Marta Manowska: Przejrzeć się jak w lustrze

To dzięki niej rolnikom łatwiej jest znaleźć miłość, chociaż o własnym życiu uczuciowym mówić publicznie nie lubi. Marta Manowska opowiada o programie "Rolnik szuka żony", o pracy w teatrze, o tym, co będzie robiła w Sylwestra i o planach na 2017 rok.

Marta Manowska

"Swatka" rolników pierwszy raz sylwestra spędzi pracowicie - będzie grała w teatrze. Oczywiście w sztuce o miłości!

Reklama

Studiowała historię sztuki i dziennikarstwo, pracowała przy produkcji programów TV, ale zawsze chciała zostać aktorką. Udało się jej spełnić to marzenie, a kolejne propozycje sypią się jak z rękawa.

W poprzednich edycjach "Rolnika..." uczestnicy decydowali się na wspólne życie, zdarzały się śluby. W trzeciej nie wybrali swoich połówek spośród osób, które do nich pisały.

Marta Manowska: - Ale para powstała! Kasia, która pisała do Szymona, i Dawid - kandydat na partnera Moniki - są przecież parą i przygotowują się do ślubu. W każdej edycji pięcioro rolników naprawdę szuka kogoś bliskiego. Kiedy im się to nie uda przed kamerami, sięgają do listów nadesłanych do nich na początku. To świadczy o tym, że naprawdę chcą kogoś znaleźć nie tylko na planie show.

Podejmowanie decyzji o życiu uczuciowym przed kamerami nie jest chyba łatwe.

- Uczestnicy mówili nawet w jakimś programie, że czuli ogromne obciążenie i presję. Widzowie darzą ich sympatią i przeżywają ich miłosne perypetie, ale mówienie o uczuciach na oczach milionów osób jest naprawdę trudne. A przecież, jak to w życiu, zdarzają się różne wybory, nawet nieudane próby stworzenia związku. Inaczej robilibyśmy program, którego finałem miałoby być pięć ślubów. Ten show to prawdziwe życie.

Wiele osób twierdzi, że "Rolnik szuka żony" jest autentyczny w dużej mierze dzięki pani.

- Ja bym powiedziała, że ten program to piątka bohaterów. Dlatego każdy sezon jest jak zupełnie nowy show - pokazuje losy kilkorga ludzi kompletnie innych niż ich poprzednicy. To ich prawda, ich odwaga, ich determinacja i energia decydują o tym, co oglądamy w każdym odcinku. Moja rola polega na tym, żeby spojrzeli na siebie trochę z boku, żeby mogli przejrzeć się jak w lustrze i zastanowić, co dalej robić. Niczego nie sugeruję, nie ośmielam się radzić - tylko pytam i słucham.

Śledzi pani ich losy po programie?

- Oczywiście! Od pierwszego spotkania nawiązuje się między nami relacja. Zresztą interesujemy się swoim życiem nawzajem, jesteśmy w stałym kontakcie. Spotkaliśmy się ostatnio na nagraniu świątecznego odcinka - po raz pierwszy uczestnicy trzech edycji byli razem w jednym miejscu. Mnóstwo śmiechu, mnóstwo wzruszeń...

Pokazuje też pani, że wieś to nie wiocha.

- Tak, z tego bardzo się cieszę. Dzięki programowi ludzie widzą, że wieś to nie tylko brony, kalosze i ciężka robota w polu - chociaż oczywiście to część prawdy. Pokazujemy piękno, ciepło, oddanie ludzi. Nieskażoną naturę i najnowsze technologie, małe zagrody i wielkie farmy. Poznajemy odnoszących sukcesy gospodarzy i pasjonatów. Polska wieś ma wiele twarzy.

Właśnie te jej różne twarze tak pokochali widzowie?

- Tak sądzę. I to, że bohaterem programu telewizyjnego został w końcu zwykły człowiek, z którym możemy się utożsamiać. Ja się w każdym razie identyfikuję z uczestnikami. Kiedy przygotowywałam się do tej pracy, dostałam czeską wersję "Rolnika...". Połknęłam ją jednym tchem, wszystkie odcinki za jednym zamachem - tak, jak dzisiaj ogląda się seriale w sieci. Podobnie jak w przypadku ulubionych seriali, nasi bohaterowie stają się dla widzów niemal rodziną, a fabuła - namiastką życia. A u nas dodatkowo wszystko, co pokazujemy, to prawda.

Obrusza się pani, kiedy nazywają panią swatką?

- Nie, lubię to określenie. To ktoś, kto jest świadkiem rodzącego się uczucia. Nie aranżuję przecież na siłę małżeństw, wybór należy wyłącznie do uczestników. Ja się staram tylko pomóc.

Jak wygląda pani życie bez "Rolnika..."?

- Jest szybkie i bardzo intensywne. Od kwietnia tego roku gram w Teatrze Capitol. Zaraz po tym, jak zakończyłam zdjęcia do programu, ruszyliśmy w Polskę ze spektaklem "Hawaje, czyli przygody siostry Jane" - to mój debiut na profesjonalnej scenie. Mam już niemal ze wszystkimi szczegółami zaplanowany przyszły rok. Bardzo się cieszę, bo praca w teatrze to spełnienie moich marzeń, a jednocześnie zajęcie równie ważne jak prowadzenie "Rolnika...".

Nie szuka więc już pani nowych wyzwań?

- Szukam! Ciągle mnie nosi . Mam kilka pomysłów... Jeśli przynajmniej dwa z nich uda mi się zrealizować, będę bardzo szczęśliwa, chociaż również niezwykle zajęta.

Może dubbing byłby zajęciem dla pani?

- Jasne, chociaż wiem, jaka to trudna i wyczerpująca praca. Chciałabym użyczyć głosu złożonej, tajemniczej postaci. Marzy mi się też jakaś wariatka, żebym mogła się pobawić głosem, pójść na całość przed mikrofonem.

Podobno rozważała pani założenie portalu randkowego.

- Kiedyś mi to zasugerowano, ale na tym etapie życia nie mogłabym podjąć się takiej odpowiedzialności za czyjś los. Musiałabym poświęcić się tej pracy kompletnie, przez 24 godziny na dobę, albo zatrudnić kilka odpowiednich osób. Ani na jedno, ani na drugie nie mogę sobie teraz pozwolić.

Nie będę pytać o pani życie prywatne, ale nurtuje mnie, czy w pani przypadku sprawdza się powiedzenie, że szewc bez butów chodzi?

No, tak się mówi... Ale cieszę się z pierwszej części tego pytania...

Prowadziła pani castingi do "Ugotowanych", pracowała przy produkcji "Bitwy na głosy". Po której stronie kamery woli pani stać?

- Kiedy pracowałam za kamerą, bardzo chciałam przed. Dzisiaj czuję się na swoim miejscu, ale z perspektywy czasu bardzo doceniam tamte doświadczenia. Gdybym nie pracowała przy tych programach, nie byłoby mnie tu dzisiaj.

Wytrzymałaby pani w pracy za biurkiem po osiem godzin dziennie?

- Raz w życiu tak pracowałam, przez półtora roku w "Ugotowanych" właśnie. Pamiętam, że ktoś mnie zapytał, kiedy chciałabym wziąć urlop w następnym roku. Osłupiałam, bo wydawało mi się niemożliwe zaplanowanie wyjazdu na wakacje z takim wyprzedzeniem, a oni patrzyli na mnie jak na kosmitę. Wtedy zdecydowałam: normowany czas pracy - nie dla mnie. Przy produkcji programu intensywnie pracowałam przez pół roku i miałam dwa miesiące wolne. To mi bardziej odpowiadało.

Jak pani odpoczywa?

- Jeżdżę regularnie do Azji, co roku spędzam miesiąc na wyprawie. Zaczęłam od Tajlandii, potem były Filipiny, a w tym roku sama pojechałam do Kambodży i Wietnamu, bo nie mogłam dołączyć do mojej grupy w innym terminie. Niby byłam sama, ale nie samotna - miałam wokół pełno ciekawych, życzliwych ludzi. Na jednym z lotnisk poznałam Polaków, którzy widzieli mnie w "Rolniku..." i potem trzymaliśmy się przez chwilę razem. Azja to dla mnie największa ładowarka energetyczna świata - chłonę dźwięki, zapachy, smaki. Ta energia wystarcza mi potem na cały rok.

Jest pani instruktorką windsurfingu?

- Nie mam zawodowych uprawnień instruktorskich, chociaż uczyłam w profesjonalnych szkołach tego sportu, kiedy studiowałam w Hiszpanii. Wyrywam się na Hel, kiedy tylko mam czas, żeby posurfować. Bardzo dobrze też jeżdżę na nartach, ale i w tym przypadku nie mam urzędowego potwierdzenia tego faktu. Teraz mam kolejne marzenie - chciałabym wziąć udział w rajdzie samochodowym albo poszaleć na torze. Dobrze jeżdżę, lubię szybkość, ale dotąd jakoś mi się nie udało pościgać.

Teatr, telewizja, podróże, windsurfing, samochody... Jest pani kobietą orkiestrą!

- Bez przesady. Najwyżej kameralną.

A w sylwestra będzie się pani bawić? Może przy dźwiękach jakiejś orkiestry?

- Nie, po raz pierwszy spędzę ten wieczór pracowicie, w moim ukochanym teatrze.

Anna Bugajska

Dowiedz się więcej na temat: Marta Manowska | Rolnik szuka żony 3

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama