Michał Żebrowski: Po męsku dać sobie radę

Rodzicielstwo pomogło mu stać się lepszym aktorem. Michał Żebrowski zdradza, co ze swojego prywatnego życia dał Falkowiczowi z "Na dobre i na złe". Aktor opowiada również o kompleksach z czasów dzieciństwa, treningach bokserskich i odpowiedzialności za własny teatr.

Wszystko, co ludzkie, wzbogaca człowieka - przekonuje Michał Żebrowski

Jak pan myśli, co nas fascynuje w postaciach bez serca, takich jak Andrzej Falkowicz?

Reklama

Michał Żebrowski: - Może sobie pani wyobrazić dwudziestkę słodkich i grzecznych przedszkolaków, a wśród nich ten jeden - urwis, który broi, przeszkadza, cały czas trzeba go odsyłać do kąta. Jest uciążliwy, ale wspominany potem przez otoczenie i przedszkolanki. Myślę, że Falkowicz działa dokładnie na tej samej zasadzie.

Jego fenomen to zasługa pana czy scenariusza?

- Dostałem bardzo ciekawie napisaną postać. Miałem być w "Na dobre i na złe" pół roku, ale stwierdziłem, że jeśli grać w serialu, to w taki sposób, by być zapamiętanym, więc nie ukrywam, że dodałem sporo swojego prywatnego zaangażowania w bohatera, by nie był człowiekiem szeregowym.

Uważa pan, że życie rodzinne wyklucza mistrzostwo w zawodzie?

- To zależy. Jestem zwolennikiem tezy, że wszystko, co ludzkie, także rodzicielstwo, wzbogaca człowieka, a więc i artystę.

Myśli pan o innych serialach, skoro rola w tym "żażarła" tak świetnie?

- Nie. Mówiąc szczerze, jestem bardzo ujęty tym, że "Na dobre i na złe" o mnie dba, co znaczy, że scenarzyści dość często starają się ubarwić mój wątek - podziwiam ich rozmach w tym względzie. Przy tym bardzo się zżyłem z całą ekipą.

Ma pan jakieś pomysły co do kierunku, w jakim pójdzie pańska postać?

- Ostatnio jedna pani zatrzymała mnie na ulicy i poprosiła, żebym jako Falkowicz nigdy się nie zmieniał, więc chyba nie powinienem. Mnie na przykład bardzo odpowiadają jego perypetie ojcowskie, bo rola rodzica jest dobrym polem do gry. Jako młody tata mam dużo do zaoferowania w tym wątku. A to z kolei wzbudza sympatię widzów, bo solidaryzują się z kimś, kto przeżywa te same koszmary.

Trenuje pan boks. Dlaczego akurat tę dyscyplinę?

- Ponieważ jest to sport indywidualistów. Niezwykle sprawiedliwy - jeśli popełniasz błąd, dostajesz za to wymierną karę w postaci uderzenia w twarz. Przy tym boks nie polega jedynie na zadawaniu ciosów - żeby wytrzymać choćby dwie rundy, trzeba trenować dobry rok! Ja chodzę na salę i przede wszystkim ćwiczę. Sama walka w ringu to skromna część treningów bokserskich. Poza tym jest to kontynuacja moich dziecięcych instynktów. Dużo się tłukłem jako chłopiec. Potem to się przytemperowało. A po "Wiedźminie", kiedy trochę przytyłem, pomyślałem, że warto poznać bliżej tę dyscyplinę. I tak się zaczęła ta przygoda.

Powiedział pan "dużo się tłukłem". To wynikało z charakteru czy...?

- To wynikało z kompleksu, bo byłem wychuchanym dzieckiem z rodziny lekarskiej, które na podwórku stykało się z chłopakami z różnych środowisk. Czułem się zbyt dobrze wychowany i zazdrościłem łobuziakom. Starałem się więc zyskać uznanie, naśladując ich zwyczaje. Zresztą nadal drzemie we mnie ambicja, by w kryzysowej sytuacji po męsku dać sobie radę.

Czy po sześcioletnich doświadczeniach z prowadzeniem własnego teatru podjąłby pan taką decyzję jeszcze raz?

- Stałem się samodzielny produkcyjnie wiele lat temu i sprawy organizacyjne nie są mi obce. Trudno mi wyobrazić sobie siebie jako osobę zdaną wyłącznie na czyjeś wyobrażenie na mój temat. Założenie teatru było jednak konsekwencją głębokiego mojego nim zainteresowania i chęcią stworzenia miejsca, które będzie się kojarzyć widzom z wyjątkową jakością. W olbrzymiej mierze jest to zasługa wspólnika Eugeniusza Korina i wybitnych aktorów, których przekonaliśmy, że warto nam zaufać. Teatr nie jest sposobem na przeżycie, tylko na życie. Zawsze do tego dążyłem, tylko trudno to zrobić, mając lat dwadzieścia. Chcę się po prostu mądrze i kulturalnie zestarzeć - w określonym środowisku i guście teatralnym.

Czy Teatr 6.piętro utrzymuje się tylko ze sprzedaży biletów?

- W 95 procentach tak. Bo to jest prototyp światowy. Prowadzimy teatr repertuarowy, nie mając żadnych dotacji państwowych. Przeważnie w każdym cywilizowanym kraju siedem procent widzów chodzi do teatru. To dużo. Sprawa polega jednak na tym, kto reżyseruje, kto gra i czy tym konkretnym artystom naprawdę zależy na efekcie scenicznym.

Artyście może nie zależeć?!

- To kwestia teatru i sposobu zarządzania nim. Proszę sobie wyobrazić: jest pani dorosłą osobą z dwojgiem dzieci, musi pani pracować w jakimś zespole teatralnym, bo ma pani kredyty, rachunki... Przychodzi anonimowy reżyser, który proponuje pani rolę w wątpliwym dramacie, w towarzystwie, które pani nie odpowiada, ze scenografem, który robi równocześnie jeszcze pięć innych sztuk itd., itp. Jednym słowem, jest pani w projekcie niewygodnym. No to jak pani ma się w to zaangażować i zagrać z oddaniem?

Mody na aktorów, ich tzw. wyskakiwanie z lodówki, są dla nich dobre?

- Pewnie, że dobre, bo najczęściej się to zdarza po wielu latach ciężkiej pracy i oczekiwań na swoje pięć minut. Drugą sprawą jest to, co ktoś robi z tą nagłą popularnością. Ale każdy jest inny i ja jestem ostatnią osobą, która uważa, że w tym zawodzie dwa plus dwa równa się cztery.

Chciałby pan zagrać w...?

- Szczerze mówiąc, nie mam takich marzeń. Uważam, że świat, a także show-biznes jest sprawiedliwy i nie ma co mieć tzw. marzeń. Jeżeli spełniam warunki do jakiejś roli albo do niej dorosłem, to mi reżyserzy taką propozycję złożą. Jestem otwarty na to, jak widzą mnie inni.

Rozmawiała Katarzyna Sobkowicz.

Dowiedz się więcej na temat: Michał Żebrowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje