Marzena Trybała: Nic nie muszę, jest pięknie

Krakowianka, która kocha Warszawę. Znakomita aktorka, piękna, odważna kobieta. Lubi ludzi, dba o zwierzęta, wie, jak ważne jest to, by pomagać innym. Stworzyła wieloletni związek z mężem Janem. Znamy ją z seriali "Barwy szczęścia" i "Pensjonat pod Różą". Marzena Trybała opowiada o życiowych wyborach, o tym, co ją cieszy i dlaczego stara się niczego nie żałować.

Marzena Trybała na planie serialu "Ekipa"

- Czy czuję się gwiazdą? Nie znam takiego pojęcia. Czuję się aktorką i tak chcę być postrzegana, a im bardziej jestem zajęta, tym lepsze mam samopoczucie - mówi aktorka.

Jest pani w stanie wcielić się w każdą postać. Któraś z nich okazała się szczególna?

Reklama

- Lubię role dramatyczne. Jestem dumna, że miałam przyjemność uczestniczyć w spektaklu "Król Edyp" w reżyserii Gustawa Holoubka, gdzie grałam Jokastę. To fascynująca sztuka z gatunku tych, które wymagają od aktorów krwi, potu i łez, ale też dają satysfakcję. Takie role coś w nas zostawiają.

A role w filmach Wajdy czy Kieślowskiego?

- Kontakt z wybitnymi twórcami zawsze rozwija. Mobilizuje aktora do dania z siebie wszystkiego. Poza tym wybitni reżyserzy samą swoją obecnością otwierają na nowe wyzwania. Żeby sprostać ich wizji, wszystkie mechanizmy i śrubki zaczynają działać w nas tak, byśmy mogli wyzwolić z siebie największy potencjał, na jaki w danym momencie nas stać.

Role, które pani odrzuciła, są zatem jak niewykorzystane szanse?

- Nie patrzę wstecz. Po co rozważać, co by było, gdyby? Myślę, że nasze życiowe scenariusze są pisane gdzieś na górze, a punkty, do których mamy dotrzeć, są zaznaczone. Natomiast jaka będzie droga pomiędzy nimi, to już nasz wybór. Moja jest bardziej wyboista, ale ja lubię wyboje.

Gra pani silne kobiety - takie, jak pani.

- Myślę, że siłę dała mi miłość, której doświadczyłam w dzieciństwie. Jeśli ktoś miał dobre podstawy w domu, był uczony, co jest dobrem, co złem, a przy tym był kochany, zazwyczaj w dorosłym życiu jest silny psychicznie.

W latach 80. była pani ikoną seksu. Nadal ma pani takie powodzenie u mężczyzn?

- Największe u mojego psa, który też jest rodzaju męskiego i jest... miłością mojego życia (śmiech).

Co z listami od wielbicieli?

- Wciąż dostaję sporo ciepłych słów. Czasem słyszę je na ulicy. Parę lat temu podeszła do mnie kobieta. Powiedziała, że mnie bardzo lubi i że dzięki mojej roli w "Pensjonacie pod Różą" wróciła do zawodu nauczyciela... Zrozumiała, że to ważna profesja, w której można wiele zdziałać. To był dla mnie największy komplement i jedna z najważniejszych recenzji mojej pracy.

To prawda, że bywa pani mylona z kimś innym?

- Kiedyś przed sklepem w Morągu podszedł do mnie pan, który zwrócił uwagę na mój samochód. Rozmawiając o motoryzacji, wtrącił: - Jest pani podobna do Marzeny Trybały. Był upał, chciałam wracać nad jezioro, do męża i psa. Nie miałam czasu na rozmowę. Odparłam: - Już to słyszałam. Po chwili zastanowienia pan stwierdził: - Tak, ale tylko na pierwszy rzut oka (śmiech).

Zdarzają się niemiłe incydenty?

- Rzadko. Rok temu, podczas wakacji na Warmii, kupowałam w kiosku gazetę. Pani, która mi ją sprzedawała, rozpoznała mnie po głosie. Wybiegła z kiosku: - O matko, nie wierzę, to pani! - mówi. Poprosiła o zdjęcie. W międzyczasie podeszła druga pani, z którą kioskarka postanowiła podzielić się radością. Niesłusznie. - I co z tego, że aktorka, wielkie rzeczy - powiedziała. Nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała: - Dlaczego pani sprawia mi przykrość? Czy to, że uprawiam taki zawód, jest powodem, by odzywać się do mnie niegrzecznie? Zapadła cisza. Potem usłyszałam: - Przepraszam, jeśli panią uraziłam.

A patrząc szerzej, jaką cenę zapłaciła pani za popularność?

- Wydaje mi się, że żadnej, wręcz przeciwnie. Bardzo się cieszę, że żyję na granicy dwóch systemów. Z każdego wzięłam to, co najlepsze. Z tamtego zostały mi nocne Polaków rozmowy, czyli "być, a nie mieć". Prowadziliśmy wspaniałe dyskusje przy herbacie, wódeczce, bimbrze, do których przydawało nam się poczucie humoru. Kwitło życie towarzyskie, prześcigaliśmy się w błyskotliwych myślach. To było fantastyczne, tak jak to, że w sklepach nic nie było. Bo potem, jak w drugim systemie udało mi się mieć to wszystko, o czym marzyłam, to było najpiękniejsze przeżycie. Poza Antarktydą i Arktyką, moja stopa stanęła wszędzie, więc świat jest we mnie.

Co w tamtych czasach sprawiło pani największą radość?

- Mój mały fiat... W nocy wstawałam, żeby zobaczyć przez okno, czy stoi pod blokiem. I nie dlatego, że bałam się, że mi go ukradną, tylko żeby na niego popatrzeć. Chciałam się nim nacieszyć. Miał na imię Józek i był tylko mój.

Potrafi się pani cieszyć ze wszystkiego!

- O tak. Cieszę się życzliwymi, inteligentnymi ludźmi, błyskotliwymi rozmowami z nimi - to jest moje życie, to była moja młodość. Znam też wartość pieniądza, za który można kupić dom, samochód, ale mimo wszystko jest to rzecz drugorzędna. Puste dążenie do bogactwa mnie nie interesuje.

Od 35 lat jest pani z mężem Janem Greberem. Dobraliście się chyba?

- Wręcz przeciwnie. Jak rozwiązywaliśmy testy psychologiczne, to na każdy temat mieliśmy odmienne zdanie. Ale coś w tym jest, bo wciąż jesteśmy razem, tymczasem inni, którzy byli bardziej zgodni, już się rozstali.

Jak pani dba o związek?

- Przypomina mi się piosenka "Tradition" ze "Skrzypka na dachu". I choć nie do końca jestem tradycjonalistką, staram się, żeby święta były świętami, niedziela niedzielą i żeby wszystko było przygotowane oraz dopięte na ostatni guzik. Mam gdzieś zakodowane, że dom powinien być zawsze zadbany, bo jest naszym azylem. Dlatego próbuję stworzyć cieplarniane warunki, tyle że ze skutkiem nie do końca takim, jakiego bym się spodziewała. Daleko mi do doskonałości. Czasami coś ugotuję, a czasami schrzanię. Jestem panią domu z doskoku, czyli chęci mam ogromne, ale już czas i możliwości - nie zawsze.

Jest pani niewyczerpanym źródłem energii. Skąd w pani siły, by grać, podróżować, mieć pasje?

- Po prostu kocham życie. I próbuję brać z niego to, co najlepsze.

Pochodzi pani z Krakowa, ale żyje w stolicy...

- Kraków zawsze będzie miejscem, które wydało mnie na świat i ukształtowało. Jednak mój temperament jest warszawski.

Ma pani rodzinę w Krakowie?

- Są dzieci oraz wnuki cioć i wujków, starsze pokolenie już odeszło. Przez ostatnie 3 lata jeździłam do Krakowa tylko na Wszystkich Świętych. Teraz staram się bywać tam 2-3 razy w roku. Mam jednak dziwne odczucie, bo jak przyjeżdżam do Krakowa, czuję smutek. Może dlatego, że rodzice nie żyją i że pierwsze kroki kieruję na cmentarz? Wtedy wracają wspomnienia. Wszystkie te uliczki, którymi dreptałam, będąc dziewczynką, kojarzą mi się smutno. Bo nimi zawsze wracałam na ulicę Smoleńsk, róg Retoryka, gdzie był mój rodzinny dom.

Czego dziś pani pragnie jako kobieta i jako aktorka?

- Śmiać mi się chce, bo nie dalej jak dwie godziny temu powiedziałam: - Świętego spokoju! - ale to nie jest prawda. Nie nadaję się do spokoju, chyba że od święta. Bo święta po to są, żeby usiąść i powiedzieć: - Nic nie muszę, jest pięknie. Natomiast generalnie chciałabym być potrzebna. Dlatego cieszę się, że mam co robić. Niedawno mój przyjaciel powiedział: - Marzena, popatrz, jak my się dobrze mamy. Jesteśmy ciągle zajęci, mamy dużo pracy, co znaczy, że dobrze wybraliśmy zawód, bo jesteśmy potrzebni.

Rozmawiała: Dorota Czerwińska

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Marzena Trybała urodziła się 16 listopada 1950 r. w Krakowie. Tam skończyła PWST (1972). Pracowała m.in. w Teatrze Słowackiego (Kraków), Narodowym i Polskim (Warszawa). Od 1998 r. związana z warszawskim Teatrem Ateneum. Znana m.in. z filmów "Przypadek", "Widziadło", "Bez końca" oraz seriali "Pensjonat pod Różą", "Barwy szczęścia", "2XL", "Boża podszewka".


Dowiedz się więcej na temat: Marzena Trybała

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje