć - o czym mówi otwarcie - nie skończyła szkoły aktorskiej. Jej wielką miłością jest 12-letni syn Jerzy, a pasją - brydż sportowy.

Reklama

Dziękuję, że jako feministka zgodziła się pani na spotkanie z facetem.

Renata Dancewicz: - Ha, ha, ha... Jestem feministką, która lubi facetów i lubi się z nimi spotykać.

Reklama

Ale w "Na Wspólnej" zgładziła pani serialowego męża. Nieźle sobie to pani wykombinowała.

- To scenarzyści. (śmiech) Bycie wdową, jakkolwiek by to brzmiało, ma dobre strony. Moja bohaterka spełniła się w roli żony, matki. Wszystko jak najbardziej po bożemu. A teraz znów może sama o sobie decydować.

Zupełnie inaczej niż w życiu prywatnym. Kilkanaście lat temu powiedziała mi pani, że nie wyobraża sobie siebie w roli matki.

- Nigdy nie chciałam mieć dzieci. Długo widziałam siebie raczej w roli szczęśliwej, samotnej staruszki. Moja mama do pewnego czasu myślała, że ot, tak sobie bredzę. Gdy skończyłam trzydziestkę, uwierzyła w moje deklaracje. Aż tu proszę, po kilkunastu latach niespodzianka. I to dosłownie, bo świadomie nigdy nie zdecydowałabym się na ciążę.

- Uważam nawet, że gdybyśmy wszyscy byli owocami świadomych decyzji, byłoby nas znacznie mniej. W końcu uszczęśliwiłam ją upragnionym wnukiem. Zresztą siebie też. Na własnej skórze przekonałam się, jak to jest. To bardzo ciekawe, choć męczące doświadczenie.

- Na początku byłam zrozpaczona. Sądziłam, że moje życie właśnie się skończyło. Z czasem zauważyłam, że zaczęłam się częściej śmiać. Macierzyństwo pozwoliło mi też wrócić do wspomnień z mojego dzieciństwa. Wręcz katowałam syna ulubionymi bajkami i wierszykami.

Czas na kolejne dziecko!

- W życiu! Jestem już w takim wieku, w którym bardziej wypatruję wnuków (śmiech)...

Dziś bardziej czuje się pani wobec syna matką czy kumpelą?

- Bywam kumpelą, choć nie zapominam o tym, że przede wszystkim jestem matką. Wiem, brzmi to staroświecko... Ale mam spory luz. Unikam kar i zakazów, bo to o wiele więcej kosztuje samego rodzica. Wymaga od niego konsekwencji, a ja taka nie jestem. Poza tym uważam, że dziecko wychowuje się dobrym przykładem, a nie gadaniem.

Syn chodzi na religię?

- Nigdy mu nie zabraniałam. W przedszkolu był na kilku lekcjach, ale nie spodobało mu się. W kościele był tylko przy okazji jakichś ślubów, pogrzebów. Po czym stwierdził, że nie będzie tam chodził, bo jest dziwny zapach. Nad tym akurat ubolewam, bo uwielbiam architekturę sakralną i dźwięk organów. Z tego powodu sama często chodzę do przeróżnych świątyń.

- Nie wypieram się chrześcijaństwa, w którym się wychowałam, i w którym nasz naród tkwi po uszy, ale w wieku 13 lat zrozumiałam, że nie jest mi to w życiu do niczego potrzebne. Do tego czasu, niby wychodząc w niedzielę na mszę, szłam do lasu, na strzelnicę lub do salonu gier. Byłam naprawdę niezła w piłkarzykach.

Tym samym przeszliśmy płynnie do pani ukochanego brydża. To jedyna dyscyplina, jaką pani uprawia?

- Raczej tak. Nigdy nie miałam smykałki do innego sportu. Ostatnio zajęłam się jeszcze elementami baletu i jest to jedyny rodzaj wysiłku fizycznego w moim życiu. Natomiast w brydża gram już bardzo długo. Zawsze mi się wydawało, że brydż jest dla facetów. Wszystko, co fajne, jest dla mężczyzn. Przecież nie po to urządzili świat, żeby zajmować się nudnymi obowiązkami, a te przyjemne zostawić nam.

Mam wstać i wyjść?


- Przecież to nie pana wina. Kobietom też nie wypadało kiedyś nosić spodni i palić papierosów, bo to wywoływało zgorszenie. Nie miały prawa wyborczego, prawa do majątków. O hazardzie nie wspominając. Czyli same fajne rzeczy. Brydż nadal jest zdominowany przez mężczyzn, ale znam coraz więcej dziewczyn, które lubią ten sport i są w nim całkiem niezłe.

Gra pani "na pieniądze"?

- Nie, uprawiam brydż sportowy, biorę udział w turniejach. Chociaż czasami zdarza mi się usiąść z chłopakami i zagrać o kasę...

Ile pani najwięcej przegrała?

- A dlaczego zakłada pan moją przegraną, a nie wygraną? Nie są to kwoty, które pana oszołomią.

Może powali mnie właśnie skromność tej sumy?

- Chyba, że tak. Najwięcej przegrałam stówę. Brydż polega na siedzeniu. Kiedyś spędziłam przy stole ponad 30 godzin.

Nie wytrzymałbym.

- Zapewniam pana, jest to tak wciągająca gra, że człowiek zapomina nawet o anatomii. Brydż jest jak dobra książka czy film.

Skąd wzięła się u pani ta nietypowa pasja?

- To proste. Kiedy miałam sześć lat, babcia nauczyła mnie grać w oczko. Później przerabiałam m.in. tysiąca, makao, kierki, preferansa... W naszym domu grało się we wszystkie gry karciane. Ale brydż i jego otoczka są zdecydowanie najbardziej pasjonujące.

Tak wciągający potrafi być zawód aktora. Wrócę do początku naszej rozmowy, czyli serialu "Na Wspólnej". To już kilkanaście lat. Nie znudziło się pani jeszcze?

- Gdybym grała codziennie, dawno bym oszalała. Ale na planie spędzam góra pięć, sześć dni w miesiącu. Mam ustabilizowaną sytuację finansową. Dzięki temu moje macierzyństwo przebiegło w lajtowy sposób. Widywałam syna częściej niż godzinę rano i wieczorem czy w weekendy. Poza tym miałam czas na brydża, pójście do kina i czytanie książek.

- Czasami zastanawiam się, co by było, gdyby nie było "Na Wspólnej", ale ponieważ znam swój charakter i nie czuję się aktorką z powołania, dziękuję za to, co jest. Oby nie było gorzej.

Pamiętam czasy Renaty Dancewicz z rolami w "Pułkowniku Kwiatkowskim", "Tacie" czy "Ekstradycji"...

- Przez przypadek udało mi się zagrać w kilku naprawdę fajnych filmach. To było super. Pewnie, że chciałabym, aby przydarzyła mi się w życiu zawodowym jeszcze jakaś ciekawa przygoda. Ale nie jestem aż tak zdeterminowana. Poza tym, gdybym po bożemu ukończyła szkołę filmową, pewnie nigdy nie byłabym aktorką.

No właśnie, została z niej pani wyrzucona przez Jana Machulskiego.

- Przez pewien czas byłam na niego mocno wkurzona, ale ja nie potrafię długo nosić w sobie urazy. Dzięki temu dostałam napędu na cztery koła. Jestem z natury hedonistką. Nie lubię się męczyć bez powodu. Na szczęście jestem dość przekorna i kiedy on powiedział stanowcze "nie", naprawdę zaczęło mi się chcieć. Po latach zaprosił mnie na swój benefis, na który z przyjemnością pojechałam.


Co by pani robiła, gdyby ukończyła filmówkę?

- Nie mam pojęcia, ale pewnie nie byłabym aktorką. Jeśli mogę się wesprzeć filmami, to wybrałabym nowojorski styl życia rodem z obrazów Woody’ego Allena. Byłabym dziennikarką, krytyczką lub pracownikiem uczelni. Spędzałabym czas na czytaniu książek, kłóceniu się, spacerach po Nowym Jorku, alkoholu, papierosach i romansach. Takie klimaty są mi bliskie. Ale do tego potrzebne jest większe doświadczenie akademickie. Stąd pojawia się u mnie czasami kompleks niedouczonej laski.

Kiedy patrzy się na pani filmografię, to we wspomnianym czasie było naprawdę gęsto. Teraz głównie serial. Nie dostaje pani propozycji czy tak wybrzydza?

- Oczywiście, że nie siedzę i grymaszę. Żadnego normalnego aktora na to nie stać.

Aktora może nie, a aktorkę?

- Tym bardziej(śmiech)... Wiadomo, że okres przydatności do spożycia jest u aktorki znacznie krótszy niż u aktora. Niewiele jest propozycji dla kobiet między 30. a 50. rokiem życia. Ale wierzę, że przyjdzie jeszcze dobry czas dla seniorów. I dobrze się składa, bo wtedy będę we właściwym wieku.

Rozmawiał: Marcin Kalita

Dowiedz się więcej na temat: Renata Dancewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje